Czyli ten film, z którego AI wzięło to całe 80s dark fantasy. Plus jak czytałem, była to woda po kisielu po niezrealizowanym Władcy Pierścieni Boormana właśnie. Niektóre sceny tak kojarzyły się mi z LOTRem jak scena, gdy Parsifal przemierzał polanę z gnijącymi trupami czy bardziej fantazyjne elementy, jak Camelot zrobiony dosłownie ze złota i szkła.
Film wygląda obłędnie. Ustawienie kamery, kolory i inscenizacja aż przywodzą jakieś ikony. Oglądałem w wersji UHD z poprawnym aspect ratio (który wyszedł w lutym, co na pewno Gieferg o tym fakcie wie), więc teraz okazja, by ujrzeć w odpowiednim wyglądzie. I czuć tą mityczność, bo mimo, że dzieje się to niby w wiekach ciemnych (czyli jakiś V-VI wiek), a występują pełne zbroje płytowe które będą tysiąc lat później, a najbardziej zgodnie historycznie to są lasy, bo krajobraz jest zasnuty dziewiczymi puszczami. Ładny zabieg, gdy jest podzielona ojczyzna bohaterów (też nie kojarzę, żeby padła nazwy kraju. Cały czas określany jako "Land"), rycerze mają czarne zbroje, a po powstaniu Camelotu wszyscy mają zbroje srebrne i lśniące jak psu jaja. Też skojarzyło mi się z Robinem w Sherwood przez swój klimat, zwłaszcza jak Parsifal paraduje po lesie lub są umowne elementy fantastyczne.
Widząc podniosłość tego filmu myślałem, że dostanę stoickiego Merlina jak w Królu Arturze Fuquy czy wersji z Neillem, a to wciąż sarkastyczny i za mądry Merlin jak w bajkach, tyle że ma metalowy czepek zamiast spiczastej czapki. Morgana le Fay też była poza moimi tradycyjnymi wyobrażeniami, bo momentami przez stylówę kojarzyła mi się z Dodą (wogóle Helene jaka wtedy młodziutka). Mimo tej baśniowości jest ten brud, bo ludzie krwawią, Lance i Ginny uprawiają seks i to przy dziecku (tj. jelonku), a sceny pomoru podczas poszukiwań Parsifala są faktycznie upiorne, szczególnie jak trafia na powieszonych ludzi służących za karmnik dla gawronów. Wtedy też Parsifal i Urien mają w pełni zaśniedziałe zbroje. Widać, że R-ka w USA nie bez powodu.
Z obsady najbardziej zaskoczył Nigel Terry w roli Artura - od nastoletniego chłopka-roztropka, po nobliwego władcę, który coraz lepiej się wysławia. I wiarygodnie wypada w każdej inkarnacji. Ogólnie nieco teatralne aktorstwo mi nie przeszkadza, chociażby ze względu na obraną koncepcję. Co mi przeszkadzało, to większe przeskoki i większe skróty w drugiej połowie, jak np. Lancelot i Ginewra NAGLE znikają. Albo Artiego zabierają na jakiejś łodzi, bo nagle tak. Także sądziłem, że Mordred nosi tę rzymską maskę (tu też z kolei przywodził mi jakoś na myśl Kaligulę. Tego filmu też nie widziałem), bo ukrywa jakąś deformację (a patrząc kim są jego starzy, to byłoby prawdopodobne). I faktycznie przydałoby się conajmniej dodatkowe pół godziny. I po jakimś czasie też przynudza.
Mimo mankamentów to na pewno czołówka filmów arturiańskich.
7/10 ze wskazaniem na 8/10
Film wygląda obłędnie. Ustawienie kamery, kolory i inscenizacja aż przywodzą jakieś ikony. Oglądałem w wersji UHD z poprawnym aspect ratio (który wyszedł w lutym, co na pewno Gieferg o tym fakcie wie), więc teraz okazja, by ujrzeć w odpowiednim wyglądzie. I czuć tą mityczność, bo mimo, że dzieje się to niby w wiekach ciemnych (czyli jakiś V-VI wiek), a występują pełne zbroje płytowe które będą tysiąc lat później, a najbardziej zgodnie historycznie to są lasy, bo krajobraz jest zasnuty dziewiczymi puszczami. Ładny zabieg, gdy jest podzielona ojczyzna bohaterów (też nie kojarzę, żeby padła nazwy kraju. Cały czas określany jako "Land"), rycerze mają czarne zbroje, a po powstaniu Camelotu wszyscy mają zbroje srebrne i lśniące jak psu jaja. Też skojarzyło mi się z Robinem w Sherwood przez swój klimat, zwłaszcza jak Parsifal paraduje po lesie lub są umowne elementy fantastyczne.
Widząc podniosłość tego filmu myślałem, że dostanę stoickiego Merlina jak w Królu Arturze Fuquy czy wersji z Neillem, a to wciąż sarkastyczny i za mądry Merlin jak w bajkach, tyle że ma metalowy czepek zamiast spiczastej czapki. Morgana le Fay też była poza moimi tradycyjnymi wyobrażeniami, bo momentami przez stylówę kojarzyła mi się z Dodą (wogóle Helene jaka wtedy młodziutka). Mimo tej baśniowości jest ten brud, bo ludzie krwawią, Lance i Ginny uprawiają seks i to przy dziecku (tj. jelonku), a sceny pomoru podczas poszukiwań Parsifala są faktycznie upiorne, szczególnie jak trafia na powieszonych ludzi służących za karmnik dla gawronów. Wtedy też Parsifal i Urien mają w pełni zaśniedziałe zbroje. Widać, że R-ka w USA nie bez powodu.
Z obsady najbardziej zaskoczył Nigel Terry w roli Artura - od nastoletniego chłopka-roztropka, po nobliwego władcę, który coraz lepiej się wysławia. I wiarygodnie wypada w każdej inkarnacji. Ogólnie nieco teatralne aktorstwo mi nie przeszkadza, chociażby ze względu na obraną koncepcję. Co mi przeszkadzało, to większe przeskoki i większe skróty w drugiej połowie, jak np. Lancelot i Ginewra NAGLE znikają. Albo Artiego zabierają na jakiejś łodzi, bo nagle tak. Także sądziłem, że Mordred nosi tę rzymską maskę (tu też z kolei przywodził mi jakoś na myśl Kaligulę. Tego filmu też nie widziałem), bo ukrywa jakąś deformację (a patrząc kim są jego starzy, to byłoby prawdopodobne). I faktycznie przydałoby się conajmniej dodatkowe pół godziny. I po jakimś czasie też przynudza.
Mimo mankamentów to na pewno czołówka filmów arturiańskich.
7/10 ze wskazaniem na 8/10
28-04-2026, 21:32





