Oscarowy kwartet musicali z lat 60 uzupełniony o ostatnią pozycję, West Side Story odhaczone. Obyło się bez boleści, chociaż mnóstwo tu niezamierzonej komedii: głupotki scenariuszowe, naiwne zachowania bohaterów (lasia w minutę wybacza swemu ukochanemu zabójstwo brata, kapitalne), wreszcie Amerykanie (niektórzy pochodzenia rosyjskiego albo greckiego) grający Portorykańczyków (dodatkowo zdabingowani na wokalu). W kwestii najważniejszej, czyli popisów tanecznych i wokalnych oraz inscenizacji tych wszystkich pląsów jest dobrze, więc i reszta aż tak nie razi. Solidny klasyk, wśród wspomnianej czwórki zdobywców najważniejszego rycerzyka postawiłbym go spory kawałek drogi za bardzo przyjemnymi Dźwiękami Muzyki i lata świetlne przed tymi dwoma kupsztalami z fatalnymi bohaterami tytułowymi (Oliver, My Fair Lady, ble). Jeszcze odnośnie Oscarów: film spoko, ale wygrał z o wiele lepszymi — Wyrokiem w Norymberdze, Bilardzistą i Działami Nawarony (tego całego Fanny'ego nie kojarzę), a George Chakiris sprzątnął sprzed nosa statuetkę Monty'emu Cliftowi z jego świetnym epizodem na sali sądowej, charakterystycznemu duetowi z Bilardzisty (Scott i Gleason) oraz porucznikowi Columbo (swoją drogą poluję na wcześniejsze Murder, Inc., widział kto?), co jest w sumie chyba jeszcze większym absurdem. Rozwala też ścieżka dwóch głównych amerykańskich gangusów, którzy po trzech dekadach trafili do Twin Peaks.
Obejrzałem również Under The Skin i w sumie dostałem to, czego się spodziewałałem, czyli fabułę na krótki metraż w dobrej, niepokojącej oprawie. Taka to trochę ciekawostka, wyniesiona nieco z odmętów przeciętności warsztatem Glazera. O czym to w zasadzie jest i co chciano tu opowiedzieć — a, nie za bardzo nawet chce mi się w to wglębiać. Po co to powstało? Trudno powiedzieć. Może odpowiedzią jest równocześnie największy atut filmu, tzn. atuty. Dwa na górze, jeden na dole. Chyba można czasem pokusić się o tak prostackie podsumowanie, co nie? W każdym razie najlepszym filmem Glazera pozostaje najbardziej klasyczny, a zarazem najpełniejszy scenariuszowo Sexy Beast z kapitalnym Kingsleyem rzucającym mięchem z prędkością pocisków z kałacha.
Obejrzałem również Under The Skin i w sumie dostałem to, czego się spodziewałałem, czyli fabułę na krótki metraż w dobrej, niepokojącej oprawie. Taka to trochę ciekawostka, wyniesiona nieco z odmętów przeciętności warsztatem Glazera. O czym to w zasadzie jest i co chciano tu opowiedzieć — a, nie za bardzo nawet chce mi się w to wglębiać. Po co to powstało? Trudno powiedzieć. Może odpowiedzią jest równocześnie największy atut filmu, tzn. atuty. Dwa na górze, jeden na dole. Chyba można czasem pokusić się o tak prostackie podsumowanie, co nie? W każdym razie najlepszym filmem Glazera pozostaje najbardziej klasyczny, a zarazem najpełniejszy scenariuszowo Sexy Beast z kapitalnym Kingsleyem rzucającym mięchem z prędkością pocisków z kałacha.
06-08-2026, 20:25





