![[Obrazek: beztytuuqhn.jpg]](http://img105.imageshack.us/img105/7783/beztytuuqhn.jpg)
zdaje sobie sprawę, że krytykując kill billa, stoję na z góry straconej pozycji. quentin zawsze odprawiał krytykę z kwitkiem. w czwartym filmie doprowadził do perfekcji swój autorski (powinien to opatentować) sposób maskowania faktu, że cierpi na uwiąd twórczy. jak wiadomo, kill bill to specyficzny miks komedii i kina zemsty. raz, że łatwo wtedy przykryć mielizny scenariusza, a dwa, że w razie wtopy i zgnojenia twórca tłumaczyć się będzie pastiszem gatunku. gdybym nie był złośliwy od urodzenia, powiedziałbym, że quentin w kill billu z właściwą sobie maestrią ubiera drętwą fabułę w genialną konwencję wizuala, dialogu i montażu, będącą luźna wariacją tematy azjatyckie. ba, poszedłbym dalej w chwaleniu: już od pierwszych minut widać, że reżyser jest zakochany w gatunku, a jednocześnie podchodzi do niego z dystansem, dzięki czemu wydarzenia nabierają fajnego umownego charakteru. recke spuentowałbym ulubionym określeniem-wytrychem wielu pismaków, mianowicie, "tak miało być". szkopuł w tym, ze od urodzenia jestem złośliwy i zamierzam tę ceche mojej osobowości spożytkować na najbardziej karkołomne działanie w historii tego forum: zamierzam dowieść, że kill bill to przykład upadku niegdyś zajebistego reżysera, który firmuje swoim nazwiskiem shity, żeby odciąć parę kuponów z dni dawnej komercyjnej chwały.
radosna twórczość quentina zawiera parę kluczowych składowych. na początek niech będzie niechronologiczna narracja, odwracająca uwagę od fabuły w stanie embrionalnym. intryga kill billa jest prosta jak trzon do grabi L-1500. wybaczcie więc, że streszczam ją aż tak szczegółowo: trwają przygotowania do ślubu, do kaplicy wpada brygada do rozwałki, inicjując krwawą jatkę, w której ginie ciężarna panna młoda. po pewnym czasie wychodzi na to, że panna młoda jednak nie ginie, tylko zapada w śpiączkę. po 4 latach budzi się i poprzysięga zemste na oprawcach. koniec. wypisz wymaluj damska odmiana hard to kill. sek w tym, że dzięki zastosowaniu konstrukcji narracyjnej zwanej "efektem nocnej straży", polegającej na wielokrotnym zamotaniu najprostszych wątków, bazujący na prostym koncepcie film senseja seagala, przekształca się nagle w coś mega zagmatwanego i głębokiego. rzecz jasna z pozoru i na pierwszy rzut oka, gdyż w rzeczywistości to ciągle ta sama durna i męcząca (w dodatku kolorowa) historyjka, ino na modlę postmodernistyczną poszatkowana. najgorsze w tym wszystkie jest to, że owa zamotana do granic przyzwoitości narracja wcale nie intryguje. przeciwnie: niemiłosiernie wręcz męczy i nudzi, zwłaszcza że już po pół godzinie widz domyśla się, jak się całość skończy, a na koniec się dziwi, że faktycznie skończyło się tak prostacko.
drugą cechą twórczości quentina są moje ulubione głupio-mądre filozoficzne dialogi toczone przez osoby z marginesu społecznego, najczęściej w sytuacji tuż przed zabiciem kogoś, względnie pojedynkiem. to chyba najbardziej irytująca przypadłość tarantino-scenarzysty. dysputy światopoglądowe na takie tematy jak: wyższość hamburgerów z big kahuny nad burgerami z maca, wyższość sprite'a nad coca-colą czy wreszcie szczyt monologowej żenady, mianowicie rozprawka o alter-ego komiksowych bohaterów. najprostsze dialogi, które można by zakomunikować drugiej osobie w dwóch słowach, tutaj rozrastają się do niebotycznych rozmiarów, co skutkuje tym, że po wysłuchaniu kilku współrzędnie złożonych tasiemców mam już ich serdecznie dość. w pulp fiction jeszcze jakoś to zdawało egzamin, bo faktycznie niektóre partie dialogowe iskrzyły fajnym chamskim i prymitywnym humorem, lecz w kill billu dochodzi do spiętrzenia autentycznie bezsensownych rozmówek. stanowią one nędzną podróbę dawnego stylu reżysera. jakim cudem quentin je przepuścił, a nieszczęsny, zmęczony życiem i karierą michael madsen wymówił - nie mam pojęcia. powtórzę: teksty są tu na sile wydumane i kompletnie niedowcipne. sprawiają wrażenie waty, mającej wypełnić próżnie po fabule, której nie ma i nigdy nie było. najprymitywniejszy w konstrukcji slasher zawiera choćby monosylaby, popychające akcje do przodu. w kill billu na czas prowadzenia rozmów akcja zostaje zawieszona i literalnie nic się nie dzieje. a jako że same rozmówki nic nie znaczą, otrzymujemy istną masakre: nie dość, że na ekranie bezruch, to jeszcze wypowiadane słowa pozbawione są elementarnego dramaturgicznego sensu (nie przynoszą żadnych informacji o postaciach, bo to w znakomitej większości cytaty z innych filmów) i z trudem odnoszą się do zaistniałej sytuacji. normalnie tra-ge-dia.
- Joł, laska, pamiętasz, jak super grałem we Wściekłych psach?
- Nie.
cecha nr 3 - muzyczne ramoty, załączające sie w dowolnym momencie, żeby było cool - tworzy tandem z cecha nr 4, czyli niekończącym się filmowaniem idących osób. kill bill - szczególnie rozdział pierwszy - składa się w 50% z takich właśnie ujęć, serwowanych z nabożnym wręcz uwielbieniem przez reżysera (ich techniczna strona jest oczywiście bliska platońskiej doskonałości, w czym zasługa guru operatorki roberta richardsona). jako że pustego dialogowaniu tu trochę mniej niż w rozdziale drugim, quentin wypełnia próżnie po fabule (i emocjach) długimi jazdami kamery, często również łazi w ślad za postaciami tudzież fotografuje jadące motory i samochody. wszystko przy wtórowaniu muzy (w kill billu stare przeboje zastępują nowe hity, lecz ich funkcja się nie zmienia - zapychacz pozostaje zapychaczem bez względu na epokę, w której został skomponowany). rozumiem intencje: chęć nawiązania do stylistyki spaghetti westernów bywa silniejsza niż chęć zainteresowania widza przebiegiem wydarzeń. klasycznym przykładem takiego zespolenia jest zeswatanie skośnego rocka i wywijasów z kamerą wśród gości lokalu O-Ren. myślałem, że mnie coś strzeli podczas oglądania tej sceny. potem jak wiemy następuje kuriozalna bitka na katany z kosmicznie tryskająca posoką, ale przynajmniej w końcu coś się dzieje, tzn. coś sensownego - główna bohaterka jak w komputerowej platformówce kolejnymi cięciami toruje sobie drogę do szefowej.
w tym miejscu kończę - właśnie sobie uświadomiłem, że przecież tak miało być.
pomimo tego, co napisałem wyżej, do quentina mam słabość. nie lubię jego filmów, ale lubię jego podejście. szanuje gościa za upór w dążeniu do celu i nazwijmy to gromkopierdnie: "artystyczną suwerenność". poza tym fajną ma gębę i zdarza mu się mądre rzeczy mówić - ale tylko kiedy nie kręci filmów. kiedy kreci, nie ma nic ciekawego do (o)powiedzenia.
obejrzała kill billa
15-04-2009, 17:15 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-01-2016, 10:43 przez Mierzwiak.)






