Folwark zwierzęcy (1954) - wreszciem nadrobił. Zacznę od słonia w pokoju, czyli mocnej ingerencji CIA w scenariusz. Jak dodanie kaczątka dla rozładowania tonu. A innych farmerów ukazano sympatycznie, bo nie chciano oburzenia rolników (a mówią, że to dziś mamy płatki śniegu). Choć i tak Jones z innymi wsiokami wygląda jak z twittów mieszczuchów burzących się na weto ustawy łańcuchowej. Czy fakt, że dano happy (?) end; zmiana ta mnie nie boli, bo jak pokazała historia, upadek dyktatury jest możliwy. I też podoba mi się jego rozwiązanie; zwierzęta zamiast patrzeć dumnie z triumfem i narracją typu "długo i szczęśliwie", to mają wypisywany wkurw na oczach w ciszy i napisy końcowe, co można dopowiedzieć, że nawet jak znowu przywrócą dawne zasady, to nowym przywódcom też się w dupach poprzewraca (co też pokazywała historia).
Ale niektóre są naturalne (szczeniąt nie zabiera od cyca mamy i zamiast tego wymyślili, że szczenięta są sierotami. I też nie widzę problemu, by ze Snowballa zrobić mniej szlachetnego. Sam Orwell sugerował, że Snowball przy pełnej władzy również zmieniłby się w skurwysyna). I zawarto z książki narzekania drobiu, że "dwunogi są złe" jest gatunkistyczne w ich kierunku. A też mam wrażenie, że jednak oddaje sprawiedliwość książce, bo ton jest ponury i zachowano przesłanie, mimo kreski z Disneya czy Sojuzmultfilmu.
Będąc przy realizacji, to jest to ładna robota jak to w tamtym okresie, a też pomaga ta szorstkość i brutalność ówczesnego kina brytyjskiego. Mimo, że 90% dialogów to narracja, to wiele scen opowiadanych jest obrazem. Prócz tego zaznaczyli coraz gorsze warunki bytowe na folwarku jak to że zwierzęta są wychudzone i widać im żebra. Przemoc jest tu widoczna, choć jako że to lata 50., to większość najdrastyczniejszych scen odbywa się za kadrem i też bardziej działa na psychikę. Ale mimo wszystko kategoria U była bardziej zasadna, bo mimo mroku i dwiema plamami krwi nie różni od reszty ówczesnych pełnometrażowych animacji, a dziecko mniej będzie straumatyzowane niż po innej brytyjskiej animacji o totalitarnych zwierzątkach. No i to najpewniej najlepsza ekranizacja książki. Film z 1999 roku był niby wierniejszy w wielu aspektach, ale szedł w sentymentalizm, a o nadchodzącej wersji Serkisa to już można szkoda gadać.
8/10
8½ - tyle się nasłuchałem, że film jest w przeróżnych topkach najlepszych filmów, w popkulturze jest często wymieniany i cytowany (np. u Tarantino i w polskiej popkulturze), że uznałem, iż zobaczę. Aż nadarzyła się okazja w kinie Pionier. Przyznam się. Przez pierwsze 45 min powstrzymywałem się od snu, wzmagana przez rwącą narrację. Co w sumie ratowało, to sprawne ręce reżysera i mimo europejskiego artyzmu i pójścia w psychologię, w gruncie to pogodny film. I z pewnym satyrycznym zacięciem, gdy w ostatnich minutach filmu intelektualista wystrzeliwuje pretensjonalny monolog, a Guido sam ma swoje przemyślenia w postaci obrazów.
Muzyka, często pastisz klasyki, to wartość dodatnia. No i Fellini zadbał, żeby było na co popatrzeć. Niektóre ujęcia robiące wrażenie , zwłaszcza scena snu z ludzkim latawce, ścieżka do kardynała czy nocny wjazd na plan sajfaja. Taka ciekawostka – to pierwszy film, w którym Claudia Cardinale mówi własnym głosem; wcześniej była dubbingowana i od tej pory, po tym filmie Felliniego, już w ojczystym kinie mówiła własnym głosem (nie licząc kilku wyjątków). I w ogóle te wszystkie zagraniczne aktorki nagminnie grające we włoszczyźnie, normalnie dubbingowane, wypowiadają włoskie kwestie swoimi prawdziwymi głosami. Jedynie Aimée była dubbingowana, czego kompletnie nie słychać i jest pełna symbioza świetnego aktorstwa. Ogólnie to w sumie fabułą sprowadza do relacji głównego bohatera z różnymi kobietami w życiu - czy to aktorkami czy rozkładającym się związek z Luizą.
W sumie mogę zrozumieć skąd taki kulcik. Do tego może nie wrócę, a także inne włoskie kino ambitne przypadało mi do gustu (jak Umberto D. czy Rocco i jego bracia). Ale może dam drugą szansę, no i nie zraził mnie do Felliniego, bo w planach mam inne jego filmy.
7,5/10
Ale niektóre są naturalne (szczeniąt nie zabiera od cyca mamy i zamiast tego wymyślili, że szczenięta są sierotami. I też nie widzę problemu, by ze Snowballa zrobić mniej szlachetnego. Sam Orwell sugerował, że Snowball przy pełnej władzy również zmieniłby się w skurwysyna). I zawarto z książki narzekania drobiu, że "dwunogi są złe" jest gatunkistyczne w ich kierunku. A też mam wrażenie, że jednak oddaje sprawiedliwość książce, bo ton jest ponury i zachowano przesłanie, mimo kreski z Disneya czy Sojuzmultfilmu.
Będąc przy realizacji, to jest to ładna robota jak to w tamtym okresie, a też pomaga ta szorstkość i brutalność ówczesnego kina brytyjskiego. Mimo, że 90% dialogów to narracja, to wiele scen opowiadanych jest obrazem. Prócz tego zaznaczyli coraz gorsze warunki bytowe na folwarku jak to że zwierzęta są wychudzone i widać im żebra. Przemoc jest tu widoczna, choć jako że to lata 50., to większość najdrastyczniejszych scen odbywa się za kadrem i też bardziej działa na psychikę. Ale mimo wszystko kategoria U była bardziej zasadna, bo mimo mroku i dwiema plamami krwi nie różni od reszty ówczesnych pełnometrażowych animacji, a dziecko mniej będzie straumatyzowane niż po innej brytyjskiej animacji o totalitarnych zwierzątkach. No i to najpewniej najlepsza ekranizacja książki. Film z 1999 roku był niby wierniejszy w wielu aspektach, ale szedł w sentymentalizm, a o nadchodzącej wersji Serkisa to już można szkoda gadać.
8/10
8½ - tyle się nasłuchałem, że film jest w przeróżnych topkach najlepszych filmów, w popkulturze jest często wymieniany i cytowany (np. u Tarantino i w polskiej popkulturze), że uznałem, iż zobaczę. Aż nadarzyła się okazja w kinie Pionier. Przyznam się. Przez pierwsze 45 min powstrzymywałem się od snu, wzmagana przez rwącą narrację. Co w sumie ratowało, to sprawne ręce reżysera i mimo europejskiego artyzmu i pójścia w psychologię, w gruncie to pogodny film. I z pewnym satyrycznym zacięciem, gdy w ostatnich minutach filmu intelektualista wystrzeliwuje pretensjonalny monolog, a Guido sam ma swoje przemyślenia w postaci obrazów.
Muzyka, często pastisz klasyki, to wartość dodatnia. No i Fellini zadbał, żeby było na co popatrzeć. Niektóre ujęcia robiące wrażenie , zwłaszcza scena snu z ludzkim latawce, ścieżka do kardynała czy nocny wjazd na plan sajfaja. Taka ciekawostka – to pierwszy film, w którym Claudia Cardinale mówi własnym głosem; wcześniej była dubbingowana i od tej pory, po tym filmie Felliniego, już w ojczystym kinie mówiła własnym głosem (nie licząc kilku wyjątków). I w ogóle te wszystkie zagraniczne aktorki nagminnie grające we włoszczyźnie, normalnie dubbingowane, wypowiadają włoskie kwestie swoimi prawdziwymi głosami. Jedynie Aimée była dubbingowana, czego kompletnie nie słychać i jest pełna symbioza świetnego aktorstwa. Ogólnie to w sumie fabułą sprowadza do relacji głównego bohatera z różnymi kobietami w życiu - czy to aktorkami czy rozkładającym się związek z Luizą.
W sumie mogę zrozumieć skąd taki kulcik. Do tego może nie wrócę, a także inne włoskie kino ambitne przypadało mi do gustu (jak Umberto D. czy Rocco i jego bracia). Ale może dam drugą szansę, no i nie zraził mnie do Felliniego, bo w planach mam inne jego filmy.
7,5/10
20-12-2025, 23:40





