Pierwszy gol / Next Goal Wins
Nadrobiłem ostatni film Waitiego i mam niezły dysonans poznawczy. To jest strasznie dziwny film, pod względem opowiadanej historii, trochę taka gorsza wersja "Teda Lasso", tylko że problem jest taki, że ta historia wydarzyła się naprawdę. Totalnie nie podobał mi się ton tej historii, który próbuje balansować na granicy osobistej traumy bohatera (a w zasadzie bohaterów, bo jest jeszcze chociażby bramkarz Nicky Salapu), a gagów na granicy slapsticku, z których Taika słynie. Emocjonalne i dramatyczne momenty są co chwila przerywane jakimiś komediowymi numerami, co tylko zabiera filmowi wiarygodności, a trzeci akt i przemowa Thomasa Rongena to taka hollywoodzka sztampa. Kolejny problem jest taki, że sama drużyna jest całkowicie anonimowa, niby są jakieś scenariuszowe podrygi z tym Salapu, ale to za mało, żeby się nimi przejąć. Nawet jak pojawiają się jakieś zalążki konfliktów to są one szybko gaszone, meh. Jest z początku coś z synem prezesa, jest coś z wódą, itd itp.
Generalnie to Michael Fassbender niesie na swoich barkach cały film. Z tą swoją szwabską mordą pasuje jak ulał jako arogancki, ale pogubiony i zaorany przez życie profesjonalista. Problem jest taki, że jest to strasznie niekonsekwentna postać, chyba ze 3 razy rzucać w pizdu tę robotę po czym wracał, więc ja mam w głowie "zaraz wróci", kiedy zrobił to kolejny raz.
"Next Goal Wins" nie jest katastrofą totalną, żeby nie było. To ogląda się przyjemnie, pod warunkiem, że nie zaczyna się zastanawiać nad sensem tego wszystkiego. Prościutki feel good movie o przegrywach z całym bagażem schematów charakteryzujących kino sportowe. Jest kilka zabawnych scen, kilka żenujących, czyli kino Waitiego na pełnej.
Ta historia byłaby DUŻO lepsza gdyby opowiedziano ją na poważnie. To mogłaby być zajebista historia o wstydzie, dumie narodowej, żałobie i odbudowie. Jest też wątek transpłciowej zawodniczki, pierwszej w historii, pokazać to jako element społecznej mozaiki, napięć w drużynie - a zamiast tego jest cukier, lukier i inne słodzenie. Jakiś Bennett Miller albo David Fincher na reżysera i są Oscary.
PS Po seansie wpadł mi do głowy Bennett Miller właśnie, bo dawno nic nie nakręcił - "Moneyball" to arcydzieło, a "Foxcatcher" jest wg mnie filmem, który nie zasługuje na taki hejt jakim się go darzy... Kurde, mógłby coś nakręcić.
Nadrobiłem ostatni film Waitiego i mam niezły dysonans poznawczy. To jest strasznie dziwny film, pod względem opowiadanej historii, trochę taka gorsza wersja "Teda Lasso", tylko że problem jest taki, że ta historia wydarzyła się naprawdę. Totalnie nie podobał mi się ton tej historii, który próbuje balansować na granicy osobistej traumy bohatera (a w zasadzie bohaterów, bo jest jeszcze chociażby bramkarz Nicky Salapu), a gagów na granicy slapsticku, z których Taika słynie. Emocjonalne i dramatyczne momenty są co chwila przerywane jakimiś komediowymi numerami, co tylko zabiera filmowi wiarygodności, a trzeci akt i przemowa Thomasa Rongena to taka hollywoodzka sztampa. Kolejny problem jest taki, że sama drużyna jest całkowicie anonimowa, niby są jakieś scenariuszowe podrygi z tym Salapu, ale to za mało, żeby się nimi przejąć. Nawet jak pojawiają się jakieś zalążki konfliktów to są one szybko gaszone, meh. Jest z początku coś z synem prezesa, jest coś z wódą, itd itp.
Generalnie to Michael Fassbender niesie na swoich barkach cały film. Z tą swoją szwabską mordą pasuje jak ulał jako arogancki, ale pogubiony i zaorany przez życie profesjonalista. Problem jest taki, że jest to strasznie niekonsekwentna postać, chyba ze 3 razy rzucać w pizdu tę robotę po czym wracał, więc ja mam w głowie "zaraz wróci", kiedy zrobił to kolejny raz.
"Next Goal Wins" nie jest katastrofą totalną, żeby nie było. To ogląda się przyjemnie, pod warunkiem, że nie zaczyna się zastanawiać nad sensem tego wszystkiego. Prościutki feel good movie o przegrywach z całym bagażem schematów charakteryzujących kino sportowe. Jest kilka zabawnych scen, kilka żenujących, czyli kino Waitiego na pełnej.
Ta historia byłaby DUŻO lepsza gdyby opowiedziano ją na poważnie. To mogłaby być zajebista historia o wstydzie, dumie narodowej, żałobie i odbudowie. Jest też wątek transpłciowej zawodniczki, pierwszej w historii, pokazać to jako element społecznej mozaiki, napięć w drużynie - a zamiast tego jest cukier, lukier i inne słodzenie. Jakiś Bennett Miller albo David Fincher na reżysera i są Oscary.
PS Po seansie wpadł mi do głowy Bennett Miller właśnie, bo dawno nic nie nakręcił - "Moneyball" to arcydzieło, a "Foxcatcher" jest wg mnie filmem, który nie zasługuje na taki hejt jakim się go darzy... Kurde, mógłby coś nakręcić.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
25-02-2026, 10:54 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-02-2026, 10:58 przez Pelivaron.)





