Seans My Fair Lady „dokonał" niebywałego: pozwolił mi znielubić postać graną przez ikonę klasy i wdzięku, wspaniałą Audrey Hepburn. Jej Eliza to wrzaskliwa wieśniara bez szkoły, prostackie babsko nadające się wyłącznie na kompost. Można zakrzyknąć: ale przecież tak ma być! Chodzi o przemianę prostej dziewuchy w dystyngowaną damę. Odpowiadam: historia o Kopciuszku działa, bo (między innymi) tytułowa panienka z marszu wzbudza sympatię. Jęczącą idiotkę ma się za to ochotę szarpnąć za włosy i wrzucić do rynsztoka, z którego próbuje się wydostać. Osiągnięto tu coś w teorii arcytrudnego (powtarzam): zohydzono bohaterkę mającą w zamierzeniu zaskarbić sobie sympatię widzów, graną przez Hepburn (rany boskie). Jestem pod niemałym wrażeniem tej wielopoziomowej katastrofy i fuszerki w wykonaniu kwestii fundamentalnej dla tego typu opowieści. Człowiek wkurza się w zasadzie od początku, a tu jeszcze prawie trzy godziny cierpień. Gdy już durne kaczątko przemienia się w wytwornego łabędzia, to jest jeszcze gorzej — następuje zwielokrotnienie nudy (idącej dotychczas ramię w ramię z irytacją). Do gleby dociska całość pan profesur; mogła to być przeciwwaga dla Odrij i jaśniejszy punkt programu, niestety koleś jest równie fatalny. Czy nie miał czasem personifikować słabo skrywanych fantazji twórców o dominującym samcu rozstawiającym babę po kątach, traktującym ją jak istotę niższego szczebla? Higgins to kompletny burak, a jego perwersyjnie złośliwe podejście do uczennicy nie jest ani interesujące, ani przyjemne, ani nawet zabawne. Absolutna klęska filmowa, nie mogę wyjść z podziwu nad skalą dokonanych zniszczeń. To jest może i gorsze od powstałego kilka lat poźniej Olivera. Narzekamy na wybory Akademii w tym wieku, ale już w połowie (no, okolicach) poprzedniego nagradzano takie gnioty (kosztem, na przykład, Doktora Strangelove'a). Z trójki zwycięskich musicali z lat 60. ratują sie tylko Dźwięki muzyki. A, właśnie. My Fair Lady to podobno musical. Podobno, bo motywy muzyczne są dramatycznie mdłe, zrobione na odwal się. Trochę wcześniej powstała Deszczowa Piosenka, nieco później wspaniały Skrzypek. Dało się? Dało. Pies trącał to łajno. 3/10.
Przy Dragonheart również miałem cierpieć, płacąc frycowe za nieobejrzenie tego wtedy, gdy powinienem (jako dzieciak pod koniec ubiegłego wieku). Negatywne nastawienie może i zadziałało jak powinno (tj. przekornie), bo nieźle się bawiłem. Ponad przeciętność wynosi tę prościutką historyjkę relacja Quaida ze smoczkiem i przemiany charakteru tego pierwszego. Nie ma tu żadnego zaskoczenia, wszystko zrobione jakby od linijki — dobry ma wątpliwości i miota sie w moralnej szarzyźnie, ale w końcu robi, co należy, zły jest wstrętny, wredny i brzydki, a biedakom trzeba pomóc w rewolucji — ale mało co zgrzyta, bo takie to szczere, od serca (hehe), a i jeszcze momentami autentycznie zabawne. Słabym punktem fatalnie obsadzony David Thewlis (aktor wyborny [Naked!]). W zamierzeniu miał to być paniczyk-ciulik, ale przy tej charakteryzacji (i fizys) wyszła karykatura. Z kwestii pobocznych: w trakcie seansu mózg wziął sobie wolne, bo nie rozponałem Lucjusza Malfoya (gdy służył Lupinowi) i baaaaardzo długo nie mogłem połączyć nazwiska Briana Thompsona z cholernie chakterystyczną twarzą filmowego złoczyńcy. Michax pewnie wystawiłby mi dwóję z egzaminu wiedzy o X-Files (dla nieuświadomionych: Obcy-łowca nagród), sprać brutalnie trzcinką i kazał (w ramach pokuty) przez miesiąc oglądać mecze Świątek. Anyłej — po prostu fajne to smocze serce. Kiedyś było lepiej. 6/10.
Po obejrzeniu Sentimental Value „naszła" mnie dygresja: gdyby papa Bergman kręcił tego typu filmy, to może jego kino szczerze lubiłby ktoś jeszcze poza studentami filmoznawstwa. Teoria zapewne kontrowersyjna, ale nie zależy mi na popularności. W każdym razie dzieło Triera nie jest niczym wielkim; sprawia wrażenie lekko niedogotowanego, jak gdyby twórca przekręcił gałkę na 70% i ukontentowany pokiwał głową. Chciałoby się nieco głębszego zanurzenia w rodzinny konflikt miast ślizgania się po powierzchni. Całkiem to subtelne i delikatne, ale przez to (niestety) nie do końca angażujące. Aktorsko bardzo dobrze, ale bez opadu szczeny. Statuetkę wręczyłbym wyłącznie Lilleaas — z głównego kwartetu ma do zagrania najbardziej zniuansowaną postać i z klasą oraz (powtórzenie) subtelnością robi swoje. Stellan jest spoko, ale nie na nagrody (swoją drogą umieszczenie go w kategorii drugoplanowej nieco wątpliwe, bo dostaje sporo czasu ekranowego). 6-7/10, pewnie warto obejrzeć poprzednie filmy Joachima (ponoć lepsze). 6-7/10.
Przy Dragonheart również miałem cierpieć, płacąc frycowe za nieobejrzenie tego wtedy, gdy powinienem (jako dzieciak pod koniec ubiegłego wieku). Negatywne nastawienie może i zadziałało jak powinno (tj. przekornie), bo nieźle się bawiłem. Ponad przeciętność wynosi tę prościutką historyjkę relacja Quaida ze smoczkiem i przemiany charakteru tego pierwszego. Nie ma tu żadnego zaskoczenia, wszystko zrobione jakby od linijki — dobry ma wątpliwości i miota sie w moralnej szarzyźnie, ale w końcu robi, co należy, zły jest wstrętny, wredny i brzydki, a biedakom trzeba pomóc w rewolucji — ale mało co zgrzyta, bo takie to szczere, od serca (hehe), a i jeszcze momentami autentycznie zabawne. Słabym punktem fatalnie obsadzony David Thewlis (aktor wyborny [Naked!]). W zamierzeniu miał to być paniczyk-ciulik, ale przy tej charakteryzacji (i fizys) wyszła karykatura. Z kwestii pobocznych: w trakcie seansu mózg wziął sobie wolne, bo nie rozponałem Lucjusza Malfoya (gdy służył Lupinowi) i baaaaardzo długo nie mogłem połączyć nazwiska Briana Thompsona z cholernie chakterystyczną twarzą filmowego złoczyńcy. Michax pewnie wystawiłby mi dwóję z egzaminu wiedzy o X-Files (dla nieuświadomionych: Obcy-łowca nagród), sprać brutalnie trzcinką i kazał (w ramach pokuty) przez miesiąc oglądać mecze Świątek. Anyłej — po prostu fajne to smocze serce. Kiedyś było lepiej. 6/10.
Po obejrzeniu Sentimental Value „naszła" mnie dygresja: gdyby papa Bergman kręcił tego typu filmy, to może jego kino szczerze lubiłby ktoś jeszcze poza studentami filmoznawstwa. Teoria zapewne kontrowersyjna, ale nie zależy mi na popularności. W każdym razie dzieło Triera nie jest niczym wielkim; sprawia wrażenie lekko niedogotowanego, jak gdyby twórca przekręcił gałkę na 70% i ukontentowany pokiwał głową. Chciałoby się nieco głębszego zanurzenia w rodzinny konflikt miast ślizgania się po powierzchni. Całkiem to subtelne i delikatne, ale przez to (niestety) nie do końca angażujące. Aktorsko bardzo dobrze, ale bez opadu szczeny. Statuetkę wręczyłbym wyłącznie Lilleaas — z głównego kwartetu ma do zagrania najbardziej zniuansowaną postać i z klasą oraz (powtórzenie) subtelnością robi swoje. Stellan jest spoko, ale nie na nagrody (swoją drogą umieszczenie go w kategorii drugoplanowej nieco wątpliwe, bo dostaje sporo czasu ekranowego). 6-7/10, pewnie warto obejrzeć poprzednie filmy Joachima (ponoć lepsze). 6-7/10.
24-02-2026, 15:33





