Wypowiem się trochę na temat gier, które niekoniecznie są pierwszej świerzości:
Ghost Recon Advanced Warfighter - jest to coś pomiędzy klasycznym, taktycznym Rainbow Six (Black Thorn, Raven Shield etc. nie jak Vegas), a tradycyjnym shooterem. W porównaniu do wersji XBOX poprawiono grafikę, usnięto widok TPP, a rozgrywka nie jest już typowo zręcznościowa, jak to ma miejsce w wiekszości tytułów konsolowych.
Jeśli chodzi o grafikę, to dziś już nie robi takiego wrażenia jak w dniu premiery, ale też nie kłuje w oczy szpetotą. Miasto jest ogromne, pełne szczegółów (auta, parasole kawiarniane, pomniki, stragany etc.). Jedyną wadą są tekstury w trochę niskiej rozdzielczości. Świetnie wykonane są ruchy postaci: przeciwnicy trafieni w biegu upadają w efektowny, filmowy sposób (widać dobre połączenie motion-capture z techniką rag-doll).
Gra jest momentami łatwa, a chwilami ekstremalnie trudna (przeciwnicy napierają z każdej strony, pojawia się czołg albo inne cholerstwo i jest rzeźnia), ale ogólnie zabawa jest całkiem przyjemna, szczególnie gdy już opanuje się system wydawania poleceń. W tym miejscu należy wspomnieć o sztucznej inteligencji. Widać, że napracowano się przy niej. Przeciwnicy oraz członkowie oddziału Ghost chowają się za filarami i innymi przeszkodami, pod ostrzałem sprintują, po czym efektownie rzucają się na glebę (wślizg za osłonę). Podkomendni całkiem nieźle reagują na rozkay, chociaż zdaża się, że wpakują się prosto pod ogień jakiegoś działka dużego kalibru albo lufę czołgu.
Jeśli chodzi o wady, to muszę ze smutkiem stwierdzić, że po raz kolejny zgwałcono serię spod znaku Toma Clancy'ego beznadziejnym, polskim dubbingiem. Nie wiem skąd wzięto aktorów (ci sami, którzy "użyczyli" głosów w Raven Shield), ale mam wrażenie jakby podczas nagrania po raz pierwszy czytali swoje kwestie i składali dopiero litery. Brzmi to tragicznie. W anglieskojęzycznej wersji słychać emocje i przede wszystkim profesjonalizm osób przygotowujących materiał audio. Polski dubbing nie przeszedł chyba przez żaden filtr, który miałby zasymulować warunki w jakich znajduje się osoba mówiąca. Wszystko jest sterylnie czyste i wyraźne, że aż drażniące. Aż mnie korciło, żeby ściągnąć pirata, tylko po to, by nie słuchać tego dramatu.
Muszę powiedzieć, że ten Ghost Recon wzbudził we mnie pozytywne odczucia. Bałem się, że twórcy wersji PCtowej zbyt uproszczą rozgrywkę (a raczej pozostawią to tak, jak wyglądało na konsoli), przez co gra straci taktyczny smaczek znany z serii o Rainbow. Jednakże ludzie odpowiedzialni za ten tytuł wyraźnie "czuli Bluesa" i wykonali kawał dobrej roboty.
Brothers in Arms: Hell's Highway - pierwsze wrażenie: "WOW". Graficznie gra miażdży- jeśli dom zrobiony jest z kamieni, to każdy kamień jest wystający (posłużono się tu technologią parallel mapping oferowaną przez nowy Direct-X, dzięki czemu w oparciu o zestaw tekstur modelowany jest obiekt 3D, albo raczej jego wypukłości; coś jakby rozwinięcie bump-mapingu). Tekstury w ultra-wysokiej rozdzielczości, świetny motion-capture, fizyka i ogólnie wszystko co tyczy się grafiki jest co najmniej bardzo dobre. Jedynie mimika jest trochę upośledzona (twarze są jakies sztywne i daleko im do tego, co można zobaczyć w np. Mass Effect).
Na najwyższym poziomie stoi muzyka i efekty dźwiękowe. Broń, wybuchy, krzyki żołnierzy brzmią perfekcyjnie. Muzyka jakby rodem wyjęta z Band Of Brothers albo Ryana (stylem przypomina suity z BoB albo Hymn To The Fallen, chociaż to nie ten sam rozmach, jaki zaprezentował Kamen i Williams).
Jeśli chodzi o gameplay, to na początku jest świetnie, ale z czasem wychodzi na wierzch, że każda potyczka polega na przyciśnięciu wroga ogniem, przemieszczeniu oddziału do przodu i wystrzelaniu przeciwnika albo zaaplikowaniu granatu pod nogi. Poza tym trochę trudno jest zginąć - bohater przyjmuje serię z CKMu na klatę, obraz robi się na chwilę czerwony, ale wystarczy odsapnąć i od nowa można walczyć. Może sytuacja jest inna na najwyższym poziomie trudności (dostępnym dopiero po ukończeniu gry), ale wątpię żeby chciało mi się przchodzić ten tytuł ponownie.
Na uwagę zasługuje gore. Tak dobrze wykonanego urywania rąk, nóg, rozwywania na pół, czy utrat głowy nie było od czasu Soldier of Fortune 1. Miejsca urwania kończyn są poszarpane, zakrwawione, a z ran wystają kości. Co prawda nie widać dziur po kulach na ciałach, ale tak czy inaczej jest krwawo, a wszelkie flaczyska nie wyglądają groteskowo (jak to np. miało miejsce w SoF2, gdzie krew miała kolor ketchupu).
Jeśli chodzi o fabułę, to przedstawione sytuacje są nieco sztampowe i przesłodzone. IMHO to taka wersja light BoB. Twórcy bardzo mocno wzorowali się na serialu, ale nie mieli takiego wyczucia i czasami wydarzenia są nieco zbyt naiwne.
Trudno jednoznacznie ocenić tę grę. Odzorowanie miast i jakość grafiki oraz dźwięku są oszałamiające, gameplay też dobry, choć opiera się o jeden schemat, przez co zabawa nudzi się po pewnym czasie. To, czy gra się spodoba, zależy od indywidualnego poziomu tolerancji i oczekiwań danej osoby.
Far Cry2 - ta gra to po prostu killer jeśli chodzi o oprawę graficzną. Tutaj wszystko jest niesamowicie oświetlone, klimatyczne i dopracowane. Dobrze prezentuje się mimika i gesty postaci w połaczeniu ze świetnymi dialogami (umiejętnie wykorzstano wulgaryzmy, dzięki czemu nie ma się wrażenia, że wciśnięte są na siłę). Wracjąc do wyglądu aplikacji, poraża wykorzystanie shaderów - cienie są wszędzie i na wszystkim. Fizyka obejmuje każdy przedmiot, wybuchy są oszałamiające (nie tylko płomienie i dym, ale i liscie fruwające po eksplozji), a płomienie efektownie rozprzestrzeniają się po otaczających przedmiotach.
Gameplay jest wciagający. Momentami może wydać się nużący (poboczne zlecenia od dostawców broni zawsze polegają na zniszczeniu jakiegoś konwoju, co chwilę musimy zmielić jakichś oprychów napadających na nas w drodze do właściewego celu etc.), ale ogólnie sama walka i fajerwerki graficzne, które jej dowarzyszą, są na tyle dobrze wykonane, że można przymknąć na to oko. Poza tym nie oszukujmy się - ta gra zawsze miała być tylko efektowną rozwałką w szybkim tempie i jeśli ktoś szuka tu rozważań nad sensem życia, to ewidentnie źle trafił.
Miodu rozgrywce dodaje zróżnicowany i szeroki arsenał dostępnych broni. Trzeba indywidualnie dobrać taki zestaw (można nosić tylko 3 egzemplarze), aby dało się nim opanować każdą sytuację. Fajnym motywem jest posługiwanie się maczetą a'la John Rambo. Można podkraść się po cichu do wroga i błyskawczinie zadać cios w plecy, po czym, jak na prawdziwego rzeźnika przystało, wykończyć powalonego wroga, wbijając maczetę w brzuch (wiem, trochę to barbarzyńskie). Ogólnie skradanie nie jest najważniejszym elementem gry, bo przeważnie spotkanie z grupą wrogów kończy się na wielkiej rozwałce z użyciem jak największego kalibru. Warto też wspomnieć, że wrogowie czasami po serii w klatę padają, gubią sprzęt i kiedy już myślimy, że to koniec, wstają trzymając się za brzuch jedną ręką, a w drugiej dzierżąc jakiś pistolet, kuśtykają gdzieś w bezpieczne miejsce. Podobne akcje, to chyba tylko w GTA IV zrobiono (nie grałem, wnioskuję na podstawie trailerów).
Jeśli spojrzeć na tę grę jako na shooter, który ma dostarczać jedynie efektownej rozwałki, to wywiązuje się z tego zadania w 100%. Nie grałem w Far Cry2 po sieci, ale sądzę, że rozgrywka multiplayer musi być jeszcze bardziej emocjonująca, dzięki bogactwu wirtulanego sprzętu oddanego w ręce graczy (oprócz broni mam na myśli też pojazdy) oraz zróżnicowanej topografii terenu.
A teraz coś odnośnie mojej ulubionej serii, czyli ostatnia odsłona losów smutnego pana o łysej głowie z kodem paskowym na potylicy.
Hitman Blood Money miał być podobno najlepszą częścią serii (przynajmniej takie opienie słyszałem). W moim odczuciu jest dobry, ale nie najlepszy. Dlaczego?
Zacznę od tego co najmniej istotne czyli od oprawy audiowizualnej. Graficznie jest ładnie (wykorzystanie shaderów, dynamicznego oświetlenia etc.), postacie są szczegółowe, a lokacje bogate w detale. Nie mam do czego się przyczepić. Dźwięk też dobry, nic mnie nie raziło, ani zbytnio nie zwróciło mojej uwagi. Superklimatyczne jest jak zwykle wprowadzenie, głównie dzięki muzyce (Ellens dritter Gesang czyli Ave Maria). Pozostałe kawałki, kótre możemy usłyszeć rónież stoją na wysokim poziomie(ponownie popisał się Jasper Kyd).
Teraz to, co najważniejsze, czyli gameplay. Jest fajnie, można dziurawić z mnóstwa broni, ale najciekawiej jest nie brać ze sobą na misje żadnych pukawek i strać się upozorować wypadki. W Hitmanie też wkradają się schematy, ale ogólnie nie przeszkadza to w zabawie. Miłym dodatkiem są wszelkie bezpośrednie interakcje: spychanie ze schodów, wypychanie przez barierki, używanie ludzi jako żywych tarcz, zabieranie broni mierzącemu w nas wrogowi, łapanie za włosy i ciągniecie z kolanka itd. Samych pchnięć nożem jest co najmniej trzy rodzaje (wbicie w nery, wbicie w szyję i klasyczne podcięcie gardła).
Można powiedzieć, że dostaliśmy to, co czego można oczekiwać od hitmana. Jednakże pod względem klimatu Blood Money przegrywa z Contracts i to znacznie. Contracts tworzyło bardzo gęstą atmosferę dzięki misjom rozgrywającym się w nocy i ciągle padającemu deszczowi. Czuć było atmosferę duchoty i brudu. Oczywiście to, że misje wyglądały tak a nie inaczej związane było z faktem, że były to wspomnienia-majaki 47 będącego po operacji ukazanej w intrze. Klimat był tak gęsty, że można było powiesić siekierę. W Blood Money, mamy klasyczne misje przypominające najlepsze momenty z pierwszej części (zadanie w operze wygląda jak akcja z hotelu), jednak brakuje im atmosfery z pogranicza noir, co w moim odczuciu jest największym atutem pierwszej i trzeciej części serii.
Podsumowując, mogę napisać, że Blood Money nie zawodzi. Jest to nadal kawał soczystej rozgrywki, która spodoba się każdemu miłośnikowi losów Hitmana.
Ghost Recon Advanced Warfighter - jest to coś pomiędzy klasycznym, taktycznym Rainbow Six (Black Thorn, Raven Shield etc. nie jak Vegas), a tradycyjnym shooterem. W porównaniu do wersji XBOX poprawiono grafikę, usnięto widok TPP, a rozgrywka nie jest już typowo zręcznościowa, jak to ma miejsce w wiekszości tytułów konsolowych.
Jeśli chodzi o grafikę, to dziś już nie robi takiego wrażenia jak w dniu premiery, ale też nie kłuje w oczy szpetotą. Miasto jest ogromne, pełne szczegółów (auta, parasole kawiarniane, pomniki, stragany etc.). Jedyną wadą są tekstury w trochę niskiej rozdzielczości. Świetnie wykonane są ruchy postaci: przeciwnicy trafieni w biegu upadają w efektowny, filmowy sposób (widać dobre połączenie motion-capture z techniką rag-doll).
Gra jest momentami łatwa, a chwilami ekstremalnie trudna (przeciwnicy napierają z każdej strony, pojawia się czołg albo inne cholerstwo i jest rzeźnia), ale ogólnie zabawa jest całkiem przyjemna, szczególnie gdy już opanuje się system wydawania poleceń. W tym miejscu należy wspomnieć o sztucznej inteligencji. Widać, że napracowano się przy niej. Przeciwnicy oraz członkowie oddziału Ghost chowają się za filarami i innymi przeszkodami, pod ostrzałem sprintują, po czym efektownie rzucają się na glebę (wślizg za osłonę). Podkomendni całkiem nieźle reagują na rozkay, chociaż zdaża się, że wpakują się prosto pod ogień jakiegoś działka dużego kalibru albo lufę czołgu.
Jeśli chodzi o wady, to muszę ze smutkiem stwierdzić, że po raz kolejny zgwałcono serię spod znaku Toma Clancy'ego beznadziejnym, polskim dubbingiem. Nie wiem skąd wzięto aktorów (ci sami, którzy "użyczyli" głosów w Raven Shield), ale mam wrażenie jakby podczas nagrania po raz pierwszy czytali swoje kwestie i składali dopiero litery. Brzmi to tragicznie. W anglieskojęzycznej wersji słychać emocje i przede wszystkim profesjonalizm osób przygotowujących materiał audio. Polski dubbing nie przeszedł chyba przez żaden filtr, który miałby zasymulować warunki w jakich znajduje się osoba mówiąca. Wszystko jest sterylnie czyste i wyraźne, że aż drażniące. Aż mnie korciło, żeby ściągnąć pirata, tylko po to, by nie słuchać tego dramatu.
Muszę powiedzieć, że ten Ghost Recon wzbudził we mnie pozytywne odczucia. Bałem się, że twórcy wersji PCtowej zbyt uproszczą rozgrywkę (a raczej pozostawią to tak, jak wyglądało na konsoli), przez co gra straci taktyczny smaczek znany z serii o Rainbow. Jednakże ludzie odpowiedzialni za ten tytuł wyraźnie "czuli Bluesa" i wykonali kawał dobrej roboty.
Brothers in Arms: Hell's Highway - pierwsze wrażenie: "WOW". Graficznie gra miażdży- jeśli dom zrobiony jest z kamieni, to każdy kamień jest wystający (posłużono się tu technologią parallel mapping oferowaną przez nowy Direct-X, dzięki czemu w oparciu o zestaw tekstur modelowany jest obiekt 3D, albo raczej jego wypukłości; coś jakby rozwinięcie bump-mapingu). Tekstury w ultra-wysokiej rozdzielczości, świetny motion-capture, fizyka i ogólnie wszystko co tyczy się grafiki jest co najmniej bardzo dobre. Jedynie mimika jest trochę upośledzona (twarze są jakies sztywne i daleko im do tego, co można zobaczyć w np. Mass Effect).
Na najwyższym poziomie stoi muzyka i efekty dźwiękowe. Broń, wybuchy, krzyki żołnierzy brzmią perfekcyjnie. Muzyka jakby rodem wyjęta z Band Of Brothers albo Ryana (stylem przypomina suity z BoB albo Hymn To The Fallen, chociaż to nie ten sam rozmach, jaki zaprezentował Kamen i Williams).
Jeśli chodzi o gameplay, to na początku jest świetnie, ale z czasem wychodzi na wierzch, że każda potyczka polega na przyciśnięciu wroga ogniem, przemieszczeniu oddziału do przodu i wystrzelaniu przeciwnika albo zaaplikowaniu granatu pod nogi. Poza tym trochę trudno jest zginąć - bohater przyjmuje serię z CKMu na klatę, obraz robi się na chwilę czerwony, ale wystarczy odsapnąć i od nowa można walczyć. Może sytuacja jest inna na najwyższym poziomie trudności (dostępnym dopiero po ukończeniu gry), ale wątpię żeby chciało mi się przchodzić ten tytuł ponownie.
Na uwagę zasługuje gore. Tak dobrze wykonanego urywania rąk, nóg, rozwywania na pół, czy utrat głowy nie było od czasu Soldier of Fortune 1. Miejsca urwania kończyn są poszarpane, zakrwawione, a z ran wystają kości. Co prawda nie widać dziur po kulach na ciałach, ale tak czy inaczej jest krwawo, a wszelkie flaczyska nie wyglądają groteskowo (jak to np. miało miejsce w SoF2, gdzie krew miała kolor ketchupu).
Jeśli chodzi o fabułę, to przedstawione sytuacje są nieco sztampowe i przesłodzone. IMHO to taka wersja light BoB. Twórcy bardzo mocno wzorowali się na serialu, ale nie mieli takiego wyczucia i czasami wydarzenia są nieco zbyt naiwne.
Trudno jednoznacznie ocenić tę grę. Odzorowanie miast i jakość grafiki oraz dźwięku są oszałamiające, gameplay też dobry, choć opiera się o jeden schemat, przez co zabawa nudzi się po pewnym czasie. To, czy gra się spodoba, zależy od indywidualnego poziomu tolerancji i oczekiwań danej osoby.
Far Cry2 - ta gra to po prostu killer jeśli chodzi o oprawę graficzną. Tutaj wszystko jest niesamowicie oświetlone, klimatyczne i dopracowane. Dobrze prezentuje się mimika i gesty postaci w połaczeniu ze świetnymi dialogami (umiejętnie wykorzstano wulgaryzmy, dzięki czemu nie ma się wrażenia, że wciśnięte są na siłę). Wracjąc do wyglądu aplikacji, poraża wykorzystanie shaderów - cienie są wszędzie i na wszystkim. Fizyka obejmuje każdy przedmiot, wybuchy są oszałamiające (nie tylko płomienie i dym, ale i liscie fruwające po eksplozji), a płomienie efektownie rozprzestrzeniają się po otaczających przedmiotach.
Gameplay jest wciagający. Momentami może wydać się nużący (poboczne zlecenia od dostawców broni zawsze polegają na zniszczeniu jakiegoś konwoju, co chwilę musimy zmielić jakichś oprychów napadających na nas w drodze do właściewego celu etc.), ale ogólnie sama walka i fajerwerki graficzne, które jej dowarzyszą, są na tyle dobrze wykonane, że można przymknąć na to oko. Poza tym nie oszukujmy się - ta gra zawsze miała być tylko efektowną rozwałką w szybkim tempie i jeśli ktoś szuka tu rozważań nad sensem życia, to ewidentnie źle trafił.
Miodu rozgrywce dodaje zróżnicowany i szeroki arsenał dostępnych broni. Trzeba indywidualnie dobrać taki zestaw (można nosić tylko 3 egzemplarze), aby dało się nim opanować każdą sytuację. Fajnym motywem jest posługiwanie się maczetą a'la John Rambo. Można podkraść się po cichu do wroga i błyskawczinie zadać cios w plecy, po czym, jak na prawdziwego rzeźnika przystało, wykończyć powalonego wroga, wbijając maczetę w brzuch (wiem, trochę to barbarzyńskie). Ogólnie skradanie nie jest najważniejszym elementem gry, bo przeważnie spotkanie z grupą wrogów kończy się na wielkiej rozwałce z użyciem jak największego kalibru. Warto też wspomnieć, że wrogowie czasami po serii w klatę padają, gubią sprzęt i kiedy już myślimy, że to koniec, wstają trzymając się za brzuch jedną ręką, a w drugiej dzierżąc jakiś pistolet, kuśtykają gdzieś w bezpieczne miejsce. Podobne akcje, to chyba tylko w GTA IV zrobiono (nie grałem, wnioskuję na podstawie trailerów).
Jeśli spojrzeć na tę grę jako na shooter, który ma dostarczać jedynie efektownej rozwałki, to wywiązuje się z tego zadania w 100%. Nie grałem w Far Cry2 po sieci, ale sądzę, że rozgrywka multiplayer musi być jeszcze bardziej emocjonująca, dzięki bogactwu wirtulanego sprzętu oddanego w ręce graczy (oprócz broni mam na myśli też pojazdy) oraz zróżnicowanej topografii terenu.
A teraz coś odnośnie mojej ulubionej serii, czyli ostatnia odsłona losów smutnego pana o łysej głowie z kodem paskowym na potylicy.
Hitman Blood Money miał być podobno najlepszą częścią serii (przynajmniej takie opienie słyszałem). W moim odczuciu jest dobry, ale nie najlepszy. Dlaczego?
Zacznę od tego co najmniej istotne czyli od oprawy audiowizualnej. Graficznie jest ładnie (wykorzystanie shaderów, dynamicznego oświetlenia etc.), postacie są szczegółowe, a lokacje bogate w detale. Nie mam do czego się przyczepić. Dźwięk też dobry, nic mnie nie raziło, ani zbytnio nie zwróciło mojej uwagi. Superklimatyczne jest jak zwykle wprowadzenie, głównie dzięki muzyce (Ellens dritter Gesang czyli Ave Maria). Pozostałe kawałki, kótre możemy usłyszeć rónież stoją na wysokim poziomie(ponownie popisał się Jasper Kyd).
Teraz to, co najważniejsze, czyli gameplay. Jest fajnie, można dziurawić z mnóstwa broni, ale najciekawiej jest nie brać ze sobą na misje żadnych pukawek i strać się upozorować wypadki. W Hitmanie też wkradają się schematy, ale ogólnie nie przeszkadza to w zabawie. Miłym dodatkiem są wszelkie bezpośrednie interakcje: spychanie ze schodów, wypychanie przez barierki, używanie ludzi jako żywych tarcz, zabieranie broni mierzącemu w nas wrogowi, łapanie za włosy i ciągniecie z kolanka itd. Samych pchnięć nożem jest co najmniej trzy rodzaje (wbicie w nery, wbicie w szyję i klasyczne podcięcie gardła).
Można powiedzieć, że dostaliśmy to, co czego można oczekiwać od hitmana. Jednakże pod względem klimatu Blood Money przegrywa z Contracts i to znacznie. Contracts tworzyło bardzo gęstą atmosferę dzięki misjom rozgrywającym się w nocy i ciągle padającemu deszczowi. Czuć było atmosferę duchoty i brudu. Oczywiście to, że misje wyglądały tak a nie inaczej związane było z faktem, że były to wspomnienia-majaki 47 będącego po operacji ukazanej w intrze. Klimat był tak gęsty, że można było powiesić siekierę. W Blood Money, mamy klasyczne misje przypominające najlepsze momenty z pierwszej części (zadanie w operze wygląda jak akcja z hotelu), jednak brakuje im atmosfery z pogranicza noir, co w moim odczuciu jest największym atutem pierwszej i trzeciej części serii.
Podsumowując, mogę napisać, że Blood Money nie zawodzi. Jest to nadal kawał soczystej rozgrywki, która spodoba się każdemu miłośnikowi losów Hitmana.
05-02-2009, 22:08






