@OG
Wierutne kłamstwa. Uwielbiam dzieci, moją drugą ksywą w necie jest Little Kid Lover.
Z klasyką nie jest źle: na 10 filmów trafi sie z pięć niezłych/dobrych, dwa świetne, dwa rewelacyjne i jeden gniot. Chciałoby się taką proporcję uzyskać, biorąc próbkę z obecnej dekady. Z „ostatnich" staroci podobały mi się: Day of Wrath, Suna no Onna (Kobieta z wydm), Winchester '73, Le Doulos, nawet The Fugitive Kind (mniej znany „wczesny" Lumet). Może znajdziesz coś dla siebie. EDYCJA: zapomniałem o najlepszym: A Matter of Life and Death. Kapitalny.
@simek
Wtręt o Kopciuszku kluczem. My Fair Lady nie działa ani na poziomie „podróży" bohaterów (bo przedstawiono ją niewiarygodnie i po łebkach), ani jako romans (główny duet jest antypatyczny i męczący), ani nawet jako musical (ot, kilka dość przyjemnych pioseneczek, reszta słaba, no i choreografia/realizacja raczej nędzna). Środki wyrazu zastosowane przez Audrey sprowadzają się zaś (w pierwszej połowie) do darcia japy i biadolenia. Ślicznie dziękuję za takie „aktorstwo". Rozróżnijmy też dwie sprawy: nie lubię wkurzającej postaci, bo jest świetnie zagrana (pierwszy z brzegu przykład: siostra Ratched) vs nie lubię postaci, bo wkurza.
---
Zapodam jeszcze jednym tytułem, bo kilka dni po seansie rośnie w moich oczach: No Way Out. Rozwija się dość wolno i nieco nuży, wtem dochodzi do przełomu fabularnego, dzieje się, dzieje, (jeszcze bardziej) dzieje i nie puszcza aż do finału. Świetnie stopniuje się tu napięcie; w ostatnim akcie pętla coraz ciaśniej oplata szyję bohatera, a widz dzieli z nim poczucie osaczenia (sytuacja rzeczywiście zdaje się nie mieć wyjścia). Po obejrzeniu można nieco przekalibrować myślenie i spojrzeć na intrygę z nieco innej strony (całość na tym zyskuje). Socjopatyczny Will Patton lśni najjaśniej (mrocznym blaskiem, hehe), kapitalna rola. Najlepszy film z Sean Young z lat 80. ubiegłego wieku. :)
Wierutne kłamstwa. Uwielbiam dzieci, moją drugą ksywą w necie jest Little Kid Lover.
Z klasyką nie jest źle: na 10 filmów trafi sie z pięć niezłych/dobrych, dwa świetne, dwa rewelacyjne i jeden gniot. Chciałoby się taką proporcję uzyskać, biorąc próbkę z obecnej dekady. Z „ostatnich" staroci podobały mi się: Day of Wrath, Suna no Onna (Kobieta z wydm), Winchester '73, Le Doulos, nawet The Fugitive Kind (mniej znany „wczesny" Lumet). Może znajdziesz coś dla siebie. EDYCJA: zapomniałem o najlepszym: A Matter of Life and Death. Kapitalny.
@simek
Wtręt o Kopciuszku kluczem. My Fair Lady nie działa ani na poziomie „podróży" bohaterów (bo przedstawiono ją niewiarygodnie i po łebkach), ani jako romans (główny duet jest antypatyczny i męczący), ani nawet jako musical (ot, kilka dość przyjemnych pioseneczek, reszta słaba, no i choreografia/realizacja raczej nędzna). Środki wyrazu zastosowane przez Audrey sprowadzają się zaś (w pierwszej połowie) do darcia japy i biadolenia. Ślicznie dziękuję za takie „aktorstwo". Rozróżnijmy też dwie sprawy: nie lubię wkurzającej postaci, bo jest świetnie zagrana (pierwszy z brzegu przykład: siostra Ratched) vs nie lubię postaci, bo wkurza.
---
Zapodam jeszcze jednym tytułem, bo kilka dni po seansie rośnie w moich oczach: No Way Out. Rozwija się dość wolno i nieco nuży, wtem dochodzi do przełomu fabularnego, dzieje się, dzieje, (jeszcze bardziej) dzieje i nie puszcza aż do finału. Świetnie stopniuje się tu napięcie; w ostatnim akcie pętla coraz ciaśniej oplata szyję bohatera, a widz dzieli z nim poczucie osaczenia (sytuacja rzeczywiście zdaje się nie mieć wyjścia). Po obejrzeniu można nieco przekalibrować myślenie i spojrzeć na intrygę z nieco innej strony (całość na tym zyskuje). Socjopatyczny Will Patton lśni najjaśniej (mrocznym blaskiem, hehe), kapitalna rola. Najlepszy film z Sean Young z lat 80. ubiegłego wieku. :)
24-02-2026, 17:23 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24-02-2026, 20:02 przez Norton.)





