Krytyk / The Critic
CO ZA DZIADOWSKI FILM z tego finalnie wyszedł. A zapowiadało się naprawdę fajnie, bo dopóki ten film jest dramatem osadzony w realiach londyńskiej Fleet Street lat 30., opowiadającym o podstarzałym krytyku teatralnym, który hejtuje wszystkich w gazecie, to jest to naprawdę dobre i interesujące. Duszna atmosfera środowiska teatralnego, którego główną gwiazdą jest cyniczny dandys, który sam o sobie mówi, że "zyje jak król za pensje biedaka", ma coś co mnie wciągnęło. Niestety w pewnym momencie film robi jakiegoś niezgrabnego fikołka i z dramatu zmienia się w jakiś podrzędny thriller - zdrady, pozorowane romanse, manipulacje, morderstwo, dejta spokój. Ten film to idealny przykład sztucznego podbicia dramatyzmu tam, gdzie niepotrzeba. Paradoksalnie napięcie i emocje opadają w tym momencie, kiedy film przestaje być salonową opowiastką o starym kolesiu, który ma w dupie emocjonalne doświadczenia widza w trakcie teatralnych sztuk, ponieważ on jest panem krytykiem i on ma racje. Nagła zmiana też następuje w odtwórcy głównej roli, czyli Ianie McKellenie, który w pierwszej części mam wrażenie czuł się jak ryba w wodzie, a później to on chyba sam był już zagubiony w tym chaosie.
Szkoda, bo to mógł być zajebisty dramat osadzony w ciekawym momencie historii. Kolejny film w ostatnim czasie, który obejrzałem, i który miał papiery na coś więcej. Tak, jak w przypadku "Pierwszego gola" rozmarzyłem się o filmie na poważnie w reżyserii Bennetta Millera, tak tutaj chętnie obejrzałbym taki film o krytyku teatralnym albo filmowym w reżyserii Paula Thomasa Andersona albo może Toma Forda (btw wraca za kamerą, ponoć rzuca świat mody i ma być reżyserem na pełen etat teraz). Niekoniecznie Tarantino :)
CO ZA DZIADOWSKI FILM z tego finalnie wyszedł. A zapowiadało się naprawdę fajnie, bo dopóki ten film jest dramatem osadzony w realiach londyńskiej Fleet Street lat 30., opowiadającym o podstarzałym krytyku teatralnym, który hejtuje wszystkich w gazecie, to jest to naprawdę dobre i interesujące. Duszna atmosfera środowiska teatralnego, którego główną gwiazdą jest cyniczny dandys, który sam o sobie mówi, że "zyje jak król za pensje biedaka", ma coś co mnie wciągnęło. Niestety w pewnym momencie film robi jakiegoś niezgrabnego fikołka i z dramatu zmienia się w jakiś podrzędny thriller - zdrady, pozorowane romanse, manipulacje, morderstwo, dejta spokój. Ten film to idealny przykład sztucznego podbicia dramatyzmu tam, gdzie niepotrzeba. Paradoksalnie napięcie i emocje opadają w tym momencie, kiedy film przestaje być salonową opowiastką o starym kolesiu, który ma w dupie emocjonalne doświadczenia widza w trakcie teatralnych sztuk, ponieważ on jest panem krytykiem i on ma racje. Nagła zmiana też następuje w odtwórcy głównej roli, czyli Ianie McKellenie, który w pierwszej części mam wrażenie czuł się jak ryba w wodzie, a później to on chyba sam był już zagubiony w tym chaosie.
Szkoda, bo to mógł być zajebisty dramat osadzony w ciekawym momencie historii. Kolejny film w ostatnim czasie, który obejrzałem, i który miał papiery na coś więcej. Tak, jak w przypadku "Pierwszego gola" rozmarzyłem się o filmie na poważnie w reżyserii Bennetta Millera, tak tutaj chętnie obejrzałbym taki film o krytyku teatralnym albo filmowym w reżyserii Paula Thomasa Andersona albo może Toma Forda (btw wraca za kamerą, ponoć rzuca świat mody i ma być reżyserem na pełen etat teraz). Niekoniecznie Tarantino :)
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
25-02-2026, 22:38





