Łup / The Rip (2026)
Netflixowa nowość za kamerą, której stanął niejaki Joe Carnahan, czyli twórca filmu "The Grey" z Liamem Neesonem, który swoją drogą bardzo lubię. Tym razem daje światu oldschoolowego policyjnego sensacyjniaka ze wszystkimi wadami i zaletami gatunku.
Generalnie fabuła polega na tym, że na początku filmu ginie policjantka będąca kapitanem jakiegoś tam wydziału, który odpowiada za naloty na dziuple, gdzie kartele trzymają swój hajs. Nowy szef, którego gra Matt Damon dostaje cynk o dziupli, gdzie znajduje się wielka kasa - w tle oczywiście jest kłamstwo, zdrata, policyjna wtyka, itd, itp. No po prostu klisza kliszę kliszą kliszuje - wiadomo. No, ale tutaj mamy coś extra, czyli hollywoodzki bromance wszech czasów - Matt Damon i Ben Affleck. Ja tam ich lubie i czuć od obu panów ekranową chemię i fakt, że są ziomkami poza planem. No po prostu się ich zajebiście ogląda, nawet pomimo tego, że Damon ma twarz jakiegoś żelka.
Zresztą reszta obsady tez jest spoko, bo są chociażby Kyle Chandler, który gra Kyle'a Chandlera, jest Steven Yeun, kurła, nawet jest Scott Adkins, który gra brachola Afflecka, jest Nestor Carbonell, który ma ryj prawdziwego kultowca, Catalina Sandino Moreno której nie widziałem wieki na ekranie, no i jest nawet najgorsza aktorka roku ubiegłego, czyli Teyana Taylor. Trzeba jednak oddać reżyserowi, że to fachura jest bo pan Joe Carnahan sprowadził swoje dwie kobiece gwiazdy do jednego - siedzą w garażu i liczą hajs. Tylko to robią lol - miałem z tego lekką polewę. Biali chłopcy się bawią i strzelajo, a one siedzą na dupach i liczą brudną kasę - oczko wyżej.
To nie jest film akcji, to jest sensacyjniak, momentami wręcz taki thriller policyjny. Jest troche akcji w trzecim akcie, co jest nieco złamaniem konwencji, ale do tego czasu, przez połtorej godziny film głównie opiera się na atmosferze tego, że zaraz coś nadciągnie, że wleci zaraz kartel i zacznie się ostra jatka jak w "Helikopterze w ogniu'".
Miło spędzony czas, nie spodziewałem się niczego wielkiego, a tu spore zaskoczenie. 6/10 dam, bo to nie jest nic wielkiego w tym gatunku, ale można było to zdecydowanie zepsuć.
Netflixowa nowość za kamerą, której stanął niejaki Joe Carnahan, czyli twórca filmu "The Grey" z Liamem Neesonem, który swoją drogą bardzo lubię. Tym razem daje światu oldschoolowego policyjnego sensacyjniaka ze wszystkimi wadami i zaletami gatunku.
Generalnie fabuła polega na tym, że na początku filmu ginie policjantka będąca kapitanem jakiegoś tam wydziału, który odpowiada za naloty na dziuple, gdzie kartele trzymają swój hajs. Nowy szef, którego gra Matt Damon dostaje cynk o dziupli, gdzie znajduje się wielka kasa - w tle oczywiście jest kłamstwo, zdrata, policyjna wtyka, itd, itp. No po prostu klisza kliszę kliszą kliszuje - wiadomo. No, ale tutaj mamy coś extra, czyli hollywoodzki bromance wszech czasów - Matt Damon i Ben Affleck. Ja tam ich lubie i czuć od obu panów ekranową chemię i fakt, że są ziomkami poza planem. No po prostu się ich zajebiście ogląda, nawet pomimo tego, że Damon ma twarz jakiegoś żelka.
Zresztą reszta obsady tez jest spoko, bo są chociażby Kyle Chandler, który gra Kyle'a Chandlera, jest Steven Yeun, kurła, nawet jest Scott Adkins, który gra brachola Afflecka, jest Nestor Carbonell, który ma ryj prawdziwego kultowca, Catalina Sandino Moreno której nie widziałem wieki na ekranie, no i jest nawet najgorsza aktorka roku ubiegłego, czyli Teyana Taylor. Trzeba jednak oddać reżyserowi, że to fachura jest bo pan Joe Carnahan sprowadził swoje dwie kobiece gwiazdy do jednego - siedzą w garażu i liczą hajs. Tylko to robią lol - miałem z tego lekką polewę. Biali chłopcy się bawią i strzelajo, a one siedzą na dupach i liczą brudną kasę - oczko wyżej.
To nie jest film akcji, to jest sensacyjniak, momentami wręcz taki thriller policyjny. Jest troche akcji w trzecim akcie, co jest nieco złamaniem konwencji, ale do tego czasu, przez połtorej godziny film głównie opiera się na atmosferze tego, że zaraz coś nadciągnie, że wleci zaraz kartel i zacznie się ostra jatka jak w "Helikopterze w ogniu'".
Miło spędzony czas, nie spodziewałem się niczego wielkiego, a tu spore zaskoczenie. 6/10 dam, bo to nie jest nic wielkiego w tym gatunku, ale można było to zdecydowanie zepsuć.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
16-01-2026, 17:31





