Oczywiście "Dragonslayer" nie pobity do dziś i nie zanosi się, żeby miało to się kiedykolwiek zmienić.
Bzdura. Po pierwsze, Vermithrax Pejorative to o wiele lepszy smok, po drugie, CGI w "Dragonheart" postarzało się i to w większości bardzo brzydko. Oglądałem to jakiś czas temu i ciężko mi było przebrnąć przez ten film - schematyczność i spora doza naiwności w zdecydowanie zbyt dużych dawkach zabijała dla mnie jakąkolwiek przyjemność z seansu a wizualia nie były już niczym wybitnym, lekko mówiąc. Według mnie cyfrowe efekty, szczególnie te z lat 90-tych, starzeją się dużo gorzej niż choćby te, których użyto w "Dragonslayerze" (nie wszystko tam wygląda dobrze z dzisiejszej perspektywy, ale smok nadal robi wrażenie) i niestety widać, że trochę porwano się wtedy z motyką na słońce.
Jasne, był to spory przełom i wyczyn jak na tamte czasy, który jak najbardziej warto docenić ale widać, że cyfrowy smok w pełnym słońcu reagujący realistycznie z otoczeniem, dodatkowo mający mimikę i mówiący ludzkim głosem to jeszcze były zbyt wysokie progi. To nie "Park jurajski", w którym znali swoje ograniczenia i próbowali to ukryć jak tylko mogli, tutaj chcieli zrobić krok do przodu i za to niewątpliwie należy się chłopakom z ILM szacunek bo są ujęcia, które wyglądają świetnie do dziś ale niestety dużo jest też takich, które nadgryzł ząb czasu. Inna sprawa, że tak jak pisałem, nigdy nie uważałem samego filmu za coś więcej niż przeciętnego, ot, takie maksymalnie 6/10 i to tylko wtedy, gdy mam dobry dzień.
Shelter (2026)
Jason Statham robi to co Jason Statham umie najlepiej, czyli kolejny taki sam film, który ogląda się tak samo jak kilkanaście podobnych z ostatnich lat. Jakiś eks (tutaj można wstawić dowolne - wojskowy, agent służb, marines itd. itp.) mieszka gdzieś na odludziu (to samo, tylko zmieniamy miejscówkę) aż w jego życiu pojawia się ktoś (przeważnie jest to jakieś dziecko, porwane bądź takie, które będzie mu towarzyszyło) kto sprawia, że nasz zasiedziały na dupie twardziel będzie musiał ruszyć na (przeważnie) ostatnią misję, by ukarać złych. Schemat każdy zna doskonale i nic się tutaj w tym aspekcie nie zmienia - jak ktoś lubi to obejrzy i w miarę miło spędzi czas, jak nie lubi to nie ma sensu odpalać bo niczego nowego w "Shelter" nie zobaczy.
To, co sprawdza się lepiej w tym w tym konkretnym przypadku to relacja z dziewczynką - te wszystkie spokojniejsze momenty, w których obserwujemy tylko dwójkę głównych bohaterów i tworzącą się między nimi więź są całkiem w porządku i przez chwilę nawet uwierzyłem, że może tym razem będzie jakieś przełamanie schematu ale nie - akcja w pewnym momencie musi ruszyć a wtedy wiadomo - bitki, pościgi i inne tego typu atrakcje. Gorzej, że szkockie zadupia to nie są najlepsze miejscówki, pośród których można tego typu rzeczy jakoś sensownie zainscenizować i film jest po prostu brzydki i dosyć jednorodny wizualnie.
Nie pomaga też w większości trzęsąca się kamera i ogólna bieda realizacyjna (wszelkie cyfrowe efekty są słabiutkie) - niestety, pod względem akcji nie ma tutaj nic szczególnie ciekawego czy wybijającego się w jakikolwiek sposób. Jest jedna fajna bitka z krótką przerwą na odpoczynek na kanapach (fajny i bardzo życiowy patent swoją drogą) ale to wszystko. Reszta to szybkie łubudubu, dużo szumu i hałasu, z którego po seansie niewiele z nami zostaje. I taki jest ten film właśnie - dla koneserów całkiem zjadliwe i do zapomnienia zaraz po obejrzeniu, dla reszty do zapomnienia przed, czytaj strata czasu. 5/10
One Mile (2026)
Tu z kolei ciekawostka, bo na "One Mile" składają się dwa filmy, które wyszły w tym samym czasie prosto na streaming, tj. Chapter One i Chapter Two. W roli głównej Ryan Phillippe wcielający się w eks-wojskowego (a jakże), który próbując naprawić relacje z córką wyjeżdża z nią na rekonesans po szkołach - mają jednak pecha, bo podczas obowiązkowego postoju nad malowniczym jeziorem trafiają na bandę okolicznych redneków porywających kobiety. Resztę można sobie wyobrazić - ganianie po lesie, bitki i tego typu obowiązkowe dla survivali rzeczy.
Niestety, napięcia tutaj niewiele, całość ma posmak telewizyjnej taniochy (tej kablówkowej) i realizacyjnie jest to totalnie przeźroczyste i żadne. Na plus widoczki kanadyjskiej głuszy, która udaje amerykańskie zadupie i rola znanego z "E.T." czy "The Hitcher" C. Thomasa Howella, który wciela się w szefa redneków, cała reszta to sztampa do kwadratu - nawet córka głównego bohatera gra w szkolnej drużynie piłkarskiej, bo przecież teraz wszystkie filmowe dzieciaki w Stanach grają w soccer właśnie. Mimo wszystko ogląda się bezboleśnie, pomimo wielu głupot nie jest to aż tak obraźliwe dla inteligencji widza jakby mogło się wydawać.
Niestety po finale pierwszego filmu (który gdyby nie jedna scena mógłby spokojnie być zamkniętą opowieścią) mamy do obejrzenia drugi rozdział, którego punkt wyjściowy to już niestety totalny sajfaj i obraza dla każdej w miarę inteligentnej istoty. Nie chcę nic zdradzać (choć pewnie i tak nikt tego nie obejrzy) ale po wydarzeniach mających miejsce w pierwszym filmie pewna działalność czy ogólnie funkcjonowanie całej społeczności powinno zostać spacyfikowane przez odpowiednie służby, no ale nic takiego się nie dzieje bo nasi główni bohaterowie nie wiedzieć czemu przechodzą nad wydarzeniami z niedawnej przeszłości do porządku dziennego i jedziemy dalej.
Żeby tego było mało, zaraz na samym początku dostajemy kuriozalnie zmontowaną zbitkę scenek z poprzedniego filmu, żeby widz wiedział o co chodzi - a chodzi mniej więcej o to samo co zwykle - córka głównego bohatera zostaje porwana po raz drugi i ten musi wyruszyć, by ją uratować. O ile pierwszy obrazek to było w większości bieganie po lesie, tak tutaj mamy misję ratunkową - koncepcyjnie to takie typowo telewizyjne i totalnie upośledzone odpowiedniki pierwszego i drugiego "Ramba".
Ryan Phillippe jest mocno taki se i jego zdolności aktorskie nie wykraczają zbytnio ponad jedną minę, mamy za to trochę większe zróżnicowanie redneków i wgląd w ich społeczność i funkcjonowanie ale nie jest to nic, nad czym warto by było się dłużej rozwodzić. Dwójka to już dużo więcej bzdur, choć pomijając kuriozalny punkt wyjściowy wydaje się być też ciut ciekawsza od rozdziału pierwszego. Mimo wszystko to nadal ten sam, niczym nie wyróżniający się na plus obrazek z dziurawym jak szwajcarski ser scenariuszem i nijaką realizacją.
Tego nie mogę polecić nawet koneserom gatunku bo jest całe zatrzęsienie dużo lepszych akcyjniaków ze sznytem survivalowym, którymi warto się zainteresować, z kolei oba filmy spod szyldu "One Mile" lepiej sobie odpuścić bo to kompletna strata czasu. 3/10 za całość.
michax napisał(a):I nie ma lepszego smoka, w sensie, w ogóle efekty specjalne się nie postarzały.
Bzdura. Po pierwsze, Vermithrax Pejorative to o wiele lepszy smok, po drugie, CGI w "Dragonheart" postarzało się i to w większości bardzo brzydko. Oglądałem to jakiś czas temu i ciężko mi było przebrnąć przez ten film - schematyczność i spora doza naiwności w zdecydowanie zbyt dużych dawkach zabijała dla mnie jakąkolwiek przyjemność z seansu a wizualia nie były już niczym wybitnym, lekko mówiąc. Według mnie cyfrowe efekty, szczególnie te z lat 90-tych, starzeją się dużo gorzej niż choćby te, których użyto w "Dragonslayerze" (nie wszystko tam wygląda dobrze z dzisiejszej perspektywy, ale smok nadal robi wrażenie) i niestety widać, że trochę porwano się wtedy z motyką na słońce.
Jasne, był to spory przełom i wyczyn jak na tamte czasy, który jak najbardziej warto docenić ale widać, że cyfrowy smok w pełnym słońcu reagujący realistycznie z otoczeniem, dodatkowo mający mimikę i mówiący ludzkim głosem to jeszcze były zbyt wysokie progi. To nie "Park jurajski", w którym znali swoje ograniczenia i próbowali to ukryć jak tylko mogli, tutaj chcieli zrobić krok do przodu i za to niewątpliwie należy się chłopakom z ILM szacunek bo są ujęcia, które wyglądają świetnie do dziś ale niestety dużo jest też takich, które nadgryzł ząb czasu. Inna sprawa, że tak jak pisałem, nigdy nie uważałem samego filmu za coś więcej niż przeciętnego, ot, takie maksymalnie 6/10 i to tylko wtedy, gdy mam dobry dzień.
Shelter (2026)
Jason Statham robi to co Jason Statham umie najlepiej, czyli kolejny taki sam film, który ogląda się tak samo jak kilkanaście podobnych z ostatnich lat. Jakiś eks (tutaj można wstawić dowolne - wojskowy, agent służb, marines itd. itp.) mieszka gdzieś na odludziu (to samo, tylko zmieniamy miejscówkę) aż w jego życiu pojawia się ktoś (przeważnie jest to jakieś dziecko, porwane bądź takie, które będzie mu towarzyszyło) kto sprawia, że nasz zasiedziały na dupie twardziel będzie musiał ruszyć na (przeważnie) ostatnią misję, by ukarać złych. Schemat każdy zna doskonale i nic się tutaj w tym aspekcie nie zmienia - jak ktoś lubi to obejrzy i w miarę miło spędzi czas, jak nie lubi to nie ma sensu odpalać bo niczego nowego w "Shelter" nie zobaczy.
To, co sprawdza się lepiej w tym w tym konkretnym przypadku to relacja z dziewczynką - te wszystkie spokojniejsze momenty, w których obserwujemy tylko dwójkę głównych bohaterów i tworzącą się między nimi więź są całkiem w porządku i przez chwilę nawet uwierzyłem, że może tym razem będzie jakieś przełamanie schematu ale nie - akcja w pewnym momencie musi ruszyć a wtedy wiadomo - bitki, pościgi i inne tego typu atrakcje. Gorzej, że szkockie zadupia to nie są najlepsze miejscówki, pośród których można tego typu rzeczy jakoś sensownie zainscenizować i film jest po prostu brzydki i dosyć jednorodny wizualnie.
Nie pomaga też w większości trzęsąca się kamera i ogólna bieda realizacyjna (wszelkie cyfrowe efekty są słabiutkie) - niestety, pod względem akcji nie ma tutaj nic szczególnie ciekawego czy wybijającego się w jakikolwiek sposób. Jest jedna fajna bitka z krótką przerwą na odpoczynek na kanapach (fajny i bardzo życiowy patent swoją drogą) ale to wszystko. Reszta to szybkie łubudubu, dużo szumu i hałasu, z którego po seansie niewiele z nami zostaje. I taki jest ten film właśnie - dla koneserów całkiem zjadliwe i do zapomnienia zaraz po obejrzeniu, dla reszty do zapomnienia przed, czytaj strata czasu. 5/10
One Mile (2026)
Tu z kolei ciekawostka, bo na "One Mile" składają się dwa filmy, które wyszły w tym samym czasie prosto na streaming, tj. Chapter One i Chapter Two. W roli głównej Ryan Phillippe wcielający się w eks-wojskowego (a jakże), który próbując naprawić relacje z córką wyjeżdża z nią na rekonesans po szkołach - mają jednak pecha, bo podczas obowiązkowego postoju nad malowniczym jeziorem trafiają na bandę okolicznych redneków porywających kobiety. Resztę można sobie wyobrazić - ganianie po lesie, bitki i tego typu obowiązkowe dla survivali rzeczy.
Niestety, napięcia tutaj niewiele, całość ma posmak telewizyjnej taniochy (tej kablówkowej) i realizacyjnie jest to totalnie przeźroczyste i żadne. Na plus widoczki kanadyjskiej głuszy, która udaje amerykańskie zadupie i rola znanego z "E.T." czy "The Hitcher" C. Thomasa Howella, który wciela się w szefa redneków, cała reszta to sztampa do kwadratu - nawet córka głównego bohatera gra w szkolnej drużynie piłkarskiej, bo przecież teraz wszystkie filmowe dzieciaki w Stanach grają w soccer właśnie. Mimo wszystko ogląda się bezboleśnie, pomimo wielu głupot nie jest to aż tak obraźliwe dla inteligencji widza jakby mogło się wydawać.
Niestety po finale pierwszego filmu (który gdyby nie jedna scena mógłby spokojnie być zamkniętą opowieścią) mamy do obejrzenia drugi rozdział, którego punkt wyjściowy to już niestety totalny sajfaj i obraza dla każdej w miarę inteligentnej istoty. Nie chcę nic zdradzać (choć pewnie i tak nikt tego nie obejrzy) ale po wydarzeniach mających miejsce w pierwszym filmie pewna działalność czy ogólnie funkcjonowanie całej społeczności powinno zostać spacyfikowane przez odpowiednie służby, no ale nic takiego się nie dzieje bo nasi główni bohaterowie nie wiedzieć czemu przechodzą nad wydarzeniami z niedawnej przeszłości do porządku dziennego i jedziemy dalej.
Żeby tego było mało, zaraz na samym początku dostajemy kuriozalnie zmontowaną zbitkę scenek z poprzedniego filmu, żeby widz wiedział o co chodzi - a chodzi mniej więcej o to samo co zwykle - córka głównego bohatera zostaje porwana po raz drugi i ten musi wyruszyć, by ją uratować. O ile pierwszy obrazek to było w większości bieganie po lesie, tak tutaj mamy misję ratunkową - koncepcyjnie to takie typowo telewizyjne i totalnie upośledzone odpowiedniki pierwszego i drugiego "Ramba".
Ryan Phillippe jest mocno taki se i jego zdolności aktorskie nie wykraczają zbytnio ponad jedną minę, mamy za to trochę większe zróżnicowanie redneków i wgląd w ich społeczność i funkcjonowanie ale nie jest to nic, nad czym warto by było się dłużej rozwodzić. Dwójka to już dużo więcej bzdur, choć pomijając kuriozalny punkt wyjściowy wydaje się być też ciut ciekawsza od rozdziału pierwszego. Mimo wszystko to nadal ten sam, niczym nie wyróżniający się na plus obrazek z dziurawym jak szwajcarski ser scenariuszem i nijaką realizacją.
Tego nie mogę polecić nawet koneserom gatunku bo jest całe zatrzęsienie dużo lepszych akcyjniaków ze sznytem survivalowym, którymi warto się zainteresować, z kolei oba filmy spod szyldu "One Mile" lepiej sobie odpuścić bo to kompletna strata czasu. 3/10 za całość.
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...
25-02-2026, 01:51 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-02-2026, 02:40 przez slepy51.)






