The Magic Voyage - podobno to był wtedy najdroższy niemiecki film animowany. Co? Dwa lata wcześniej Niemcy stworzyli Piotrusia w krainie czarów, czyli podróż fantastyczną, który miał płynniejszą i ładniejszą animację i włożono więcej wysiłku (i robiony był przez bogatszą RFN). I wspomniany Piotruś… ma być tańszy niż ten odrzut z gównianej kreskówki telewizyjnej? Zgaduję, że ów odrzut musiał być jakaś pralnią pieniędzy Stasi albo ukrywających się nazistów lub coś podobnego, bo inaczej nie uwierzę.
Internety głównie się śmieją z wersji amerykańskiej z Coreyem Feldmanem i Domem DeLuisem, ale czytałem że Amerykanie, jak to mają w zwyczaju, poprzerabiali co nieco, więc obejrzałem oryginalną niemiecką wersję. Która dość długo nie była dostępna w sklepikach (bo widocznie nasi sąsiedzi uznali, że takie gówna nie powinny być oglądane i lepszym reprezentantem ich animowanej kultury będzie Felidae), aż ktoś się zlitował i wrzucił na tubę.
Montaż też czasem do dupy, a postacie nie ruszają, ale nie jest to tak częstotliwe jak u amerykańców, a soundtrack jest nie kakofoniczny. Co do reszty... na początku postacie poruszały się przyzwoicie i myślę, że może jednak uczciwie wydali budżet. Ale po 10 minutach przez cały film przeważał tani niedorobiony styl przypominający niesławnego pełnometrażowego Kota Felixa. Zdziwiło mnie, że przy tym filmie pracowali dość doświadczeni animatorzy jak Walt Peregoy czy Phil Nibbelink. Najlepsza w tym jest niemiecka obsada głosowa, ale sąsiedzi nasi mają w tym doświadczenie.
Oczywiście więcej o wyprawach Kolumba się dziecko dowie z odpowiednich odcinków Byli sobie..., a przez litość nie wspomnę o dużych wątkach fantasy. Bo więcej uwagi poświęca temu, że główny bohater - kornik - zakochuje się ot-tak we wróżce urwanej z odrzuconego poziomu Raymana przez złym księciem-rojem, też z Raymana. Kolumb (który nawet w ówczesnych przekazach historycznych był opisywany jako kawał mendy) to bardziej głupkowaty kuzyn disneyowskiego Kapitana Haka, który ma wzajemnie kosmate myśli o królowej.
I słyszałem, że Niemcy są bardzo upierdliwi w kwestii filmów dla dzieci (choć picie wina i "O Mój Boże" spokojnie przechodzi, bo to Europa lat 90.), więc jakimś cudem Kolumb ma erotyczne fantazje nt. królowej Izabeli i w nich wyciąga z kutasa lunetę. Na pewno to było kierowane pod dzieci? Przyznam się, iż jeden żart w kategorii czarnego humoru spowodował u mnie uśmiech (jak szczury widzą szczurze kościotrupy na skandynawskiej krypie). Jak można się domyśleć - paszkwil, który raczej nie jest konieczny do obczajania teutońskiej animacji. Przynajmniej ujrzany w wersji oryginalnej.
3/10
Beloved Beauty - tym razem drugi oprawca, bo Rosja pod zarządem żydowskim. Kolejna z niezliczonych animowanych baśni ludowych od Sojuzmultfilmu, ale tym razem w wersji poklatkowej. I to chyba pierwszy od lat radziecki poklatkowiec, bo się dowiedziałem, iż podczas wojny ojczyźnianej Stalin zakazał dekretem animację poklatkową na rzecz tej rysunkowej (i żeby ta była w stylu Disneya). Zresztą kiedy nastąpiła odwilż Chruszczowa, od tego czasu radziecka animacja była różnorodna.
Amalgacja różnych motywów ludowych typu Iwan Carewicz, Kościej, wymuszanie na kruku pomocy pod groźbą śmierci jego bliskiego, dusza Kościeja będąca poza jego ciałem. Oczywiście jak to bywa w filmowych baśniach, główna para zakochańców płaska jak diabli i bardziej charyzmatyczny jest sidekick Iwana - Bułat i to jego mogła by wybrać tytułowa piękność. Też jest trochę nienachalnego humoru w postaci dwóch poczciwych zbójców-filozofów.
Animacja jest nawet OK, choć to poziom dawnej wieczorynki, ale patrząc na datę, to jest dobrze zrobiona i mimo uproszczonych projektów graficznych, jest na co popatrzeć. I także pobawili się w różnorodność technik, bo występują tu podniebne bóstwa zrobione tradycyjną animacją 2D i są kręcone na żywca efekty płomieni.
Mówiąc szczerze, trochę bardziej cenię wcześniejsze produkcje Sojuzmultfilmu, jeśli chodzi o lata 50. Ale wstydu nie ma.
7/10
Internety głównie się śmieją z wersji amerykańskiej z Coreyem Feldmanem i Domem DeLuisem, ale czytałem że Amerykanie, jak to mają w zwyczaju, poprzerabiali co nieco, więc obejrzałem oryginalną niemiecką wersję. Która dość długo nie była dostępna w sklepikach (bo widocznie nasi sąsiedzi uznali, że takie gówna nie powinny być oglądane i lepszym reprezentantem ich animowanej kultury będzie Felidae), aż ktoś się zlitował i wrzucił na tubę.
Montaż też czasem do dupy, a postacie nie ruszają, ale nie jest to tak częstotliwe jak u amerykańców, a soundtrack jest nie kakofoniczny. Co do reszty... na początku postacie poruszały się przyzwoicie i myślę, że może jednak uczciwie wydali budżet. Ale po 10 minutach przez cały film przeważał tani niedorobiony styl przypominający niesławnego pełnometrażowego Kota Felixa. Zdziwiło mnie, że przy tym filmie pracowali dość doświadczeni animatorzy jak Walt Peregoy czy Phil Nibbelink. Najlepsza w tym jest niemiecka obsada głosowa, ale sąsiedzi nasi mają w tym doświadczenie.
Oczywiście więcej o wyprawach Kolumba się dziecko dowie z odpowiednich odcinków Byli sobie..., a przez litość nie wspomnę o dużych wątkach fantasy. Bo więcej uwagi poświęca temu, że główny bohater - kornik - zakochuje się ot-tak we wróżce urwanej z odrzuconego poziomu Raymana przez złym księciem-rojem, też z Raymana. Kolumb (który nawet w ówczesnych przekazach historycznych był opisywany jako kawał mendy) to bardziej głupkowaty kuzyn disneyowskiego Kapitana Haka, który ma wzajemnie kosmate myśli o królowej.
I słyszałem, że Niemcy są bardzo upierdliwi w kwestii filmów dla dzieci (choć picie wina i "O Mój Boże" spokojnie przechodzi, bo to Europa lat 90.), więc jakimś cudem Kolumb ma erotyczne fantazje nt. królowej Izabeli i w nich wyciąga z kutasa lunetę. Na pewno to było kierowane pod dzieci? Przyznam się, iż jeden żart w kategorii czarnego humoru spowodował u mnie uśmiech (jak szczury widzą szczurze kościotrupy na skandynawskiej krypie). Jak można się domyśleć - paszkwil, który raczej nie jest konieczny do obczajania teutońskiej animacji. Przynajmniej ujrzany w wersji oryginalnej.
3/10
Beloved Beauty - tym razem drugi oprawca, bo Rosja pod zarządem żydowskim. Kolejna z niezliczonych animowanych baśni ludowych od Sojuzmultfilmu, ale tym razem w wersji poklatkowej. I to chyba pierwszy od lat radziecki poklatkowiec, bo się dowiedziałem, iż podczas wojny ojczyźnianej Stalin zakazał dekretem animację poklatkową na rzecz tej rysunkowej (i żeby ta była w stylu Disneya). Zresztą kiedy nastąpiła odwilż Chruszczowa, od tego czasu radziecka animacja była różnorodna.
Amalgacja różnych motywów ludowych typu Iwan Carewicz, Kościej, wymuszanie na kruku pomocy pod groźbą śmierci jego bliskiego, dusza Kościeja będąca poza jego ciałem. Oczywiście jak to bywa w filmowych baśniach, główna para zakochańców płaska jak diabli i bardziej charyzmatyczny jest sidekick Iwana - Bułat i to jego mogła by wybrać tytułowa piękność. Też jest trochę nienachalnego humoru w postaci dwóch poczciwych zbójców-filozofów.
Animacja jest nawet OK, choć to poziom dawnej wieczorynki, ale patrząc na datę, to jest dobrze zrobiona i mimo uproszczonych projektów graficznych, jest na co popatrzeć. I także pobawili się w różnorodność technik, bo występują tu podniebne bóstwa zrobione tradycyjną animacją 2D i są kręcone na żywca efekty płomieni.
Mówiąc szczerze, trochę bardziej cenię wcześniejsze produkcje Sojuzmultfilmu, jeśli chodzi o lata 50. Ale wstydu nie ma.
7/10
18-01-2026, 23:44





