Król i ja (1956) - od lat się przymierzałem i wreszcie mam za sobą. Jak na musical to są gigantyczne przerwy między piosenkami i tych w sumie nie musiało być. Pewnie dzisiaj ktoś napisze o kolonialnej perspektywie, ale ignorant nie wyczułem tego. Faktycznie Mongkut jest oczytany i każe słuchać się zagranicznych nauczycieli, nawet jeśli mówią nieprawdopodobne rzeczy. A także logiczny, bo wg niego Mojżesz (patrząc na obsadę, to znów jako ignorant stwierdzam, że to pstryk w Dziesięcioro przykazań :)) to głupek, bo myślał, że w 6 dni świat się utworzył, gdy takie coś zajmuje wieki. I często Anna przegrywa z jego impertynencją i długo, długo się nie dogadują. I też nie ma zabawy w romans, i jakimś uczuciu można mówić w samej końcówce i to też niejednoznacznie, bo wciąż można mówić o przyjaźni dwojgu. Zresztą jak ktoś chce jawny wątek miłosny, to będzie usatysfakcjonowany, bo otrzyma cukierkowy romans Tuptim i Lun Tha z ich wersją Na dłużej niż na zawsze (i na plus brak happy endu). Sporo też komizmu związanego z różnicami kulturowymi (np. jak Anna ma wypisanego focha, gdy proszą Buddę, by błogosławił tę niegodną chrześcijankę :)). Czy interpretacja Chaty wuja Toma chamsko przedstawia sytuację Tuptim w Syjamie :).
Najjaśniej aktorsko wypada król Syjamu o dość silnej osobowości. Także jest surowy i wymagający posłuchu, ale z drugie strony nie jest przemocowy. I też każde z dzieciaków ma inny charakter i reakcje adekwatne do wieku, co widać po różnych mowach ciał podczas prezentacji Annie. A ich ojciec często reaguje z dziecięcą naiwnością czy radością, co kontrastuje z innymi rolami Brynnera. BTW nigdy nie potrafiłem zarejestrować śpiewającego Brynnera, którego kojarzę bardziej z ról stoickich badassów (Mongkut też takowym jest, bo nawet na łożu śmierci to chad). Wiem, że Yul grał Mongkuta w oryginalnym musicalu i dobrze śpiewa, ale i tak mi ciężko to zarejestrować. Nie ustępuje ,i na krok również Kerr próbująca ogarnąć co niektórych nadprogramowych uczniów (i ta jej mina, gdy Mongkut mówi, że będzie musiała nauczyć jeszcze 67 dzieci nałożnic :D). I pierwszy raz zwracam na to jak ktoś odgrywa scenę płaczu i Kerr wypadła tu bardzo naturalnie.
Dopieszczona scenografia i nieliczne sceny w plenerze robią niesamowite wrażenie. Podobnie feria kostiumów i statuetki w kategoriach technicznych zasłużone. Ogólnie w 1956 roku oscarowe nominacje do scenografii i kostiumów były bardzo silne. Ale co mnie osobiście odrzuca, to yellowface. Oczywiście wiem, że wtedy Hollywood był jaki był, a całość idzie pod teatr, ale już mogli by dać jakaś charakteryzację, nie mówiąc że jednak odwzorowują realia XIX-wiecznego Syjamu, a inscenizacja Chaty wuja Toma też wiarygodnie pokazuje, jakby ją przedstawił tajski tradycyjny teatr. Przy czym yellowface dotyczy tych najbardziej wiodących ról i trzeba przyznać, że większość żon i dzieci, w tym następca tronu, są żółtej rasy (nie mówiąc o extrach).
Rok 1956 udowodnił po raz kolejny, że był to dobry rok Oscarowy.
8/10
Król i ja (1999) - czemu ja to sobie robię? Internetowi recenzenci przestrzegali przed tym, a sami spadkobiercy Rodgersa i Hammersteina byli tak zniesmaczeni efektem końcowym, iż zrezygnowali z planów animowanej Oklahomy i dali bana na rysunkowe wersje ich musicali. Ale czego się nie robi na materiały do prelekcji?
Jak pominie się te wszystkie tropiszcza z podrób Disneya, w większości to dość wierna adaptacja, zawierająca większość dialogów (w tym wtręt o niegodnej chrześcijance). I jestem zaskoczony, że Anna w wersji animowanej to dalej matka z dzieckiem, bo matki jako protagonistki w bajkach dla dzieci to jakieś tabu. I Louis (który ma większy udział w fabule) o dziwo nie jest idiotą, bo podczas sztormu ratując Abu z Temu, przywiązał się umocowaną liną. Co też muszę przyznać, to animacja jest śliczna, choć w paru momentach jest spadek jakości. I też był w paru momentach o dziwo wierniejszy historii - książę trenował muay thai i faktycznie to on był związany z Tuptim, a Mongkut miał dzikiego kota domowego. I w szoku byłem, gdy Louis przypadkiem walnął Liu Kanga, to temu poleciała ciemna jucha z nosa, bo to familiada, a na kopii TVP widniał zielony znaczek (i comic relief traci zęby trwale w brew komediowym kowenansom).
O reszcie nie mogę więcej dobrego powiedzieć. To kolejna animka mnożąca nieudolnie schematy z popularnej wówczas disneyowskiej formuły. O ile Księżniczka łabędzi tego samego reżysera miała ten urok (przy czym powinienem sobie ją powtórzyć, bo ostatni raz oglądałem z siostrą bodaj na przełomie gimbazy i licka), Król i ja to katorga. Każdy musi mieć zwierzęcego sidekicka - Louis, Tuptim, dzieci Mongkuta, sam Mongkut. A Kralahome (będący tu złym czarownikiem i knucicielem) też ma śmiesznego sidekicka, który zaskakująco ma vibe rasistowskiej karykatury (zwłaszcza patrząc kiedy ów film powstał). I nie korzysta z faktu, że to ma za medium animację, poza momentem jak Anna tańczy z wyobrażeniem swego zmarłego męża albo wizualizacja piosenki Tuptim i Liu Kanga (wiem, że królewicz ma inne imię, ale jest za długie i trudne do napisania, a gość wygląda jak Liu Kang). Jak jestem przy piosenkach, to Getting To Know You została zarznięta fatalnym montażem i faktem, że zamiast skupić się na kulturze Syjamu to skupia się na perypetiach comic reliefa. W ogóle całość ma słaby montaż.
I jestem zaskoczony, że w oryginalnej wersji językowej wystąpiło tylko dwóch Azjatów. I dużo więcej Azjatów jest dopiero w napisach końcowych. Co prawda, w animacji race-swap nie ma znaczenia jak w live action, ale czasy zrobiły się bardziej progresywne. Oczywiście jako patriota wziąłem nasz dubbing. Znowu nie ma co się przyczepić, bo każdy wypada dobrze w swych rolach. Agnieszka Kunikowska praktycznie tylko teraz odgrywa role matek, więc pasuje. Hycnar jako ten romantyczny młodzik czy Suszyński jako złol. Steciuka wzięli pewnie, by od razu mieć głos wokalny, a Mongkuta (chyba jego imię nie padło w filmie) wyobrażałem z bardziej tubalnym, dostojnym głosem (taki miał Brynner), ale daje się przyzwyczaić. No i trochę wybija inna barwa aktorów wokalnych od tych dialogowych, ale macham ręką, bo to norma. I dość interesująco lektor czyta listę płac dopiero jak jest melodia, gdy już mija piosenka Barbry Streisand. Ale był tu jeden szok. Otóż dubbing jest autorstwa TVP, i w nim dziecko gra jednak dziecko (dokładnie syna Anny). Co to za wolta pani Kawęcka?!
3/10
Najjaśniej aktorsko wypada król Syjamu o dość silnej osobowości. Także jest surowy i wymagający posłuchu, ale z drugie strony nie jest przemocowy. I też każde z dzieciaków ma inny charakter i reakcje adekwatne do wieku, co widać po różnych mowach ciał podczas prezentacji Annie. A ich ojciec często reaguje z dziecięcą naiwnością czy radością, co kontrastuje z innymi rolami Brynnera. BTW nigdy nie potrafiłem zarejestrować śpiewającego Brynnera, którego kojarzę bardziej z ról stoickich badassów (Mongkut też takowym jest, bo nawet na łożu śmierci to chad). Wiem, że Yul grał Mongkuta w oryginalnym musicalu i dobrze śpiewa, ale i tak mi ciężko to zarejestrować. Nie ustępuje ,i na krok również Kerr próbująca ogarnąć co niektórych nadprogramowych uczniów (i ta jej mina, gdy Mongkut mówi, że będzie musiała nauczyć jeszcze 67 dzieci nałożnic :D). I pierwszy raz zwracam na to jak ktoś odgrywa scenę płaczu i Kerr wypadła tu bardzo naturalnie.
Dopieszczona scenografia i nieliczne sceny w plenerze robią niesamowite wrażenie. Podobnie feria kostiumów i statuetki w kategoriach technicznych zasłużone. Ogólnie w 1956 roku oscarowe nominacje do scenografii i kostiumów były bardzo silne. Ale co mnie osobiście odrzuca, to yellowface. Oczywiście wiem, że wtedy Hollywood był jaki był, a całość idzie pod teatr, ale już mogli by dać jakaś charakteryzację, nie mówiąc że jednak odwzorowują realia XIX-wiecznego Syjamu, a inscenizacja Chaty wuja Toma też wiarygodnie pokazuje, jakby ją przedstawił tajski tradycyjny teatr. Przy czym yellowface dotyczy tych najbardziej wiodących ról i trzeba przyznać, że większość żon i dzieci, w tym następca tronu, są żółtej rasy (nie mówiąc o extrach).
Rok 1956 udowodnił po raz kolejny, że był to dobry rok Oscarowy.
8/10
Król i ja (1999) - czemu ja to sobie robię? Internetowi recenzenci przestrzegali przed tym, a sami spadkobiercy Rodgersa i Hammersteina byli tak zniesmaczeni efektem końcowym, iż zrezygnowali z planów animowanej Oklahomy i dali bana na rysunkowe wersje ich musicali. Ale czego się nie robi na materiały do prelekcji?
Jak pominie się te wszystkie tropiszcza z podrób Disneya, w większości to dość wierna adaptacja, zawierająca większość dialogów (w tym wtręt o niegodnej chrześcijance). I jestem zaskoczony, że Anna w wersji animowanej to dalej matka z dzieckiem, bo matki jako protagonistki w bajkach dla dzieci to jakieś tabu. I Louis (który ma większy udział w fabule) o dziwo nie jest idiotą, bo podczas sztormu ratując Abu z Temu, przywiązał się umocowaną liną. Co też muszę przyznać, to animacja jest śliczna, choć w paru momentach jest spadek jakości. I też był w paru momentach o dziwo wierniejszy historii - książę trenował muay thai i faktycznie to on był związany z Tuptim, a Mongkut miał dzikiego kota domowego. I w szoku byłem, gdy Louis przypadkiem walnął Liu Kanga, to temu poleciała ciemna jucha z nosa, bo to familiada, a na kopii TVP widniał zielony znaczek (i comic relief traci zęby trwale w brew komediowym kowenansom).
O reszcie nie mogę więcej dobrego powiedzieć. To kolejna animka mnożąca nieudolnie schematy z popularnej wówczas disneyowskiej formuły. O ile Księżniczka łabędzi tego samego reżysera miała ten urok (przy czym powinienem sobie ją powtórzyć, bo ostatni raz oglądałem z siostrą bodaj na przełomie gimbazy i licka), Król i ja to katorga. Każdy musi mieć zwierzęcego sidekicka - Louis, Tuptim, dzieci Mongkuta, sam Mongkut. A Kralahome (będący tu złym czarownikiem i knucicielem) też ma śmiesznego sidekicka, który zaskakująco ma vibe rasistowskiej karykatury (zwłaszcza patrząc kiedy ów film powstał). I nie korzysta z faktu, że to ma za medium animację, poza momentem jak Anna tańczy z wyobrażeniem swego zmarłego męża albo wizualizacja piosenki Tuptim i Liu Kanga (wiem, że królewicz ma inne imię, ale jest za długie i trudne do napisania, a gość wygląda jak Liu Kang). Jak jestem przy piosenkach, to Getting To Know You została zarznięta fatalnym montażem i faktem, że zamiast skupić się na kulturze Syjamu to skupia się na perypetiach comic reliefa. W ogóle całość ma słaby montaż.
I jestem zaskoczony, że w oryginalnej wersji językowej wystąpiło tylko dwóch Azjatów. I dużo więcej Azjatów jest dopiero w napisach końcowych. Co prawda, w animacji race-swap nie ma znaczenia jak w live action, ale czasy zrobiły się bardziej progresywne. Oczywiście jako patriota wziąłem nasz dubbing. Znowu nie ma co się przyczepić, bo każdy wypada dobrze w swych rolach. Agnieszka Kunikowska praktycznie tylko teraz odgrywa role matek, więc pasuje. Hycnar jako ten romantyczny młodzik czy Suszyński jako złol. Steciuka wzięli pewnie, by od razu mieć głos wokalny, a Mongkuta (chyba jego imię nie padło w filmie) wyobrażałem z bardziej tubalnym, dostojnym głosem (taki miał Brynner), ale daje się przyzwyczaić. No i trochę wybija inna barwa aktorów wokalnych od tych dialogowych, ale macham ręką, bo to norma. I dość interesująco lektor czyta listę płac dopiero jak jest melodia, gdy już mija piosenka Barbry Streisand. Ale był tu jeden szok. Otóż dubbing jest autorstwa TVP, i w nim dziecko gra jednak dziecko (dokładnie syna Anny). Co to za wolta pani Kawęcka?!
3/10
03-03-2026, 19:02 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-03-2026, 12:49 przez OGPUEE.)






