Królowa Śniegu (1967) - The Walt Disney Company jednak nie było pierwsze, jeśli chodzi o bezczelne aktorskie remake'i swych animacji. Tak jak z wyścigiem w kosmos pierwsi byli Sowieci. Przecież ten film to kopia animacji Sojuzmultfilmu powstałej dekadę wcześniej. Królowa w obu wersjach wygląda tak samo (ma skubana nawet ten sam kożuch, gdy zabiera Kaja) i osobowością jest zimną suczą, Gerda też to blondynka w podobnym outficie, towarzyszy jej czarny kruk (zamiast wrony siwej jak w oryginale) będący na sterydach (bo sięga jej do ciała, gdy w naturze kruk to jest wielkości kurczaka), strażnicy pary książęcej też mają XVI-wieczne mundury. Zdziwiło mnie, że nie było tego w polskich kinach, bo produkcja radziecka, a sama treść baśni nikogo nie gorszy (i wspomniana wcześniej animacja była w polskich kinach).
Ale też swoje dodaje. Bo jest dodatkowy złol w postaci zimnego handlowca dostarczającego lód Królowej Śniegu i będący w nią w zmowie (i też dobry aktor). I tu ważną postacią jest nauczyciel-gawędziarz, który chyba miał być awatarem Andersena, ale film nigdy nie mówi wprost. I obaj mają nawet swashbucklerowy pojedynek. OK. Generalnie szkielet fabuły jest dość wierny fabule. I wyczuwam podprogowy smrodek propagandowy, bo chociażby królewna wzięła za narzeczonego z ludu i cały czas to podkreślają (i to narzeczony jest tym mądrzejszym, a królewna choć o dobrym sercu, jest głupiutka i naiwna). A każdy bogaty lub z królewskiej krwi jest albo zły bądź godny pożałowania :).
Co trzeba przyznać radzieckim baśniom filmowym, to twórcy podchodzili do tego profesjonalnie i dostarczali dobry produkt zamiast machnąć ręką "bo to dla dzieci". Piękne plenery Estonii imitujące Skandynawię i efekty specjalne jak zwykle zapierają dech w piersiach. No prawie, te kukły kruków przypominają te przeklęte pelikany z O dwóch takich, co ukradli księżyc. I inspirowali się serialami kinowymi o Supermanie, bo w scenach lotu i jazdy reniferem posiłkują się animacją. I parę jest rysunkowych efektów jak w PRL-owskim Panu Kleksie. Trochę lepiej wykonywali animatronikę renifera, choć ten też urwał z dark ride'u z objazdowego lunaparku. I też starali się, żeby dorośli też mieli frajdę z seansu (bo film familijny=/=tylko dla dzieci) i parę mrugnięć - jeden z zbójów ma w swej kanciapie rysunki ładnych pań, a inny wygląda jak gejowska wersja pewnego austriackiego polityka. Czego nie mogę przyznać to czasem tempo, bo np. sugerują jakieś wielkie napięcie i rywalizację bajarza z handlowcem, a wątek ten nie ma żadnego rozwiązania. I też końcowa konfrontacja z Królową Śniegu dość zrobiona na łebkach - królowa obrzuca śnieżycą dzieci - ściemnienie - i nagle wszyscy happy, Gerda i Kaj wracają szczęśliwi. Sojuzmultfilm rozwiązał finał w bardziej satysfakcjonujący dla mnie sposób. No i jednak Sojuzmultfilm to najlepsza ekranizacja baśni.
Wracając jeszcze do Disneya... królewna, której narzeczonego Gerda pomyliła z Kajem, ma na imię Elsa. Dokładnie jak królewna z historii inspirowanej Królową śniegu ;).
7/10
Królowa Śniegu (1986) - w dzieciństwie był to szok. Królowę śniegu znałem wówczas tylko z wersji Sojuzmultfilmu, a ten film oglądałem w kółko i jak zapowiedzieli w TV, to (jak to dziecko) rzuciłem się do seansu. I tu nagle mrok, połowa filmu bez dialogu rodem z psychodramy, Kaj będący pod wpływem Królowej nosi jakiś BDSM-owy kostium i toczy pojedynek z misiotaurem.
Klimatem przypomina to Legendę Ridleya Scotta. Podobnie oniryczna baśniowa oprawa z artystycznym sznytem. Jak i sporo nightmare fuelu. I tak jak tam wizualnie się nie zestarzało i nadal ogląda się zajebiście. Też lata 80. odcisnęły swe piętno - rozbójnicy wyglądają jak uczestnicy Jarocina (i mają nawet ze sobą rockową piosenkę), a tytułowa królowa ma pokaźną trwałą. No i aktorsko też jest dobrze. Dzieci grające Gerdę i Kaja obsadzone perfekcyjnie i czuje się ich miłość, a aktor w roli Kaja (zdaje się, że on w filmie powiedział tylko jedno słowo) oddał to postępujące ochłodzenie. Satu Silvo w roli tytułowej odpowiednio chłodna i demoniczna, a reszta aktorów dla odmiany szarżuje w ten fajny sposób.
I jak teraz powtarzam to faktycznie podbijają mrocznością. Czarownica z ogrodem w oryginalnej baśni była mimo wszystko dobrą (albo przynajmniej neutralną) postacią - tu jest to pełnoprawny villain robiący Gerdzie Czarnego łabędzia. A rozbójnica choć święta nie była w oryginale, to pozbawili jej dobrych cech (no, prawie) i Gerda sama ucieka z obozu zbójów. Co też trochę przesłaniu oryginału, że każdy napotkany może okazać dobro innej osobie. Ogólnie fabuła dość swobodnie przekształcona, jaki uproszczona. Nie ma motywu z rozbitym lustrem i Kaj nie zachowuje się jak palant, a zostaje bezczelnie porwany, bo ma jej wydobyć mcguffin do rządzenia światem, więc praktycznie to generyczne fantasy. A, i jest symboliczny udział renifera. I też czasem tempo zawodzi.
Mimo wszystko zawsze doceniam jak jakaś ekranizacja znanej klasyki odpina wrotki i robi szaleńczą jazdę, bo przez to zapada w pamięć. Zwłaszcza jak twórca ma artystyczne ambicje (podobne przypadki to radziecki Bambi Bondarczukowej czy Alicja Švankmajera). Jak się Kryst znowu się odzywa, to nalegam by nadrobił tą Królową śniegu. Jest dostępna na rosyjskich odpowiednikach jutubach (a w dzisiejszych czasach piractwo to żadne złodziejstwo). A w/w utwory też polecam ujrzeć.
7/10
Ale też swoje dodaje. Bo jest dodatkowy złol w postaci zimnego handlowca dostarczającego lód Królowej Śniegu i będący w nią w zmowie (i też dobry aktor). I tu ważną postacią jest nauczyciel-gawędziarz, który chyba miał być awatarem Andersena, ale film nigdy nie mówi wprost. I obaj mają nawet swashbucklerowy pojedynek. OK. Generalnie szkielet fabuły jest dość wierny fabule. I wyczuwam podprogowy smrodek propagandowy, bo chociażby królewna wzięła za narzeczonego z ludu i cały czas to podkreślają (i to narzeczony jest tym mądrzejszym, a królewna choć o dobrym sercu, jest głupiutka i naiwna). A każdy bogaty lub z królewskiej krwi jest albo zły bądź godny pożałowania :).
Co trzeba przyznać radzieckim baśniom filmowym, to twórcy podchodzili do tego profesjonalnie i dostarczali dobry produkt zamiast machnąć ręką "bo to dla dzieci". Piękne plenery Estonii imitujące Skandynawię i efekty specjalne jak zwykle zapierają dech w piersiach. No prawie, te kukły kruków przypominają te przeklęte pelikany z O dwóch takich, co ukradli księżyc. I inspirowali się serialami kinowymi o Supermanie, bo w scenach lotu i jazdy reniferem posiłkują się animacją. I parę jest rysunkowych efektów jak w PRL-owskim Panu Kleksie. Trochę lepiej wykonywali animatronikę renifera, choć ten też urwał z dark ride'u z objazdowego lunaparku. I też starali się, żeby dorośli też mieli frajdę z seansu (bo film familijny=/=tylko dla dzieci) i parę mrugnięć - jeden z zbójów ma w swej kanciapie rysunki ładnych pań, a inny wygląda jak gejowska wersja pewnego austriackiego polityka. Czego nie mogę przyznać to czasem tempo, bo np. sugerują jakieś wielkie napięcie i rywalizację bajarza z handlowcem, a wątek ten nie ma żadnego rozwiązania. I też końcowa konfrontacja z Królową Śniegu dość zrobiona na łebkach - królowa obrzuca śnieżycą dzieci - ściemnienie - i nagle wszyscy happy, Gerda i Kaj wracają szczęśliwi. Sojuzmultfilm rozwiązał finał w bardziej satysfakcjonujący dla mnie sposób. No i jednak Sojuzmultfilm to najlepsza ekranizacja baśni.
Wracając jeszcze do Disneya... królewna, której narzeczonego Gerda pomyliła z Kajem, ma na imię Elsa. Dokładnie jak królewna z historii inspirowanej Królową śniegu ;).
7/10
Królowa Śniegu (1986) - w dzieciństwie był to szok. Królowę śniegu znałem wówczas tylko z wersji Sojuzmultfilmu, a ten film oglądałem w kółko i jak zapowiedzieli w TV, to (jak to dziecko) rzuciłem się do seansu. I tu nagle mrok, połowa filmu bez dialogu rodem z psychodramy, Kaj będący pod wpływem Królowej nosi jakiś BDSM-owy kostium i toczy pojedynek z misiotaurem.
Klimatem przypomina to Legendę Ridleya Scotta. Podobnie oniryczna baśniowa oprawa z artystycznym sznytem. Jak i sporo nightmare fuelu. I tak jak tam wizualnie się nie zestarzało i nadal ogląda się zajebiście. Też lata 80. odcisnęły swe piętno - rozbójnicy wyglądają jak uczestnicy Jarocina (i mają nawet ze sobą rockową piosenkę), a tytułowa królowa ma pokaźną trwałą. No i aktorsko też jest dobrze. Dzieci grające Gerdę i Kaja obsadzone perfekcyjnie i czuje się ich miłość, a aktor w roli Kaja (zdaje się, że on w filmie powiedział tylko jedno słowo) oddał to postępujące ochłodzenie. Satu Silvo w roli tytułowej odpowiednio chłodna i demoniczna, a reszta aktorów dla odmiany szarżuje w ten fajny sposób.
I jak teraz powtarzam to faktycznie podbijają mrocznością. Czarownica z ogrodem w oryginalnej baśni była mimo wszystko dobrą (albo przynajmniej neutralną) postacią - tu jest to pełnoprawny villain robiący Gerdzie Czarnego łabędzia. A rozbójnica choć święta nie była w oryginale, to pozbawili jej dobrych cech (no, prawie) i Gerda sama ucieka z obozu zbójów. Co też trochę przesłaniu oryginału, że każdy napotkany może okazać dobro innej osobie. Ogólnie fabuła dość swobodnie przekształcona, jaki uproszczona. Nie ma motywu z rozbitym lustrem i Kaj nie zachowuje się jak palant, a zostaje bezczelnie porwany, bo ma jej wydobyć mcguffin do rządzenia światem, więc praktycznie to generyczne fantasy. A, i jest symboliczny udział renifera. I też czasem tempo zawodzi.
Mimo wszystko zawsze doceniam jak jakaś ekranizacja znanej klasyki odpina wrotki i robi szaleńczą jazdę, bo przez to zapada w pamięć. Zwłaszcza jak twórca ma artystyczne ambicje (podobne przypadki to radziecki Bambi Bondarczukowej czy Alicja Švankmajera). Jak się Kryst znowu się odzywa, to nalegam by nadrobił tą Królową śniegu. Jest dostępna na rosyjskich odpowiednikach jutubach (a w dzisiejszych czasach piractwo to żadne złodziejstwo). A w/w utwory też polecam ujrzeć.
7/10
16-02-2026, 21:16





