Podczas seansu Wrestlera początkowo uderzyła mnie pewna analogia do Gran Torino. Scenariusz obu został stworzony metodą "ctrl-c-ctr-v", w obu widać jakiś taki osobisty stosunek reżyserów i głównych aktorów do tego projektu. Ale w GT były dwie sceny genialne i od cholery bardzo dobrych (mocno żenujące jest za to bodaj 15-20 pierwszych minut), metafory i swoisty rozrachunek Clinta usprawiedliwiały co dziwniejsze scenariuszowe odjazdy (szkoda tylko, że, kurna, nie w w/w pierwsze 15-20 minutach), no i ten film przede wszystkim nie próbował być HIPERREALISTYCZNY. A Aronofsky chyba próbował komuś (albo raczej samemu sobie) udowodnić, że on też potrafi nakręcić "normalny" film, który spodoba się krytykom, wybrał się więc na spacerek z ukrytą kamerą po utartych schematach. Rola Rourke'a to po prostu obsadowy fart, który najprościej można określić jako "syndrom Starka - Sparrowa". Zawiodłem się, cholera - a był to jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów minionego roku.
Ogłoszenie parafialne: Darren, wracaj na swoje śmieci. Dokumentalistów życiowego szamba jest w ciul i jeszcze trochę (w Polsce tacy ludzie tworzą cała "ambitną" kinematografię), a Ty, kurna, jesteś tylko jeden.
Ogłoszenie parafialne: Darren, wracaj na swoje śmieci. Dokumentalistów życiowego szamba jest w ciul i jeszcze trochę (w Polsce tacy ludzie tworzą cała "ambitną" kinematografię), a Ty, kurna, jesteś tylko jeden.
Why are you firing wallnuts at me?
28-03-2009, 20:18





