Queer (2024)
Lubię twórczość Lucę Guadagnino, choć nie każdy jego film mi się podoba, niektóre mnie nudzą, i podobnie jest z adaptacją powieści Burroughsa, której nie czytałem, ale cały film miałem w głowie myśl, mimo tego, że szczególne ostatni akt, gdy wchodzą narkotyczne wizje, majaki i to są ciekawie zrealizowane sekwencje, mają klimat, więc ma dobre momenty Guadagnino, np też scena na początku z Craigiem idącym ulicą w slow motion i kawałkiem Nirvany, że to byłby dużo lepszy film gdyby zrobił go świętej pamięci Lynch albo Refn, czy David Cronenberg lub jego syn w formie , a tak zostaną mi w pamięci głównie te dobre krótkie fragmenty, świetna muzyka Reznora i Rossa, oraz poświęcenie dla roli Daniela Craiga. No i ktora to już ostatnio rola w której gra geja? Detektyw, którego gra w serii Riana Johnsona też należy do społeczności LGBT, a złol grany przez Bardema w Skyfall się do 007 przystawiał. Daniel się bardzo stara by odciąć się od Jamesa Bonda, trochę tak na siłę, ale wiemy, że Craig to nie tylko Bond i potrafi zagrać też coś innego, że to dobry aktor. Ocena: 4/10.
After the Hunt (2025)
Ogólnie to jest lepszy film Guadagnino od poprzedniego, nie nudziłem się jak przez większość Queer, ale jednocześnie to pewnie za kilka m-cy będę pamiętał niektóre najbardziej porąbane sceny z filmu z Craigiem, wyglądające jak z filmów Refna, Lyncha, a z Po polowaniu nie będę pamiętał żadnej sceny. Doceniam dobre role Julii Roberts, Andrew Garfielda, Ayo Edebiri, tylko problem jest taki, że nie polubiłem żadnego z bohaterów. Jedyną postacią, którą polubiłem to mąż Almy, czyli Frederick grany przez Michaela Stuhlbarga. Znowu dobra muzyka Reznora i Rossa. Reżysersko to też znowu porządna robota jak to zawsze u Guadagnino, nawet w słabszych filmach, więc nie nudziłem się, ale całościowo to jest średnia produkcja próbująca być czymś na kształt historii takiej jaką dostaliśmy w genialnym Tar z Blanchett, czyli trochę komentarz na temat me too, cancel culture i politycznej poprawności z hołdem dla twórczości Woody Allena (np napisy początkowe wyglądają jak z filmów Allena). Ocena: 5/10.
Ballad of a Small Player (2025)
Coś tak czuję, że jakbym obejrzał drugi raz Na zachodzie bez zmian Edwarda Bergera to bym już nie miał tak pozytywnej opinii jak za premiery, bo kolejny jego film, czyli Konklawe już tak nie przypadł mi do gustu, było to porządnie zrobione rzemiosło trzymające się na roli Ralpha Fiennesa, ale nic specjalnego. Ballada o drobnym karciarzu to produkcja, w której twórca bawi się formą, trochę oglądalo mi się jakby to był film fana Baza Luhrmanna, czyli dużo kolorów, wizualnie jest pstrokaty, ale wynudziłem się, bo nic w tej historii nie interesuje mnie. Jedynie dla kogo warto obejrzeć to dla Colina Farrella, który od kilku lat ma dobrą passę. Nawet jeśli film nie dowozi to on daje radę w każdej roli.
Zaczęło się chyba od Zabicia świętego jelenia Lantimosa i Dżentelmenów Ritchiego, a potem Yang, Batman, Trzynastu, Duchy Inischerin. No i role w serialach, czyli Pingwin, ale ja jeszcze wyżej stawiam role w The North Water (w dużym skrócie połączenie Terroru z Moby Dickiem na Arktyce), gdzie zagrał skurwiela nad skurwielami czy Sugar (hołd dla kina noir plus zwrot akcji wywracający całą historię do góry nogami, który może się nie podobać, mnie akurat pasował). Nawet jeśli film, bo akurat każdy serial trzyma poziom, nie dowozi to Farrell daje popis swojego talentu i mogę powiedzieć, że od kilku lat to jest jeden z moich ulubionych aktorów, z tych których kariera poszła w ciekawym kierunku, więc obejrzę z nim wszystko. A co do Bergera to zaczynam się zastanawiać czy to nie jest jeden z bardziej przereklamowanych reżyserów. Ocena 4/10 za Farrella.
She Rides Shotgun (2025)
Nate, który niedawno wyszedł z więzienia podjeżdża pod szkołę, z której zabiera swoją córkę nie mówiąc jej co się stało z jej mamą. Polly zauważa w samochodzie skradzione rzeczy z jej domu, ale tata mówi, że wszystko jest w porządku. Fabuła prosta jak budowa cepa, nie będziecie zaskoczeni rozwojem wydarzeń, ale film trzyma w napięciu dzięki klimatowi jaki stworzył Nick Rowland, nieznany mi reżyser ze swoja ekipą (szczególnie zdjęcia i muzyka). Ale film nie oglądałoby się z zainteresowaniem, gdyby nie rola dziewczynki granej przez Ana Sophia Heger i Tarona Egertona w roli ojca. Kupiłem ten duet i kibicowałem im w ich niebezpiecznej podróży od początku do końca filmu. Dobre męskie kino. Ocena: 7/10.
Presence (2024)
Steven Soderbergh lubi sobie poeksperymentować formą i tym razem stworzył horror oparty na podstawie scenariusza Davida Koeppa, czyli jednego z najbardziej płodnych scenarzystów, który zasłynął wieloma klasykami, ale też słabymi filmami, a tym razem napisał film, który można określić, że jest to typowa historia o nawiedzonym domu, tytułowej obecności, ale opowiedziana z punktu widzenia ducha. Przez cały film kamera robi za ducha i obserwujemy rodzinę, fragmenty ich życia, oraz różne traumy, jakie przeszli np córka straciła bliska przyjaciółkę i uważa że w domu jest jej kumpela, która chce jej coś powiedzieć. Gdybym miał z jakimś filmem porównać to z A Ghost Story w którym Casey Affleck grał ducha. Może to nie jest ten sam poziom próby wyjścia poza klisze horroru, daleko Presence do poziomu tamtego filmu, ale doceniam Soderbergha za próbę zrobienia czegoś nowego. Film trwa 80 minut i to idealny czas, bo przy dłuższym czasie seansu mógłbym zacząć się nudzić, a tak ani raz nie spojrzałem na zegarek, a jak można się spodziewać po nazwisku reżysera, to jest bardziej artystyczny eksperyment.
Zaznaczam, że przez godzinę nic się nie dzieje, ludzie gadają, kłócą się, przeżywają różne emocje, dopiero po godzinie mniej więcej dowiadujemy się o co chodzi w tej historii, w ostatnich 10-15 minutach akcja przyśpiesza i Koepp wrzucił też na koniec zwrot akcji, trochę jak z Shyamalana, ale działa. Pomyślałem sobie wtedy - a o to twórcom chodzi. Nie jest to też zwrot akcji, którego nie dało się domyślić wcześniej, ale ja kupiłem tą historię, jak była budowana, do czego zmierzała, i jak ją podsumowano, mam na myśli dosłownie ostatnie minuty filmu. Z poziomem filmów Soderbergha w których eksperymentuje bywa różnie, są lepsze i słabsze rzeczy, ale Presence to jeden z ciekawszych eksperymentów, któremu postawię trochę 7/10. Ale też rozumiem jak wielu widzów nie będzie miało cierpliwości i nie kupi klimatu produkcji, będzie się nudzić już po pierwszych 10 minutach. Jest to jeden z takich filmów co najlepiej obejrzeć w domu na słuchawkach, bez żadnych przeszkadzaczy. Jest to film od którego mogą się odbić widzowie, którzy będą mieli tylko taką wiedzę ogólną, że to film o nawiedzonym domu, bo będą oczekiwać klasycznego horroru, może właśnie w stylu Obecności Wana (1 i 2 to znakomite horrory), a dostaną coś nietypowego. Fajnie było zobaczyć Lucy Liu po wielu latach w większej roli, gra jedną z głównych ról.
Frankenstein (2025).
Mam problem z twórczością Guillermo del Toro. Postawię niepopularną opinię, że to jest przereklamowany reżyser, albo inaczej reżyser który za rzadko wykorzystuje swój potencjał. Jego mało który film ma u mnie więcej niż 6/10, większość jego produkcji uważam za ok, choć jest to reżyser, którego każdy film powinien przypaść mi do gustu, bo to jest taki trochę meksykański Tim Burton. Ale różnica jest taka, że Burton w latach 80 i 90 kręcił dobre filmy, a potem różnie bywa, bo słabe, ale też dobre filmy mu się czasami trafiają (Duża ryba i Charlie i fabryka czekolady z początku lat 2000 trzymają poziom), a z del Toro tak mam że większość jego produkcji jest dla mnie w najlepszym razie przyzwoita.
Uwielbiam Labirynt Fauna i Blade II, jego Hellboye, szczególnie dwójkę, ale Kręgosłup diabła czy Pacific Rim nigdy nie rozumiałem popularności tych produkcji. A od Kształtu wody dużo bardziej podobał mi się Pinokio, a nawet bym postawił go obok LF i Blade'a 2, Hellboyów, wśród najlepszych jego filmów (jest jeszcze serialowa antologia Netflixa, która trzyma poziom). I tak jak z większością filmów del Toro mam z wymarzonym projektem reżysera, który jest dokładnie taki jakiego można się było oczekiwać, czyli film zachwyca kostiumami, scenografią, widać pieniądz, doceniam że stosuje efekty specjalne praktyczne, ale też film wygląda zbyt sterylnie, czysto. Doceniam epickość filmu. Niektórzy czepiają się scen z wilkami, zrobionymi z pomocą CGI, ale ja nie będę się czepiał, bo tych scen za wiele nie ma. Ale też rozumiem przez to jak film jest sterylny dlaczego wiele osób pisze, że cały film wygląda jak plastikowy ze słabymi CGI, choć większość sen to scenografia i praktyczne efekty.
Doceniam pomysł na kreaturę, która wygląda inaczej, jest to niezłe ciacho i jednocześnie trochę przypomina kosmitów z Prometeusza, tylko w wersji wychudzonej. Aktorsko nie mogę się przyczepić do Jacoba Elordi, przez cały film bije od niego jakiś taki smutek, szczególnie w oczach jest widoczny. Oscar Isaac też dobrze wypada, nie budzi sympatii Wiktor Frankenstein. Pochwaliłbym też Davida Bradleya za rolę ślepca, to chyba pierwsza rola tego aktora od dawna w której budził moją sympatię. Ale reszta obsady po prostu jest, nie można o nich nic powiedzieć, np Lars Mikkelsen w roli kapitana statku. Waltza zapamiętam z powodu butów jakie nosił, Dance gra znowu twardego ojca, któremu zależy na rodzie, ale chyba najbardziej szkoda niewykorzystanego talentu Goth.
No i mam takie wrażenie, że po 90 minutach, a tyle trwa opowieść Frankensteina, Netflix powiedział reżyserowi, że film będzie za długi, więc opowieść kreatury trwa tylko godzinę, czyli akcja przyśpiesza, jakby reżyser zaczyna się spieszyć bo została mu godzina. Rozwinął wątek brata i zmienił zakończenie - nie przeszkadza mi to. Ale znowu mam ten problem co z większością filmów del Toro - powinien mnie zachwycać a nie zachwyca, mimo docenienia poszczególnych elementów tej produkcji. Bardziej podobał mi się film Kennetha Branagha (nie mówiąc o klasyku z lat 30), który też trochę pozmieniał np w wątku Elizabeth i sztuka Danny Boyle'a z Cumberbatchem i Jonny Lee Millerem w podwójnych rolach. Ocena: 6/10.
Lubię twórczość Lucę Guadagnino, choć nie każdy jego film mi się podoba, niektóre mnie nudzą, i podobnie jest z adaptacją powieści Burroughsa, której nie czytałem, ale cały film miałem w głowie myśl, mimo tego, że szczególne ostatni akt, gdy wchodzą narkotyczne wizje, majaki i to są ciekawie zrealizowane sekwencje, mają klimat, więc ma dobre momenty Guadagnino, np też scena na początku z Craigiem idącym ulicą w slow motion i kawałkiem Nirvany, że to byłby dużo lepszy film gdyby zrobił go świętej pamięci Lynch albo Refn, czy David Cronenberg lub jego syn w formie , a tak zostaną mi w pamięci głównie te dobre krótkie fragmenty, świetna muzyka Reznora i Rossa, oraz poświęcenie dla roli Daniela Craiga. No i ktora to już ostatnio rola w której gra geja? Detektyw, którego gra w serii Riana Johnsona też należy do społeczności LGBT, a złol grany przez Bardema w Skyfall się do 007 przystawiał. Daniel się bardzo stara by odciąć się od Jamesa Bonda, trochę tak na siłę, ale wiemy, że Craig to nie tylko Bond i potrafi zagrać też coś innego, że to dobry aktor. Ocena: 4/10.
After the Hunt (2025)
Ogólnie to jest lepszy film Guadagnino od poprzedniego, nie nudziłem się jak przez większość Queer, ale jednocześnie to pewnie za kilka m-cy będę pamiętał niektóre najbardziej porąbane sceny z filmu z Craigiem, wyglądające jak z filmów Refna, Lyncha, a z Po polowaniu nie będę pamiętał żadnej sceny. Doceniam dobre role Julii Roberts, Andrew Garfielda, Ayo Edebiri, tylko problem jest taki, że nie polubiłem żadnego z bohaterów. Jedyną postacią, którą polubiłem to mąż Almy, czyli Frederick grany przez Michaela Stuhlbarga. Znowu dobra muzyka Reznora i Rossa. Reżysersko to też znowu porządna robota jak to zawsze u Guadagnino, nawet w słabszych filmach, więc nie nudziłem się, ale całościowo to jest średnia produkcja próbująca być czymś na kształt historii takiej jaką dostaliśmy w genialnym Tar z Blanchett, czyli trochę komentarz na temat me too, cancel culture i politycznej poprawności z hołdem dla twórczości Woody Allena (np napisy początkowe wyglądają jak z filmów Allena). Ocena: 5/10.
Ballad of a Small Player (2025)
Coś tak czuję, że jakbym obejrzał drugi raz Na zachodzie bez zmian Edwarda Bergera to bym już nie miał tak pozytywnej opinii jak za premiery, bo kolejny jego film, czyli Konklawe już tak nie przypadł mi do gustu, było to porządnie zrobione rzemiosło trzymające się na roli Ralpha Fiennesa, ale nic specjalnego. Ballada o drobnym karciarzu to produkcja, w której twórca bawi się formą, trochę oglądalo mi się jakby to był film fana Baza Luhrmanna, czyli dużo kolorów, wizualnie jest pstrokaty, ale wynudziłem się, bo nic w tej historii nie interesuje mnie. Jedynie dla kogo warto obejrzeć to dla Colina Farrella, który od kilku lat ma dobrą passę. Nawet jeśli film nie dowozi to on daje radę w każdej roli.
Zaczęło się chyba od Zabicia świętego jelenia Lantimosa i Dżentelmenów Ritchiego, a potem Yang, Batman, Trzynastu, Duchy Inischerin. No i role w serialach, czyli Pingwin, ale ja jeszcze wyżej stawiam role w The North Water (w dużym skrócie połączenie Terroru z Moby Dickiem na Arktyce), gdzie zagrał skurwiela nad skurwielami czy Sugar (hołd dla kina noir plus zwrot akcji wywracający całą historię do góry nogami, który może się nie podobać, mnie akurat pasował). Nawet jeśli film, bo akurat każdy serial trzyma poziom, nie dowozi to Farrell daje popis swojego talentu i mogę powiedzieć, że od kilku lat to jest jeden z moich ulubionych aktorów, z tych których kariera poszła w ciekawym kierunku, więc obejrzę z nim wszystko. A co do Bergera to zaczynam się zastanawiać czy to nie jest jeden z bardziej przereklamowanych reżyserów. Ocena 4/10 za Farrella.
She Rides Shotgun (2025)
Nate, który niedawno wyszedł z więzienia podjeżdża pod szkołę, z której zabiera swoją córkę nie mówiąc jej co się stało z jej mamą. Polly zauważa w samochodzie skradzione rzeczy z jej domu, ale tata mówi, że wszystko jest w porządku. Fabuła prosta jak budowa cepa, nie będziecie zaskoczeni rozwojem wydarzeń, ale film trzyma w napięciu dzięki klimatowi jaki stworzył Nick Rowland, nieznany mi reżyser ze swoja ekipą (szczególnie zdjęcia i muzyka). Ale film nie oglądałoby się z zainteresowaniem, gdyby nie rola dziewczynki granej przez Ana Sophia Heger i Tarona Egertona w roli ojca. Kupiłem ten duet i kibicowałem im w ich niebezpiecznej podróży od początku do końca filmu. Dobre męskie kino. Ocena: 7/10.
Presence (2024)
Steven Soderbergh lubi sobie poeksperymentować formą i tym razem stworzył horror oparty na podstawie scenariusza Davida Koeppa, czyli jednego z najbardziej płodnych scenarzystów, który zasłynął wieloma klasykami, ale też słabymi filmami, a tym razem napisał film, który można określić, że jest to typowa historia o nawiedzonym domu, tytułowej obecności, ale opowiedziana z punktu widzenia ducha. Przez cały film kamera robi za ducha i obserwujemy rodzinę, fragmenty ich życia, oraz różne traumy, jakie przeszli np córka straciła bliska przyjaciółkę i uważa że w domu jest jej kumpela, która chce jej coś powiedzieć. Gdybym miał z jakimś filmem porównać to z A Ghost Story w którym Casey Affleck grał ducha. Może to nie jest ten sam poziom próby wyjścia poza klisze horroru, daleko Presence do poziomu tamtego filmu, ale doceniam Soderbergha za próbę zrobienia czegoś nowego. Film trwa 80 minut i to idealny czas, bo przy dłuższym czasie seansu mógłbym zacząć się nudzić, a tak ani raz nie spojrzałem na zegarek, a jak można się spodziewać po nazwisku reżysera, to jest bardziej artystyczny eksperyment.
Zaznaczam, że przez godzinę nic się nie dzieje, ludzie gadają, kłócą się, przeżywają różne emocje, dopiero po godzinie mniej więcej dowiadujemy się o co chodzi w tej historii, w ostatnich 10-15 minutach akcja przyśpiesza i Koepp wrzucił też na koniec zwrot akcji, trochę jak z Shyamalana, ale działa. Pomyślałem sobie wtedy - a o to twórcom chodzi. Nie jest to też zwrot akcji, którego nie dało się domyślić wcześniej, ale ja kupiłem tą historię, jak była budowana, do czego zmierzała, i jak ją podsumowano, mam na myśli dosłownie ostatnie minuty filmu. Z poziomem filmów Soderbergha w których eksperymentuje bywa różnie, są lepsze i słabsze rzeczy, ale Presence to jeden z ciekawszych eksperymentów, któremu postawię trochę 7/10. Ale też rozumiem jak wielu widzów nie będzie miało cierpliwości i nie kupi klimatu produkcji, będzie się nudzić już po pierwszych 10 minutach. Jest to jeden z takich filmów co najlepiej obejrzeć w domu na słuchawkach, bez żadnych przeszkadzaczy. Jest to film od którego mogą się odbić widzowie, którzy będą mieli tylko taką wiedzę ogólną, że to film o nawiedzonym domu, bo będą oczekiwać klasycznego horroru, może właśnie w stylu Obecności Wana (1 i 2 to znakomite horrory), a dostaną coś nietypowego. Fajnie było zobaczyć Lucy Liu po wielu latach w większej roli, gra jedną z głównych ról.
Frankenstein (2025).
Mam problem z twórczością Guillermo del Toro. Postawię niepopularną opinię, że to jest przereklamowany reżyser, albo inaczej reżyser który za rzadko wykorzystuje swój potencjał. Jego mało który film ma u mnie więcej niż 6/10, większość jego produkcji uważam za ok, choć jest to reżyser, którego każdy film powinien przypaść mi do gustu, bo to jest taki trochę meksykański Tim Burton. Ale różnica jest taka, że Burton w latach 80 i 90 kręcił dobre filmy, a potem różnie bywa, bo słabe, ale też dobre filmy mu się czasami trafiają (Duża ryba i Charlie i fabryka czekolady z początku lat 2000 trzymają poziom), a z del Toro tak mam że większość jego produkcji jest dla mnie w najlepszym razie przyzwoita.
Uwielbiam Labirynt Fauna i Blade II, jego Hellboye, szczególnie dwójkę, ale Kręgosłup diabła czy Pacific Rim nigdy nie rozumiałem popularności tych produkcji. A od Kształtu wody dużo bardziej podobał mi się Pinokio, a nawet bym postawił go obok LF i Blade'a 2, Hellboyów, wśród najlepszych jego filmów (jest jeszcze serialowa antologia Netflixa, która trzyma poziom). I tak jak z większością filmów del Toro mam z wymarzonym projektem reżysera, który jest dokładnie taki jakiego można się było oczekiwać, czyli film zachwyca kostiumami, scenografią, widać pieniądz, doceniam że stosuje efekty specjalne praktyczne, ale też film wygląda zbyt sterylnie, czysto. Doceniam epickość filmu. Niektórzy czepiają się scen z wilkami, zrobionymi z pomocą CGI, ale ja nie będę się czepiał, bo tych scen za wiele nie ma. Ale też rozumiem przez to jak film jest sterylny dlaczego wiele osób pisze, że cały film wygląda jak plastikowy ze słabymi CGI, choć większość sen to scenografia i praktyczne efekty.
Doceniam pomysł na kreaturę, która wygląda inaczej, jest to niezłe ciacho i jednocześnie trochę przypomina kosmitów z Prometeusza, tylko w wersji wychudzonej. Aktorsko nie mogę się przyczepić do Jacoba Elordi, przez cały film bije od niego jakiś taki smutek, szczególnie w oczach jest widoczny. Oscar Isaac też dobrze wypada, nie budzi sympatii Wiktor Frankenstein. Pochwaliłbym też Davida Bradleya za rolę ślepca, to chyba pierwsza rola tego aktora od dawna w której budził moją sympatię. Ale reszta obsady po prostu jest, nie można o nich nic powiedzieć, np Lars Mikkelsen w roli kapitana statku. Waltza zapamiętam z powodu butów jakie nosił, Dance gra znowu twardego ojca, któremu zależy na rodzie, ale chyba najbardziej szkoda niewykorzystanego talentu Goth.
No i mam takie wrażenie, że po 90 minutach, a tyle trwa opowieść Frankensteina, Netflix powiedział reżyserowi, że film będzie za długi, więc opowieść kreatury trwa tylko godzinę, czyli akcja przyśpiesza, jakby reżyser zaczyna się spieszyć bo została mu godzina. Rozwinął wątek brata i zmienił zakończenie - nie przeszkadza mi to. Ale znowu mam ten problem co z większością filmów del Toro - powinien mnie zachwycać a nie zachwyca, mimo docenienia poszczególnych elementów tej produkcji. Bardziej podobał mi się film Kennetha Branagha (nie mówiąc o klasyku z lat 30), który też trochę pozmieniał np w wątku Elizabeth i sztuka Danny Boyle'a z Cumberbatchem i Jonny Lee Millerem w podwójnych rolach. Ocena: 6/10.
30-11-2025, 15:15 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-11-2025, 15:17 przez michax.)





