Good luck, have fun, don’t die (2026) to luźniejsza wersja 12 Małp/Terminatora z dość topornym komentarzem dot. społeczeństwa i uzależnienia od socjali i w ogóle internetu, która sprawdziłaby się jednak lepiej jako miniserial albo jakiś trzygodzinna potężna antologia. Potencjał na coś naprawdę wyjątkowego nie został po prostu wykorzystany, zbyt wiele elementów jest tylko wspominanych, sugerowanych, ledwo napoczętych - "niedosyt" to w sumie doskonale pasujące tu słówko, o, tak powiem.
Bo w teorii wszystko tutaj gra. Sam Rockwell jako podróżnik w czasie daje radę jako spajający całość element, jest odpowiednio ekscentryczny (ale bez przesady) i poważny (ale znów, bez przesady), ale już z gromady npców wyrózniają się niestety tylko Juno Temple w roli matki której syn zginął w szkolnej strzelaninie (w ogóle jej wątek wydaje się być najbardziej dopracowany i sensowny, mam nawet wrażenie, że sprawdziłby się jako pełnometrażowy dramat/horror) oraz Hayley Lu Richardson jako harująca na przyjęciach dla dzieci wynajęta księżniczka (z alergią na wifi przy okazji) także ma całkiem fajną historię i znów, pasowałoby na własny pełen metraż albo chociaż na ciekawsze rozwinięcie, podobnie jak duet Betz i Pena będący nauczycielami walczacymi z armią nastolatków-zombie uzależnioncych od tiktoka, bo reszta... no, jest.
Pętla czasowa to też fajna zmiana, bo nie jest niezależna i Rockwell ma nad nią pełnie władzy, ale znów to teoretycznie jest zaleta, bo całościowo ogranicza się do śmieszkowych wzmianek typu "ty giniesz tak i tak, ciebie nie lubię bo coś tam coś tam, ty masz w kieszeniach to i to, to jest moja XYZ noc z kolei, zaufajcie, mi wiem co robię..." i tak dalej, i tak dalej. Nie przeszkadza aż tak bardzo, ale jak wspomniałem, czuć ten niedosyt, co w połączeniu z finałem ociekającym absurdem jest raczej ciężkostrawne... co boli, bo i twist ma sens, i kilka klocków wpada na właściwe miejsca pod koniec filmu, i już ostatnie minuty naprawdę dają czadu, więc naciągane 7/10 tylko.
A mogło być dużo, dużo lepiej!
Bo w teorii wszystko tutaj gra. Sam Rockwell jako podróżnik w czasie daje radę jako spajający całość element, jest odpowiednio ekscentryczny (ale bez przesady) i poważny (ale znów, bez przesady), ale już z gromady npców wyrózniają się niestety tylko Juno Temple w roli matki której syn zginął w szkolnej strzelaninie (w ogóle jej wątek wydaje się być najbardziej dopracowany i sensowny, mam nawet wrażenie, że sprawdziłby się jako pełnometrażowy dramat/horror) oraz Hayley Lu Richardson jako harująca na przyjęciach dla dzieci wynajęta księżniczka (z alergią na wifi przy okazji) także ma całkiem fajną historię i znów, pasowałoby na własny pełen metraż albo chociaż na ciekawsze rozwinięcie, podobnie jak duet Betz i Pena będący nauczycielami walczacymi z armią nastolatków-zombie uzależnioncych od tiktoka, bo reszta... no, jest.
Pętla czasowa to też fajna zmiana, bo nie jest niezależna i Rockwell ma nad nią pełnie władzy, ale znów to teoretycznie jest zaleta, bo całościowo ogranicza się do śmieszkowych wzmianek typu "ty giniesz tak i tak, ciebie nie lubię bo coś tam coś tam, ty masz w kieszeniach to i to, to jest moja XYZ noc z kolei, zaufajcie, mi wiem co robię..." i tak dalej, i tak dalej. Nie przeszkadza aż tak bardzo, ale jak wspomniałem, czuć ten niedosyt, co w połączeniu z finałem ociekającym absurdem jest raczej ciężkostrawne... co boli, bo i twist ma sens, i kilka klocków wpada na właściwe miejsca pod koniec filmu, i już ostatnie minuty naprawdę dają czadu, więc naciągane 7/10 tylko.
A mogło być dużo, dużo lepiej!
21-03-2026, 09:30





