Jakuzzi napisał(a):Bynajmniej. (Ciekawe, ile kolejnych postów zacznę w ten sam sposób :P). W poprzedniej wypowiedzi miałem zamiar wspomnieć o pułapkach takiego tłumaczenia, kiedy je pociągnąć za daleko, ale pomyślałem, że nie muszę, bo to jasne. Ale skoro jednak temat się pojawił: oczywiście, masz rację. Celne tłumaczenie to delikatna sprawa. Najlepsze jest wtedy, gdy odbiorca w ogóle się nie orientuje, że tłumacz cokolwiek kreował. (Oczywiście mówię głównie o dubbingu w filmie czy tłumaczeniu tekstu pisanego, kiedy -- o czym pisałem poprzednio -- "spod spodu" nie wyłazi tekst oryginalny, z którym odbiorca samodzielnie weryfikuje sobie tłumaczenie). No a kiedy w realiach amerykańskich pojawiają się odniesienia do polskiej polityki (czy polskiego czegokolwiek innego), wówczas gołym okiem wiadomo, że to nie twórcy pomysł, ale tłumacza. I to jest złe. Co wolno w bajkowym "Shreku", tego nie waż się, tłumoku, robić w "Simpsonach". A jak się odważysz, to słusznie dostaniesz od widza po zadzie.Cytat:Generalnie celem tłumaczenia jest to, żeby odbiorca docelowy (tu: polski) czuł się tak jak odbiorca oryginału.Widzisz, i przez takie podejscie mamy pozniej Giertycha i mohery w Simpsonach, co jest oczywistym nonsensem.
Natomiast powyższe nie oznacza bynajmniej, że opisane przeze mnie -- jak to nazwałeś -- "podejście" jest niewłaściwe. Przeciwnie: jak już pisałem, to podstawa dobrego przekładu. Nie jestem w stanie w tej chwili przywołać w pamięci każdego fragmentu "Latającego Cyrku" w wersji Beksińskiego, o którym wspomniałem poprzednio, ale nie sądzę, żeby szpikował tekst brytyjskiego programu z przełomu lat 60. i 70. nawiązaniami do polskiej współczesności. (Jeśli mu się zdarzyło, to proszę mi o tym przypomnieć :) ). Natomiast jestem przekonany, że zdarzało mu się zastępować elementy świetnie znane angielskiemu odbiorcy, a obce polskiemu, takimi, które Polak rozpozna natychmiast, ale jednocześnie nie będą odstawały od obszaru kulturowego oryginału. Widać, o co chodzi?
Na przykład (i tu kawałek z mojego ogródka) w tłumaczonej niedawno przeze mnie książce nastoletni bohater, Irlandczyk, chwalił się swoją wiedzą o małpach. Zaraz potem w myślach dodaje, dla wyjaśnienia źródła swojej wiedzy: "Thank you, Jane Goodall". Podobno to strasznie znana postać. Ja o niej wcześniej nie słyszałem, prawie żaden polski czytelnik na pewno też. W związku z tym u mnie chłopak myśli: "Niech żyje Animal Planet". Swojskie dla polskiego czytelnika? Bardzo. Wierne anglosaskiej (czy konkretniej: irlandzkiej) rzeczywistości? Również. Dla porównania odpowiednikiem tego simpsonowego Giertycha byłoby tu coś w stylu: "Niech żyją państwo Gućwińscy". Widać różnicę, prawda? :)
Jakuzzi napisał(a):Wydaje mi sie, ze gdybym zobaczyl napis na murze o tresci Liz Cipe (wersja doslowna), rozbawiloby mnie to niemniej niz Mineta Rzadzi.;)Ok, możliwe. Ale co innego ma znaczenie: o ile oryginał zawsze jest jeden, dobrych tłumaczeń może być wiele. Jeśli do tego będziemy mieli na względzie wcześniej wspomniane wymogi telewizyjne, czyli czynnik niezależny od tłumacza (czytałem kiedyś wypowiedź chyba Magdy Balcerek, która pisała, że oni by bardzo chętnie bluzgali równie soczyście jak aktorzy w filmie, ale jest to odgórnie zabronione), wrócimy do pierwotnej kwestii: zacytowane tłumaczenie ze "Sprzedawców 2" nie jest ZŁE. I ja tylko tyle chciałem dowieść. Tłumacze są jednymi z ulubionych chłopców (i dziewczynek) do bicia dla fanów kina, bardzo często słusznie i wtedy ja będę pierwszy do szydzenia. Natomiast kiedy akurat nie zasługują na krytykę (a może nawet na skromną pochwałę?), wówczas nie ma kto ich wziąć w obronę. No to ja to robię, powiedzmy, że przez solidarność ;)
A skądinąd ciekawi mnie, jak przy tej minecie tłumacz wybrnął z wypowiadanego przez Jaya a propos tego napisu: "Oh, I totally do".
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie
04-04-2009, 15:18






