War Machine (2026)
Najnowszy hicior od Netflixa z Alanem Ritchsonem w roli głównej, który pewnie chciałby być "Predatorem" XXI wieku ale ani nie ma tutaj maestrii reżyserskiej Johna McTiernana, ani tak dobrego scenariusza, o obsadzie czy znakomitej oprawie muzycznej Silvestriego nawet nie wspominając; co gorsze, tytułowe zagrożenie kosmicznego pochodzenia również nie umywa się do tego z czym miała do czynienia eka najemników pod dowództwem Dutcha, w którego wcielał się Arnold. A skoro już wspomniałem o byłym gubernatorze Kalifornii to warto dodać, że choć Ritchson gabarytami jakoś mocno mu nie ustępuje, ba, aktorsko jest być może nawet mniej drewniany, tak jego ekranowa charyzma niestety blednie przy tej jaką posiadał austriacki kulturysta podrywający dziewczyny na kocyk (polecam lekturę jego autobiografii zatytułowanej "Pamięć absolutna").
To już na starcie sprawia, że film nie posiada za bardzo atutów, którymi mógłby się w jakikolwiek sposób wyróżnić na tle podobnych mu produkcji. Australijczyk Patrick Hughes, autor przyzwoitego neo-westernu "Red Hill" i trzeciej części "The Expendables" (a także paru buddy movies skręconych dla Netflixa, z których pamiętam tyle, że je kiedyś widziałem i nic ponad to) to niestety nie jest jakiś reżyserski orzeł i choć jego warsztat sprawdza się tutaj całkiem nieźle to absolutnie nie sprawia, że można by "Maszynę do zabijania" w żaden sposób zapamiętać no chyba, że z tego pokracznie przetłumaczonego na polski tytułu. Jest tam jeden ciekawie zainscenizowany mastershot kręcony w trakcie jazdy jakiegoś pojazdu (obecnie to chyba taki standard we współczesnych akcyjniakach na streaming, ostatnio np. "The Wrecking Crew") ale poza tym nie ma tutaj nic, co wybijałoby się w jakikolwiek sposób poza zwyczajną przyzwoitość.
Fabularnie "War Machine" jest równie oryginalny co jego tytuł - przypomnę tylko, że blisko 10 lat temu był już tak samo nazwany film z Bradem Pittem, nakręcony, uwaga - również dla Netflixa. Skoro twórcom nie chciało się pokombinować nawet przy tym nie ma co oczekiwać by wymyślali jakieś cuda niewidy jeśli chodzi o zaprezentowaną tutaj historię - ot, eka kandydatów na Rangersów w trakcie ostatniej zaliczeniowej misji trafia na morderczego mecha z kosmosu i musi przeżyć by wrócić do bazy w celu poinformowania o napotkanym zagrożeniu dowództwo. Dodatkowo główny bohater ma jakąś podstawową filmową traumę do przepracowania (śmierć bliskiej mu osoby, o którą się obwinia, tego typu oklepane rzeczy) i nic więcej tutaj nie ma. Żadnych ciekawych pomysłów, ot, prosta akcyjka od początku aż do nakręconego w jakimś kamieniołomie finału przywodzącego na myśl bliźniaczą końcową bitkę z pierwszego (i drugiego bo były one praktycznie takie same i sklecone z tych samych ujęć) cormanowskiego "Carnosaura", która to z kolei nawiązywała do walki z T. rexem pokazanej w powstałym w 1960 roku "Dinosaurus!" w reżyserii Irvina S. Yeawortha Jr. - czyli jak widać nic nowego lub jak kto woli, kalka kalki.
I tak sobie ciągle narzekam ale dzięki tej prostocie ogląda się to wszystko bardzo przyzwoicie - sceny akcji są przejrzyste i spełniają swoje zadanie, mamy trochę fajnej pirotechniki, efekty wizualne mecha są na zadowalającym poziomie a całość choć raczej głupawa, to odpowiednio brutalna i całkiem przyziemna co sprawia, że można nawet trochę zżyć się z tymi naszymi ponumerowanymi bohaterami bez imion. Jasne, giną oni w standardowych odstępach czasowych i na sposoby, które raczej nie zdziwią nikogo, kto w swoim życiu oglądał kilka filmów akcji pt. "ekipa komandosów na misji z czymś walczy" ale nie o to tutaj chodzi. Ma być prosta rozrywka na przyzwoitym poziomie i można pokusić się o stwierdzenie, że "War Machine" pod tym względem sprawdza się całkiem nieźle.
Nie polecę nikomu tego filmu bo nie jest to nawet w swoim gatunku nic oryginalnego ale jeśli ktoś chce sobie obejrzeć jakiś w miarę przyzwoity obrazek, w którym ci raczej mniej zapadający w pamięć bohaterowie uciekają przed złym mechem z kosmosu to nie będzie to aż taki tragiczny wybór na wieczór - trzeba tylko dobrze wiedzieć, co i w jakim celu się ogląda by później nie było zawodu, "bo aktorstwo słabe, fabuła oklepana i film nie wymiecie Oscarów". No nie wymiecie (choć te nagrody i tak są już od dawna wystarczająco mocno skompromitowane) ale można trafić w dzisiejszych czasach dużo gorzej - przynajmniej nie ma tutaj popularnej obecnie marvelozy i głupkowatego śmieszkowania sabotującego każdy jeden dramatyczny moment jakimś samoświadomym żarcikiem - może i jest głupkowato czy mało oryginalnie ale też, pomimo podjętego tematu, całkiem przyziemnie i mimo wszystko szczerze.
Naciągane 6/10
Najnowszy hicior od Netflixa z Alanem Ritchsonem w roli głównej, który pewnie chciałby być "Predatorem" XXI wieku ale ani nie ma tutaj maestrii reżyserskiej Johna McTiernana, ani tak dobrego scenariusza, o obsadzie czy znakomitej oprawie muzycznej Silvestriego nawet nie wspominając; co gorsze, tytułowe zagrożenie kosmicznego pochodzenia również nie umywa się do tego z czym miała do czynienia eka najemników pod dowództwem Dutcha, w którego wcielał się Arnold. A skoro już wspomniałem o byłym gubernatorze Kalifornii to warto dodać, że choć Ritchson gabarytami jakoś mocno mu nie ustępuje, ba, aktorsko jest być może nawet mniej drewniany, tak jego ekranowa charyzma niestety blednie przy tej jaką posiadał austriacki kulturysta podrywający dziewczyny na kocyk (polecam lekturę jego autobiografii zatytułowanej "Pamięć absolutna").
To już na starcie sprawia, że film nie posiada za bardzo atutów, którymi mógłby się w jakikolwiek sposób wyróżnić na tle podobnych mu produkcji. Australijczyk Patrick Hughes, autor przyzwoitego neo-westernu "Red Hill" i trzeciej części "The Expendables" (a także paru buddy movies skręconych dla Netflixa, z których pamiętam tyle, że je kiedyś widziałem i nic ponad to) to niestety nie jest jakiś reżyserski orzeł i choć jego warsztat sprawdza się tutaj całkiem nieźle to absolutnie nie sprawia, że można by "Maszynę do zabijania" w żaden sposób zapamiętać no chyba, że z tego pokracznie przetłumaczonego na polski tytułu. Jest tam jeden ciekawie zainscenizowany mastershot kręcony w trakcie jazdy jakiegoś pojazdu (obecnie to chyba taki standard we współczesnych akcyjniakach na streaming, ostatnio np. "The Wrecking Crew") ale poza tym nie ma tutaj nic, co wybijałoby się w jakikolwiek sposób poza zwyczajną przyzwoitość.
Fabularnie "War Machine" jest równie oryginalny co jego tytuł - przypomnę tylko, że blisko 10 lat temu był już tak samo nazwany film z Bradem Pittem, nakręcony, uwaga - również dla Netflixa. Skoro twórcom nie chciało się pokombinować nawet przy tym nie ma co oczekiwać by wymyślali jakieś cuda niewidy jeśli chodzi o zaprezentowaną tutaj historię - ot, eka kandydatów na Rangersów w trakcie ostatniej zaliczeniowej misji trafia na morderczego mecha z kosmosu i musi przeżyć by wrócić do bazy w celu poinformowania o napotkanym zagrożeniu dowództwo. Dodatkowo główny bohater ma jakąś podstawową filmową traumę do przepracowania (śmierć bliskiej mu osoby, o którą się obwinia, tego typu oklepane rzeczy) i nic więcej tutaj nie ma. Żadnych ciekawych pomysłów, ot, prosta akcyjka od początku aż do nakręconego w jakimś kamieniołomie finału przywodzącego na myśl bliźniaczą końcową bitkę z pierwszego (i drugiego bo były one praktycznie takie same i sklecone z tych samych ujęć) cormanowskiego "Carnosaura", która to z kolei nawiązywała do walki z T. rexem pokazanej w powstałym w 1960 roku "Dinosaurus!" w reżyserii Irvina S. Yeawortha Jr. - czyli jak widać nic nowego lub jak kto woli, kalka kalki.
I tak sobie ciągle narzekam ale dzięki tej prostocie ogląda się to wszystko bardzo przyzwoicie - sceny akcji są przejrzyste i spełniają swoje zadanie, mamy trochę fajnej pirotechniki, efekty wizualne mecha są na zadowalającym poziomie a całość choć raczej głupawa, to odpowiednio brutalna i całkiem przyziemna co sprawia, że można nawet trochę zżyć się z tymi naszymi ponumerowanymi bohaterami bez imion. Jasne, giną oni w standardowych odstępach czasowych i na sposoby, które raczej nie zdziwią nikogo, kto w swoim życiu oglądał kilka filmów akcji pt. "ekipa komandosów na misji z czymś walczy" ale nie o to tutaj chodzi. Ma być prosta rozrywka na przyzwoitym poziomie i można pokusić się o stwierdzenie, że "War Machine" pod tym względem sprawdza się całkiem nieźle.
Nie polecę nikomu tego filmu bo nie jest to nawet w swoim gatunku nic oryginalnego ale jeśli ktoś chce sobie obejrzeć jakiś w miarę przyzwoity obrazek, w którym ci raczej mniej zapadający w pamięć bohaterowie uciekają przed złym mechem z kosmosu to nie będzie to aż taki tragiczny wybór na wieczór - trzeba tylko dobrze wiedzieć, co i w jakim celu się ogląda by później nie było zawodu, "bo aktorstwo słabe, fabuła oklepana i film nie wymiecie Oscarów". No nie wymiecie (choć te nagrody i tak są już od dawna wystarczająco mocno skompromitowane) ale można trafić w dzisiejszych czasach dużo gorzej - przynajmniej nie ma tutaj popularnej obecnie marvelozy i głupkowatego śmieszkowania sabotującego każdy jeden dramatyczny moment jakimś samoświadomym żarcikiem - może i jest głupkowato czy mało oryginalnie ale też, pomimo podjętego tematu, całkiem przyziemnie i mimo wszystko szczerze.
Naciągane 6/10
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...
09-03-2026, 03:52 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-03-2026, 05:24 przez slepy51.)






