To był zwykły przypadek tak jak się spodziewałem jest zwykłym filmem, a te wszystkie ochy i achy to na potrzeby festiwalowo-politycznego pierdololo. Słyszałem, że w Cannes były lepsze filmy ("Tajny agent" chociażby), ale chciano nagrodzić w końcu Panahiego, więć go nagrodzili. Jak dla mnie obok "Klienta" czy "Rozstania" Asghara Farhadiego, to to nawet nie stało. Inny level.
Nie wiem co w tym filmie do końca nie działa, czy to fakt, iż Panahi robi film poważny nie do końca na poważnie? Nie potrafiłem wejść w tę historię, nie potrafiłem się emocjonować losami bohaterów i tego czy złapali tego oprawcę swojego, czy też nie. Wisiało i dyndało mi to od początku do końca. A ostatnie minuty, nad którym spuszczają się krytycy na FilmWebie (i nie tylko) było dla mnie nieznośne i bardziej śmieszne niż mocne. Możlwie, że wina lezy po stronie reżysera, który w ogóle nie dał mi obcować z gościem, ktorego wożą z punktu A do punktu B, żeby go zidentyfikować. Może to też kwestia kulturowa, ale aktorzy to nie moja bajka.
Generalnie miałem wrażenie, że obcuje z ważnym filmem, ale nie mogę go docenić na maksa przez jego ton. Wolałbym dramat pełną gębą w stylu wspomnianego Farhadiego i kino zemsty z prawdziwego zdarzenia, a nie takiej tragifarsy. To co działało, to scena otwierająca film. Jest bardzo dobra i klimatyczna, super budowane napięcie, które później zostaje jednak rozmyte. I "podróż" jaką przebywa główny bohater, jakie zmiany w nim zachodzą, meeeh. Ostatnie ujęcie też jest dobre, ba, było zajebiste. No i w sumie to taki film - bo ma pojedyczne sceny czy ujęcia super, ale jako całość jest co najwyżej niezły, z bezsensowną finałową tezą.
Max 6/10.
Nie wiem co w tym filmie do końca nie działa, czy to fakt, iż Panahi robi film poważny nie do końca na poważnie? Nie potrafiłem wejść w tę historię, nie potrafiłem się emocjonować losami bohaterów i tego czy złapali tego oprawcę swojego, czy też nie. Wisiało i dyndało mi to od początku do końca. A ostatnie minuty, nad którym spuszczają się krytycy na FilmWebie (i nie tylko) było dla mnie nieznośne i bardziej śmieszne niż mocne. Możlwie, że wina lezy po stronie reżysera, który w ogóle nie dał mi obcować z gościem, ktorego wożą z punktu A do punktu B, żeby go zidentyfikować. Może to też kwestia kulturowa, ale aktorzy to nie moja bajka.
Generalnie miałem wrażenie, że obcuje z ważnym filmem, ale nie mogę go docenić na maksa przez jego ton. Wolałbym dramat pełną gębą w stylu wspomnianego Farhadiego i kino zemsty z prawdziwego zdarzenia, a nie takiej tragifarsy. To co działało, to scena otwierająca film. Jest bardzo dobra i klimatyczna, super budowane napięcie, które później zostaje jednak rozmyte. I "podróż" jaką przebywa główny bohater, jakie zmiany w nim zachodzą, meeeh. Ostatnie ujęcie też jest dobre, ba, było zajebiste. No i w sumie to taki film - bo ma pojedyczne sceny czy ujęcia super, ale jako całość jest co najwyżej niezły, z bezsensowną finałową tezą.
Max 6/10.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
14-12-2025, 11:52 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-12-2025, 11:54 przez Pelivaron.)





