<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe - Filmy Michaela Manna]]></title>
		<link>https://forumkmf.pl/</link>
		<description><![CDATA[Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe - https://forumkmf.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 12 Sep 2026 20:21:08 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Ferrari (2023)]]></title>
			<link>https://forumkmf.pl/Thread-Ferrari-2023--6479</link>
			<pubDate>Thu, 04 Aug 2022 12:18:14 +0200</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://forumkmf.pl/Thread-Ferrari-2023--6479</guid>
			<description><![CDATA[Wiele chwilowo nie napiszę, ale trzeba zakładać, bo jest pierwsza fota z planu. W dodatku robi świetne wrażenie i sporo zdradza<br />
<br />
<img src="https://uploads.tapatalk-cdn.com/20220804/a408bf40a725ad4682a192c7178c3443.jpg" border="0" alt="[Obrazek: a408bf40a725ad4682a192c7178c3443.jpg]" /><br />
<br />
<br />
Poza tym Mann niedawno mówił ogólnie o filmie:<br />
<span style="font-style: italic;">The whole movie is three months in the summer of 1957 in Enzo Ferrari’s life. It’s an opera, it’s melodramatic. Everything he’s been collides with what he might become. The company’s going bust. His wife finds out about the other woman. It’s spectacularly operatic melodrama in real life.</span><br />
<br />
Niezbyt rozumiem jak Driver mający 38 lat, który wedle fotki wygląda jak Driver mając 38 lat, ma zagrać Ferrariego w wieku 59 lat, ale pewnie jakiś sens w tym jest.<br />
<br />
Aktualnie Mann jest w trakcie zdjęć we Włoszech. Chyba nawet w Modenie, czyli mieście Ferrariego]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wiele chwilowo nie napiszę, ale trzeba zakładać, bo jest pierwsza fota z planu. W dodatku robi świetne wrażenie i sporo zdradza<br />
<br />
<img src="https://uploads.tapatalk-cdn.com/20220804/a408bf40a725ad4682a192c7178c3443.jpg" border="0" alt="[Obrazek: a408bf40a725ad4682a192c7178c3443.jpg]" /><br />
<br />
<br />
Poza tym Mann niedawno mówił ogólnie o filmie:<br />
<span style="font-style: italic;">The whole movie is three months in the summer of 1957 in Enzo Ferrari’s life. It’s an opera, it’s melodramatic. Everything he’s been collides with what he might become. The company’s going bust. His wife finds out about the other woman. It’s spectacularly operatic melodrama in real life.</span><br />
<br />
Niezbyt rozumiem jak Driver mający 38 lat, który wedle fotki wygląda jak Driver mając 38 lat, ma zagrać Ferrariego w wieku 59 lat, ale pewnie jakiś sens w tym jest.<br />
<br />
Aktualnie Mann jest w trakcie zdjęć we Włoszech. Chyba nawet w Modenie, czyli mieście Ferrariego]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Blackhat (2015)]]></title>
			<link>https://forumkmf.pl/Thread-Blackhat-2015--3490</link>
			<pubDate>Mon, 23 Dec 2013 19:40:52 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://forumkmf.pl/Thread-Blackhat-2015--3490</guid>
			<description><![CDATA[Wiadomo niewiele: film o globalnych cyberkryminalistach dziejący się na wszystkich kontynentach (z wyjątkiem Afryki, bo tam jest bieda jak w Detroit i nie ma komputerów), w którym występuje Chris Hemsworth. Poza tym wyczerpującym info nic nie wiadomo. Z technicznych plotek pojawiły się zapowiedzi, że będzie to konwersja 3D z materiału kręconego z ręki siedmioletnią Motorolą. Pierwsze kadry już wyciekły i robią furorę: <br />
<br />
<img src="http://s30.postimg.org/9zax19xap/q_IOfhv_V.jpg" border="0" alt="[Obrazek: q_IOfhv_V.jpg]" /><br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/V0Gaj6O.jpg" border="0" alt="[Obrazek: V0Gaj6O.jpg]" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wiadomo niewiele: film o globalnych cyberkryminalistach dziejący się na wszystkich kontynentach (z wyjątkiem Afryki, bo tam jest bieda jak w Detroit i nie ma komputerów), w którym występuje Chris Hemsworth. Poza tym wyczerpującym info nic nie wiadomo. Z technicznych plotek pojawiły się zapowiedzi, że będzie to konwersja 3D z materiału kręconego z ręki siedmioletnią Motorolą. Pierwsze kadry już wyciekły i robią furorę: <br />
<br />
<img src="http://s30.postimg.org/9zax19xap/q_IOfhv_V.jpg" border="0" alt="[Obrazek: q_IOfhv_V.jpg]" /><br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/V0Gaj6O.jpg" border="0" alt="[Obrazek: V0Gaj6O.jpg]" />]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Public Enemies (2009)]]></title>
			<link>https://forumkmf.pl/Thread-Public-Enemies-2009--1366</link>
			<pubDate>Fri, 03 Jul 2009 20:48:22 +0200</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://forumkmf.pl/Thread-Public-Enemies-2009--1366</guid>
			<description><![CDATA[<img src="http://img189.imageshack.us/img189/4964/publicenemiesver2.jpg" border="0" alt="[Obrazek: publicenemiesver2.jpg]" /><br />
<br />
<br />
Byłem na przedpremierze w środę. Do filmu podszedłem niemal neutralnie, nie miałem wielkich nadziei, ale przyznam że trochę mnie zniechęcił fakt użycia cyfrowej kamery. I nie dlatego, że mam coś przeciwko takiemu stylowi, ale dlatego że miałem wątpliwość czy będzie on pasował do 1930s. Nie pasował. Przez niemal całą ciągłość filmu musiałem przekonywać siebie, aby tą Mannowską fanaberię tolerować i odsuwać na bok, aby nie zepsuła reszty. Nie jest jednak tragicznie, a jedynie źle. Miejscami miałem wrażenie, że oglądam film telewizyjny, a w połączeniu z nieco banalną i prostą historią, której jesteśmy świadkami przez jakieś 2/3 filmu, zacząłem odczuwać zniechęcenie. Całe szczęście film się w końcu rozkręca, a postacie przestają być papierowe. Na mój gust dzieje się to jednak trochę zbyt późno. Przed obejrzeniem 'Public Enemies' miałem też małe wątpliwości odnośnie obsady w postaci Bale'a i Deppa. Pierwszego z powodu utraty mojego zaufania, poprzez raczej mizerne role w Batmanach i T: Salvation, drugiego z powodu 'syndromu Deppa'. O czym mówię? Otóż nieważne w jaką rolę ten aktor wchodzi, niemal zawsze na chwilę przedostaje się na zewnątrz ten sam, rozpoznawalny akcent w postaci spojrzenia czy uśmiechu, będący niemalże przebiciem czwartej ściany. Ja im poszło tym razem? Akceptowalnie. Bale dał radę, nie miał jednak dużo do zagrania. Małe 'ale' miałbym do jego akcentu, który brzmiał nieco sztucznie, a miejscami niemal 'po austriacku'. Depp wypadł lepiej niż się spodziewałem, ale nie na tyle dobrze by uwierzyć w autentyczność kreowanej postaci. Raziła nieco komputerowa krew w kilku scenach (jeśli nie była CGI to w takim razie na taką wyglądała, więc żadne to usprawiedliwienie). Zawiódł również montaż. W dwóch scenach, które miały być przedstawione jako ciągłe zauważyłem nagłe cięcia, wyglądało niczym na filmach amatorskich (może to projektor się zaciął? - wątpliwe). Kontunuując wyliczankę. Dźwięki wystrzałów zdecydowanie za głośne. Mogli to jednak trochę stonować, ale przypuszczam że wielu kinomaniaków uwielbia takie atrakcje. Czas chyba przejść do plusów. Bardzo dobra muzyka, budująca klimat, którego to jednak w filmie nie brakuje. Mimo wszystkich powyższych wad, całość broni się jako dobra rozrywka. Kilka scen jest nawet bardzo dobrych, znajdą się również emocje. Film to zrobiony poprawnie, ale potencjał jednak zmarnowany. Choć jestem pewien, że dam mu drugą szansę.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<img src="http://img189.imageshack.us/img189/4964/publicenemiesver2.jpg" border="0" alt="[Obrazek: publicenemiesver2.jpg]" /><br />
<br />
<br />
Byłem na przedpremierze w środę. Do filmu podszedłem niemal neutralnie, nie miałem wielkich nadziei, ale przyznam że trochę mnie zniechęcił fakt użycia cyfrowej kamery. I nie dlatego, że mam coś przeciwko takiemu stylowi, ale dlatego że miałem wątpliwość czy będzie on pasował do 1930s. Nie pasował. Przez niemal całą ciągłość filmu musiałem przekonywać siebie, aby tą Mannowską fanaberię tolerować i odsuwać na bok, aby nie zepsuła reszty. Nie jest jednak tragicznie, a jedynie źle. Miejscami miałem wrażenie, że oglądam film telewizyjny, a w połączeniu z nieco banalną i prostą historią, której jesteśmy świadkami przez jakieś 2/3 filmu, zacząłem odczuwać zniechęcenie. Całe szczęście film się w końcu rozkręca, a postacie przestają być papierowe. Na mój gust dzieje się to jednak trochę zbyt późno. Przed obejrzeniem 'Public Enemies' miałem też małe wątpliwości odnośnie obsady w postaci Bale'a i Deppa. Pierwszego z powodu utraty mojego zaufania, poprzez raczej mizerne role w Batmanach i T: Salvation, drugiego z powodu 'syndromu Deppa'. O czym mówię? Otóż nieważne w jaką rolę ten aktor wchodzi, niemal zawsze na chwilę przedostaje się na zewnątrz ten sam, rozpoznawalny akcent w postaci spojrzenia czy uśmiechu, będący niemalże przebiciem czwartej ściany. Ja im poszło tym razem? Akceptowalnie. Bale dał radę, nie miał jednak dużo do zagrania. Małe 'ale' miałbym do jego akcentu, który brzmiał nieco sztucznie, a miejscami niemal 'po austriacku'. Depp wypadł lepiej niż się spodziewałem, ale nie na tyle dobrze by uwierzyć w autentyczność kreowanej postaci. Raziła nieco komputerowa krew w kilku scenach (jeśli nie była CGI to w takim razie na taką wyglądała, więc żadne to usprawiedliwienie). Zawiódł również montaż. W dwóch scenach, które miały być przedstawione jako ciągłe zauważyłem nagłe cięcia, wyglądało niczym na filmach amatorskich (może to projektor się zaciął? - wątpliwe). Kontunuując wyliczankę. Dźwięki wystrzałów zdecydowanie za głośne. Mogli to jednak trochę stonować, ale przypuszczam że wielu kinomaniaków uwielbia takie atrakcje. Czas chyba przejść do plusów. Bardzo dobra muzyka, budująca klimat, którego to jednak w filmie nie brakuje. Mimo wszystkich powyższych wad, całość broni się jako dobra rozrywka. Kilka scen jest nawet bardzo dobrych, znajdą się również emocje. Film to zrobiony poprawnie, ale potencjał jednak zmarnowany. Choć jestem pewien, że dam mu drugą szansę.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[The Insider (1999)]]></title>
			<link>https://forumkmf.pl/Thread-The-Insider-1999--1277</link>
			<pubDate>Sat, 16 May 2009 01:30:45 +0200</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://forumkmf.pl/Thread-The-Insider-1999--1277</guid>
			<description><![CDATA[<img src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/1/10/The_insider_movie_poster_1999.jpg" border="0" alt="[Obrazek: The_insider_movie_poster_1999.jpg]" /> <br />
<br />
Michael Mann opowiada o władzy. zawsze to robił, ale tym razem robi to w sposób ewidentny. <br />
<br />
scenariusz nie jest specjalnie odkrywczy (opiera się na amerykańskim archetypie, w którym anonimowa jednostka dzielnie stawia czoło żarłocznej korporacji), ale realizatorzy wycisnęli z tej historii ostatnie soki. dante spinotti wzniósł się na wyżyny sztuki operatorskiej, lisa gerrard i peter bourke skomponowali zapierająca dech w piersiach muzykę, a scenarzyści (roth i mann) dali postaciom do gadania kapitalne dialogi. słynne mannowskie męsko-męskie krótkie wymiany zdań stanowią ozdobę "informatora". każdy szczegół konwersacji został uchwycony: wahanie, spontaniczne reakcje, tiki nerwowe, pauzy, tłumiona złość. jednym z powodów, dla których uważam zakładnika za "najsłabszy" film Manna, to właśnie spieprzone dialogowanie: rozwleczone i momentami banalne. w "informatorze" inaczej. 4 lata trzeba było czekać na to, by Mann zabrał się za swój kolejny film. tyle czasu minęło bowiem od premiery Heat. <br />
<br />
niesamowite jest wprowadzenie postaci granej przez russela crowe'a. jeffrey wigand wychodzi z biura, eskortowany wzrokiem przez strażnika w recepcji. zwolnione kadry. zajeżdża pod luksusową posiadłość, rozmawia z żoną, podłącza aparat mającej atak astmatycznej córeczce. wychodzi na dwór, mówi, że został zwolniony. żona zaczyna marudzić o ratach za dom i samochód, nie współczuje, odcina się, potem wystąpi z pozwem o rozwód. suka. wkrótce wszyscy przeprowadzają się do tańszego domu, sprzedają audi, na końcu on trafia do hotelu. sam. w obsadzie są też pacino i christopher plummer, brawurowo wcielający się w role starych dziennikarskich wyjadaczy na froncie. na ich popisy nie będę strzępił języka, bo każdy wie, jakiego kalibru to artyści. w ostatniej pamiętnej scenie filmu pacino opuszcza gmach CBS przez szklane drzwi, wychodzi na ulicę. i znowu zwolnione kadry. miałem wrażenie, jakby ta scena trwała całą wieczność. <br />
<br />
Mann nakręcił dwa filmy, o których bez wahania moge powiedzieć, że są arcydziełami. Insider jest jednym z nich.<br />
<br />
<img src="http://lh4.ggpht.com/_XX-XFwdev7s/RnwVEml9OOI/AAAAAAAAAX8/v2c3Mj5HyXI/1alv.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 1alv.jpg]" /> <br />
<span style="font-size: 20pt;">ludzkość nie wymyśliła jeszcze takiej nagrody, <br />
którą można by uhonorować twórczość pana po prawej</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<img src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/1/10/The_insider_movie_poster_1999.jpg" border="0" alt="[Obrazek: The_insider_movie_poster_1999.jpg]" /> <br />
<br />
Michael Mann opowiada o władzy. zawsze to robił, ale tym razem robi to w sposób ewidentny. <br />
<br />
scenariusz nie jest specjalnie odkrywczy (opiera się na amerykańskim archetypie, w którym anonimowa jednostka dzielnie stawia czoło żarłocznej korporacji), ale realizatorzy wycisnęli z tej historii ostatnie soki. dante spinotti wzniósł się na wyżyny sztuki operatorskiej, lisa gerrard i peter bourke skomponowali zapierająca dech w piersiach muzykę, a scenarzyści (roth i mann) dali postaciom do gadania kapitalne dialogi. słynne mannowskie męsko-męskie krótkie wymiany zdań stanowią ozdobę "informatora". każdy szczegół konwersacji został uchwycony: wahanie, spontaniczne reakcje, tiki nerwowe, pauzy, tłumiona złość. jednym z powodów, dla których uważam zakładnika za "najsłabszy" film Manna, to właśnie spieprzone dialogowanie: rozwleczone i momentami banalne. w "informatorze" inaczej. 4 lata trzeba było czekać na to, by Mann zabrał się za swój kolejny film. tyle czasu minęło bowiem od premiery Heat. <br />
<br />
niesamowite jest wprowadzenie postaci granej przez russela crowe'a. jeffrey wigand wychodzi z biura, eskortowany wzrokiem przez strażnika w recepcji. zwolnione kadry. zajeżdża pod luksusową posiadłość, rozmawia z żoną, podłącza aparat mającej atak astmatycznej córeczce. wychodzi na dwór, mówi, że został zwolniony. żona zaczyna marudzić o ratach za dom i samochód, nie współczuje, odcina się, potem wystąpi z pozwem o rozwód. suka. wkrótce wszyscy przeprowadzają się do tańszego domu, sprzedają audi, na końcu on trafia do hotelu. sam. w obsadzie są też pacino i christopher plummer, brawurowo wcielający się w role starych dziennikarskich wyjadaczy na froncie. na ich popisy nie będę strzępił języka, bo każdy wie, jakiego kalibru to artyści. w ostatniej pamiętnej scenie filmu pacino opuszcza gmach CBS przez szklane drzwi, wychodzi na ulicę. i znowu zwolnione kadry. miałem wrażenie, jakby ta scena trwała całą wieczność. <br />
<br />
Mann nakręcił dwa filmy, o których bez wahania moge powiedzieć, że są arcydziełami. Insider jest jednym z nich.<br />
<br />
<img src="http://lh4.ggpht.com/_XX-XFwdev7s/RnwVEml9OOI/AAAAAAAAAX8/v2c3Mj5HyXI/1alv.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 1alv.jpg]" /> <br />
<span style="font-size: 20pt;">ludzkość nie wymyśliła jeszcze takiej nagrody, <br />
którą można by uhonorować twórczość pana po prawej</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Manhunter (1986) vs Red Dragon (2002)]]></title>
			<link>https://forumkmf.pl/Thread-Manhunter-1986-vs-Red-Dragon-2002--1052</link>
			<pubDate>Tue, 11 Nov 2008 23:12:28 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://forumkmf.pl/Thread-Manhunter-1986-vs-Red-Dragon-2002--1052</guid>
			<description><![CDATA[<img src="http://img91.imageshack.us/img91/5451/manhunterlr2.jpg" border="0" alt="[Obrazek: manhunterlr2.jpg]" /><img src="http://img220.imageshack.us/img220/4150/reddragonur2.jpg" border="0" alt="[Obrazek: reddragonur2.jpg]" /><br />
<br />
Urządziłem sobie double feature aby rozstrzygnąć spór raz na zawsze. Przez lata moje zdanie na ten temat się zmieniło, z początku byłem kierowany sentymentem do wiadomego aktora i postaci która to w nowej wersji jest atrakcyjniejsza, lecz gdy trzeźwym okiem spoglądam na całość moje odczucia całkowicie się zmieniają. W przypadku remaków lubię mieć jasną sytuację i umieć wypowiedzieć się jednoznacznie za jedną bądź drugą stroną. To jest szczególny przypadek i temat bardzo mi bliski, więc postanowiłem przyjrzeć się obu filmom uważniej. Obie strony mają swoje atuty i zalety ale najistotniejszym elementem jest tu to, kto pociąga za sznurki. Po jednej stronie mamy Michaela Manna, szpeca od sensacji, a po drugiej Bretta Ratnera, szpeca od ...no właśnie, komedii sensacyjnych. Nie jestem zbyt dobrze obeznany w filmografii drugiego pana, widziałem tylko skrawki to tego, to tamtego, ale przyznać muszę że komedia After the Sunset wyszła mu całkiem nieźle i nawet mi się podobała. Nie zamierzam się zagłębiać w jego filmy, wystarczy mi tyle ile już widziałem. Dla Ratnera nakręcenie prawdziwego thrillera było niezłą odskocznią od dotychczasowych filmów i nie lada wyzwaniem wczuć się w te klimaty. Co dla Ratnera było egzotyką to dla Manna było chlebem powszednim, ten pan świetnie się czuje w policyjnych opowieściach i nie była to dla niego żadna nowość.<br />
<br />
<img src="http://img515.imageshack.us/img515/9343/76423367hi9.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 76423367hi9.jpg]" /><br />
<br />
W 1986 roku Mann nie mógł się spodziewać Lecteromani i jego film nie jest tak nastawiony na Doktora jak późniejsze. Postać oczywiście odgrywa w filmie ważną rolę, o czym każdy wie, ale nie myślimy o niej tyle i skupiamy się na tym co trzeba. Reżyser nie myślał wtedy o kręceniu filmu o Lecterze, a o klimatycznym thrillerze sensacyjnym. Plan swój konsekwentnie i z powodzeniem wprowadził w życie. Twórca nowej wersji miał trudniejsze zadanie, bo nie wystarczyło tylko nakręcić kolejnego thrillera, dodatkowym zadaniem było zaspokojenie rzeszy Lectero-fanów-maniaków (w tym mnie<img src="https://forumkmf.pl/images/smilies/smile.gif" alt="Uśmiech" title="Uśmiech" class="smilie smilie_1" /> którzy to jeszcze na świeżo, bo nie ochłonęli po ubiegłorocznym Hannibalu czekali tylko na to że Sir Anthony Hopkins będzie dawał czadu textami i uśmieszkami. Z zadania tego się wywiązał bo zadowolił Lecteromaniaków i nakręcił dobry film po prostu. Ja jako szesnastolatek wówczas, wyszedłem z kina zadowolony i po kolejnym seansie ciągle jestem zadowolony. <br />
Co niektórzy zarzucają Hopkinsowi że błaznuje na ekranie, że w porównaniu do Coxa, jego Lecter jest zwyczajnie śmieszny i niepoważny. Inne czasy, inne wymagania, zupełnie odmienna sytuacja. Postać Hannibala-Kanibala została już ukształtowana przez 2 poprzednie filmy i trzeba się było tego trzymać, widzowie byli głodni i chcieli więcej, więc trzeba ich było nakarmić. Hopkins świruje bardziej niż Cox bo i większy nacisk na Lectera tu położono. Przyznaję, że w porównaniu do Coxa, rola Hopkinsa może być przeszarżowana, to po prostu inne podejście do postaci, rozbudowanie jej i pokazanie od innych stron, mnie to nie razi i nie mam tu zarzutów. Przejdźmy teraz do nie mniej interesującej postaci jaką jest Francis Dollarhyde, który w obu filmach został świetnie zagrany. W nowej wersji postać jest bardziej rozbudowana, dowiadujemy się nieco więcej o bohaterze przez co wydaje się on nam ciekawszy i atrakcyjniejszy, ale z kolei oryginał jest bardziej tajemniczy i mroczny. Tom Noonan nie miał tyle pola do popisu co Ralph Fiennes ale swoje zadanie wykonał bezbłędnie. Generalnie to przedstawienia obu panów uważam za zajebiste. Wielką szkodą jest że William Petersen nie zagrał więcej u Michaela Manna, a jeszcze większą szkodą jest to że później nie zagrał już chyba w niczym ciekawym. Na szczęście rok wcześniej zagrał jeszcze u Friedkina i też dał nieźle czadu, ale to występ u Manna jest jego życiową rolą. Z całym szacunkiem dla Edwarda Nortona którego szanuję i wielbię, ale Will Graham w jego wykonaniu, w porównaniu do oryginału jest cipowaty. Ale może to tylko moje wrażenie. Bo generalnie to jest ok, ale traci przy odniesieniu do oryginału. Właściwie to największą wadą Czerwonego Smoka jest to że powstał jako drugi i nie da się uniknąć porównań.<br />
<br />
<img src="http://img55.imageshack.us/img55/7318/39848153gj6.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 39848153gj6.jpg]" /><br />
<br />
Oglądając filmy jeden po drugim łatwiej wyłapać pewne rzeczy, i tak, ja wypatrzyłem 2 łopatologizmy Czerwonego Smoka. To o czym w Łowcy wystarczyło powiedzieć, tutaj należało już pokazać bo współczesny widz nie potrafi sobie tego wyobrazić. Chodzi mi tutaj o 2 sceny: 1.Graham analizując miejsce zbrodni, po szczypcie pudru znalezionego na ciele zamordowanej pani domu domyśla się że Zębowa Wróżka musiał ściągnąć rękawiczkę żeby ją dotknąć. W nowej wersji trzeba było pokazać czynność ściągania rękawiczki żeby wszystko było zrozumiałe jak się to robi. 2.Podczas przeszukiwania celi Lectera trzeba było znaleźć jakiś pretekst na niewzbudzenie podejrzeń Doktora, w rimejku któryś z chłopaków wymyślił żeby wpuścić tam mechanika który będzie udawał że się coś popsuło i wszystko szlag trafił. No i po chwili widzimy wkurwionego mechanika paradującego przed Lecterem, a zupełnie nie było to potrzebne.<br />
<br />
<img src="http://img55.imageshack.us/img55/7320/31373664dh6.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 31373664dh6.jpg]" /><br />
<br />
Muzyka znacznie bardziej odpowiada mi w Manhunterze, naprawdę świetne klimatyczne kawałki z lat 80, moje ulubione to: <span style="font-weight: bold;"><iframe width="640" height="385" src="//www.youtube.com/embed/3b1m-_sI8Is?fs=1&start=" frameborder="0" allowfullscreen></iframe></span> i <span style="font-weight: bold;"><iframe width="640" height="385" src="//www.youtube.com/embed/Iw4fBnSuSI4?fs=1&start=" frameborder="0" allowfullscreen></iframe></span><br />
W Czerwonym Smoku również jest niezła i przyjemna ale jej zadaniem prócz umilania czasu i podkręcania atmosfery było również straszenie. W momentach kiedy film miał straszyć czymś "zza rogu" muzyka owe straszenie wspierała. Ale to jest akurat standard współczesnego kina.<br />
<br />
<img src="http://img139.imageshack.us/img139/1550/22837803og4.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 22837803og4.jpg]" /><br />
<br />
Czerwony Smok może się wydawać, szczególnie współczesnej widowni filmem atrakcyjniejszym i przyjemniejszym, więcej wątków i bardziej rozbudowane postacie to z pewnością dobre atuty ale Łowca jest filmem mroczniejszym i bardziej klimatycznym. Właśnie tym klimatem Manhunter góruje nad swym naśladowcą. Red Dragon to dla Ratnera życiowe osiągnięcie i wyszłoby mu na zdrowie gdyby poszedł dalej w tym kierunku, ale chyba nie czuł się w tym gatunku najlepiej, przyznać mu jednak trzeba że nakręcił świetny film. W tym pojedynku jest przegrany, ale swoje zrobił jak należy. Manhuntera zaliczam do trójki najlepszych filmów Manna, oprócz Ostatniego Mohikanina i Gorączki. <br />
To obowiązkowa pozycja.<br />
<br />
<img src="http://img139.imageshack.us/img139/1218/85094801jk4.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 85094801jk4.jpg]" /><br />
<img src="http://img136.imageshack.us/img136/5270/21311336pz1.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 21311336pz1.jpg]" /><br />
<span style="font-size: 19pt;">Ten pan niestety pojawił się tylko na chwilę.</span><br />
<br />
<br />
Manhunter - 10/10<br />
Red Dragon - 9/10]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<img src="http://img91.imageshack.us/img91/5451/manhunterlr2.jpg" border="0" alt="[Obrazek: manhunterlr2.jpg]" /><img src="http://img220.imageshack.us/img220/4150/reddragonur2.jpg" border="0" alt="[Obrazek: reddragonur2.jpg]" /><br />
<br />
Urządziłem sobie double feature aby rozstrzygnąć spór raz na zawsze. Przez lata moje zdanie na ten temat się zmieniło, z początku byłem kierowany sentymentem do wiadomego aktora i postaci która to w nowej wersji jest atrakcyjniejsza, lecz gdy trzeźwym okiem spoglądam na całość moje odczucia całkowicie się zmieniają. W przypadku remaków lubię mieć jasną sytuację i umieć wypowiedzieć się jednoznacznie za jedną bądź drugą stroną. To jest szczególny przypadek i temat bardzo mi bliski, więc postanowiłem przyjrzeć się obu filmom uważniej. Obie strony mają swoje atuty i zalety ale najistotniejszym elementem jest tu to, kto pociąga za sznurki. Po jednej stronie mamy Michaela Manna, szpeca od sensacji, a po drugiej Bretta Ratnera, szpeca od ...no właśnie, komedii sensacyjnych. Nie jestem zbyt dobrze obeznany w filmografii drugiego pana, widziałem tylko skrawki to tego, to tamtego, ale przyznać muszę że komedia After the Sunset wyszła mu całkiem nieźle i nawet mi się podobała. Nie zamierzam się zagłębiać w jego filmy, wystarczy mi tyle ile już widziałem. Dla Ratnera nakręcenie prawdziwego thrillera było niezłą odskocznią od dotychczasowych filmów i nie lada wyzwaniem wczuć się w te klimaty. Co dla Ratnera było egzotyką to dla Manna było chlebem powszednim, ten pan świetnie się czuje w policyjnych opowieściach i nie była to dla niego żadna nowość.<br />
<br />
<img src="http://img515.imageshack.us/img515/9343/76423367hi9.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 76423367hi9.jpg]" /><br />
<br />
W 1986 roku Mann nie mógł się spodziewać Lecteromani i jego film nie jest tak nastawiony na Doktora jak późniejsze. Postać oczywiście odgrywa w filmie ważną rolę, o czym każdy wie, ale nie myślimy o niej tyle i skupiamy się na tym co trzeba. Reżyser nie myślał wtedy o kręceniu filmu o Lecterze, a o klimatycznym thrillerze sensacyjnym. Plan swój konsekwentnie i z powodzeniem wprowadził w życie. Twórca nowej wersji miał trudniejsze zadanie, bo nie wystarczyło tylko nakręcić kolejnego thrillera, dodatkowym zadaniem było zaspokojenie rzeszy Lectero-fanów-maniaków (w tym mnie<img src="https://forumkmf.pl/images/smilies/smile.gif" alt="Uśmiech" title="Uśmiech" class="smilie smilie_1" /> którzy to jeszcze na świeżo, bo nie ochłonęli po ubiegłorocznym Hannibalu czekali tylko na to że Sir Anthony Hopkins będzie dawał czadu textami i uśmieszkami. Z zadania tego się wywiązał bo zadowolił Lecteromaniaków i nakręcił dobry film po prostu. Ja jako szesnastolatek wówczas, wyszedłem z kina zadowolony i po kolejnym seansie ciągle jestem zadowolony. <br />
Co niektórzy zarzucają Hopkinsowi że błaznuje na ekranie, że w porównaniu do Coxa, jego Lecter jest zwyczajnie śmieszny i niepoważny. Inne czasy, inne wymagania, zupełnie odmienna sytuacja. Postać Hannibala-Kanibala została już ukształtowana przez 2 poprzednie filmy i trzeba się było tego trzymać, widzowie byli głodni i chcieli więcej, więc trzeba ich było nakarmić. Hopkins świruje bardziej niż Cox bo i większy nacisk na Lectera tu położono. Przyznaję, że w porównaniu do Coxa, rola Hopkinsa może być przeszarżowana, to po prostu inne podejście do postaci, rozbudowanie jej i pokazanie od innych stron, mnie to nie razi i nie mam tu zarzutów. Przejdźmy teraz do nie mniej interesującej postaci jaką jest Francis Dollarhyde, który w obu filmach został świetnie zagrany. W nowej wersji postać jest bardziej rozbudowana, dowiadujemy się nieco więcej o bohaterze przez co wydaje się on nam ciekawszy i atrakcyjniejszy, ale z kolei oryginał jest bardziej tajemniczy i mroczny. Tom Noonan nie miał tyle pola do popisu co Ralph Fiennes ale swoje zadanie wykonał bezbłędnie. Generalnie to przedstawienia obu panów uważam za zajebiste. Wielką szkodą jest że William Petersen nie zagrał więcej u Michaela Manna, a jeszcze większą szkodą jest to że później nie zagrał już chyba w niczym ciekawym. Na szczęście rok wcześniej zagrał jeszcze u Friedkina i też dał nieźle czadu, ale to występ u Manna jest jego życiową rolą. Z całym szacunkiem dla Edwarda Nortona którego szanuję i wielbię, ale Will Graham w jego wykonaniu, w porównaniu do oryginału jest cipowaty. Ale może to tylko moje wrażenie. Bo generalnie to jest ok, ale traci przy odniesieniu do oryginału. Właściwie to największą wadą Czerwonego Smoka jest to że powstał jako drugi i nie da się uniknąć porównań.<br />
<br />
<img src="http://img55.imageshack.us/img55/7318/39848153gj6.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 39848153gj6.jpg]" /><br />
<br />
Oglądając filmy jeden po drugim łatwiej wyłapać pewne rzeczy, i tak, ja wypatrzyłem 2 łopatologizmy Czerwonego Smoka. To o czym w Łowcy wystarczyło powiedzieć, tutaj należało już pokazać bo współczesny widz nie potrafi sobie tego wyobrazić. Chodzi mi tutaj o 2 sceny: 1.Graham analizując miejsce zbrodni, po szczypcie pudru znalezionego na ciele zamordowanej pani domu domyśla się że Zębowa Wróżka musiał ściągnąć rękawiczkę żeby ją dotknąć. W nowej wersji trzeba było pokazać czynność ściągania rękawiczki żeby wszystko było zrozumiałe jak się to robi. 2.Podczas przeszukiwania celi Lectera trzeba było znaleźć jakiś pretekst na niewzbudzenie podejrzeń Doktora, w rimejku któryś z chłopaków wymyślił żeby wpuścić tam mechanika który będzie udawał że się coś popsuło i wszystko szlag trafił. No i po chwili widzimy wkurwionego mechanika paradującego przed Lecterem, a zupełnie nie było to potrzebne.<br />
<br />
<img src="http://img55.imageshack.us/img55/7320/31373664dh6.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 31373664dh6.jpg]" /><br />
<br />
Muzyka znacznie bardziej odpowiada mi w Manhunterze, naprawdę świetne klimatyczne kawałki z lat 80, moje ulubione to: <span style="font-weight: bold;"><iframe width="640" height="385" src="//www.youtube.com/embed/3b1m-_sI8Is?fs=1&start=" frameborder="0" allowfullscreen></iframe></span> i <span style="font-weight: bold;"><iframe width="640" height="385" src="//www.youtube.com/embed/Iw4fBnSuSI4?fs=1&start=" frameborder="0" allowfullscreen></iframe></span><br />
W Czerwonym Smoku również jest niezła i przyjemna ale jej zadaniem prócz umilania czasu i podkręcania atmosfery było również straszenie. W momentach kiedy film miał straszyć czymś "zza rogu" muzyka owe straszenie wspierała. Ale to jest akurat standard współczesnego kina.<br />
<br />
<img src="http://img139.imageshack.us/img139/1550/22837803og4.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 22837803og4.jpg]" /><br />
<br />
Czerwony Smok może się wydawać, szczególnie współczesnej widowni filmem atrakcyjniejszym i przyjemniejszym, więcej wątków i bardziej rozbudowane postacie to z pewnością dobre atuty ale Łowca jest filmem mroczniejszym i bardziej klimatycznym. Właśnie tym klimatem Manhunter góruje nad swym naśladowcą. Red Dragon to dla Ratnera życiowe osiągnięcie i wyszłoby mu na zdrowie gdyby poszedł dalej w tym kierunku, ale chyba nie czuł się w tym gatunku najlepiej, przyznać mu jednak trzeba że nakręcił świetny film. W tym pojedynku jest przegrany, ale swoje zrobił jak należy. Manhuntera zaliczam do trójki najlepszych filmów Manna, oprócz Ostatniego Mohikanina i Gorączki. <br />
To obowiązkowa pozycja.<br />
<br />
<img src="http://img139.imageshack.us/img139/1218/85094801jk4.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 85094801jk4.jpg]" /><br />
<img src="http://img136.imageshack.us/img136/5270/21311336pz1.jpg" border="0" alt="[Obrazek: 21311336pz1.jpg]" /><br />
<span style="font-size: 19pt;">Ten pan niestety pojawił się tylko na chwilę.</span><br />
<br />
<br />
Manhunter - 10/10<br />
Red Dragon - 9/10]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Thief (1981)]]></title>
			<link>https://forumkmf.pl/Thread-Thief-1981--968</link>
			<pubDate>Wed, 10 Sep 2008 20:23:10 +0200</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://forumkmf.pl/Thread-Thief-1981--968</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;">I have run out of time. I have lost it all. So I can't work fast enough to catch up. And the only thing that catches me up is doing my magic act.</span><br />
<br />
<img src="http://img233.imageshack.us/img233/278/jamescaaninthiefcopykw7.jpg" border="0" alt="[Obrazek: jamescaaninthiefcopykw7.jpg]" /><br />
<br />
'Thief' nie pozostawia żadnych wątpliwości: Mann zawsze wiedział, o czym chce opowiadać. miał to nagrane od samego początku. zauważyliście, że jego bohaterowie nigdy nie są odpowiedzialni wyłącznie za siebie. wszyscy mają coś do stracenia. nie są to ludzie pogrążeni w czarnej rozpaczy. ich filozofia nie jest filozofią straceńców. zmierzam do tego, że Mannowscy bohaterowie nigdy nie pielgrzymują bez celu, nie są wydziedziczeni, zawsze znajdzie się miejsce (zazwyczaj utożsamiane z kobietą), do którego mogą wrócić i odciąć się od przeszłości. co ciekawe, pomimo posiadania takiego miejsca, pomimo świadomości istnienia azylu, rzadko wracają. nie ulegaj pokusie zemsty - to chyba najgłębsza myśl, jaka wyziera z twórczości Manna. 'Złodziej' przynosi ledwie jej zarys, bardzo nieśmiały szkic, choć jako film jest on dziełem w pełni skończonym. w formie najbardziej dosadnej idea ta zabrzmi dopiero w 'Gorączce' i będzie to mocno niewesternowe postawienie sprawy.  <br />
<br />
'Thief' jest prezentem dla tych, którzy widzą piękno w podmokłych, odrapanych zaułkach, wyłożonych czerwoną cegłą. Caan odgrywa tu wielką rolę. tak naprawdę jedną z niewielu w swojej karierze, którą może określić mianem "wspaniałej". Frank włamuje się do sejfów, kradnie tylko "pewny" towar: diamenty i banknoty. żyje w cieniu (dosłownie i w przenośni), porusza się schodami przeciwpożarowymi, z budynków wychodzi zawsze tymi samymi drzwiami z napisem "emergency exit". jada w barach, na spotkania w interesach umawia się grubo po północy. jego kobieta nie może mieć dziecka, więc "załatwia" jej chłopca, jego mentor, niejaki Okla, umiera w więzieniu na wieńcówkę, więc ten pomaga mu umrzeć na wolności, w szpitalnym łóżku. moja ulubiona scena dzieje się podczas wizyty Franka w pierdlu:  <br />
<br />
Okla: <span style="font-style: italic;">Chcesz sie z nią ożenić, mieć dzieci?</span><br />
Frank: <span style="font-style: italic;">Tak. Ale ona nie wie, co robię. Mam jej wciskać kit czy co?</span><br />
Okla: <span style="font-style: italic;">Kłamstwo nie jest wyjściem. Oszukując ją, wszystko popsujesz. Innych możesz oszukiwać. Kogo, kurwa, obchodzą twoje kłamstwa?</span><br />
<br />
Śmieją się. Nagle Frank poważnieje. <br />
<br />
Frank: <span style="font-style: italic;">Czego potrzebujesz, bracie?</span><br />
<br />
Okla przysuwa twarz do szyby.<br />
<br />
Okla: <span style="font-style: italic;">Wyciągnij mnie stąd.</span><br />
<br />
<img src="http://img90.imageshack.us/img90/8704/saferobbinginthiefqy2.jpg" border="0" alt="[Obrazek: saferobbinginthiefqy2.jpg]" /><br />
<br />
'Thief' to dramat sensacyjny pełną gębą, nakręcony przez faceta, obdarzonego naturalnym talentem do snucia tego rodzaju historii. bez zbędnego banalnego zachwalania - po prostu polecam.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;">I have run out of time. I have lost it all. So I can't work fast enough to catch up. And the only thing that catches me up is doing my magic act.</span><br />
<br />
<img src="http://img233.imageshack.us/img233/278/jamescaaninthiefcopykw7.jpg" border="0" alt="[Obrazek: jamescaaninthiefcopykw7.jpg]" /><br />
<br />
'Thief' nie pozostawia żadnych wątpliwości: Mann zawsze wiedział, o czym chce opowiadać. miał to nagrane od samego początku. zauważyliście, że jego bohaterowie nigdy nie są odpowiedzialni wyłącznie za siebie. wszyscy mają coś do stracenia. nie są to ludzie pogrążeni w czarnej rozpaczy. ich filozofia nie jest filozofią straceńców. zmierzam do tego, że Mannowscy bohaterowie nigdy nie pielgrzymują bez celu, nie są wydziedziczeni, zawsze znajdzie się miejsce (zazwyczaj utożsamiane z kobietą), do którego mogą wrócić i odciąć się od przeszłości. co ciekawe, pomimo posiadania takiego miejsca, pomimo świadomości istnienia azylu, rzadko wracają. nie ulegaj pokusie zemsty - to chyba najgłębsza myśl, jaka wyziera z twórczości Manna. 'Złodziej' przynosi ledwie jej zarys, bardzo nieśmiały szkic, choć jako film jest on dziełem w pełni skończonym. w formie najbardziej dosadnej idea ta zabrzmi dopiero w 'Gorączce' i będzie to mocno niewesternowe postawienie sprawy.  <br />
<br />
'Thief' jest prezentem dla tych, którzy widzą piękno w podmokłych, odrapanych zaułkach, wyłożonych czerwoną cegłą. Caan odgrywa tu wielką rolę. tak naprawdę jedną z niewielu w swojej karierze, którą może określić mianem "wspaniałej". Frank włamuje się do sejfów, kradnie tylko "pewny" towar: diamenty i banknoty. żyje w cieniu (dosłownie i w przenośni), porusza się schodami przeciwpożarowymi, z budynków wychodzi zawsze tymi samymi drzwiami z napisem "emergency exit". jada w barach, na spotkania w interesach umawia się grubo po północy. jego kobieta nie może mieć dziecka, więc "załatwia" jej chłopca, jego mentor, niejaki Okla, umiera w więzieniu na wieńcówkę, więc ten pomaga mu umrzeć na wolności, w szpitalnym łóżku. moja ulubiona scena dzieje się podczas wizyty Franka w pierdlu:  <br />
<br />
Okla: <span style="font-style: italic;">Chcesz sie z nią ożenić, mieć dzieci?</span><br />
Frank: <span style="font-style: italic;">Tak. Ale ona nie wie, co robię. Mam jej wciskać kit czy co?</span><br />
Okla: <span style="font-style: italic;">Kłamstwo nie jest wyjściem. Oszukując ją, wszystko popsujesz. Innych możesz oszukiwać. Kogo, kurwa, obchodzą twoje kłamstwa?</span><br />
<br />
Śmieją się. Nagle Frank poważnieje. <br />
<br />
Frank: <span style="font-style: italic;">Czego potrzebujesz, bracie?</span><br />
<br />
Okla przysuwa twarz do szyby.<br />
<br />
Okla: <span style="font-style: italic;">Wyciągnij mnie stąd.</span><br />
<br />
<img src="http://img90.imageshack.us/img90/8704/saferobbinginthiefqy2.jpg" border="0" alt="[Obrazek: saferobbinginthiefqy2.jpg]" /><br />
<br />
'Thief' to dramat sensacyjny pełną gębą, nakręcony przez faceta, obdarzonego naturalnym talentem do snucia tego rodzaju historii. bez zbędnego banalnego zachwalania - po prostu polecam.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[The Keep (reżyseria... Michael Mann)]]></title>
			<link>https://forumkmf.pl/Thread-The-Keep-re%C5%BCyseria-Michael-Mann--980</link>
			<pubDate>Tue, 05 Aug 2008 02:44:17 +0200</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://forumkmf.pl/Thread-The-Keep-re%C5%BCyseria-Michael-Mann--980</guid>
			<description><![CDATA[<img src="http://img119.imageshack.us/img119/3667/tk212av1.jpg" border="0" alt="[Obrazek: tk212av1.jpg]" /><br />
<span style="font-size: 20pt;">dobre!</span><br />
<br />
zacznijmy od ciekawostki biograficznej, niezwykle istotnej w kontekście postrzegania The Keep. otóż film ów nie jest debiutem Manna na stołku reżyserskim. facet wystartował do wielkiej kariery znakomitym sensacyjnym Thiefem, który ustawiony obok największych czadów tegoż gatunku wcale nie wygląda jak dzieło debiutanta. przeciwnie: Złodziei ukazuje kunszt Manna w pełnym blasku i eksponuje kluczowy dla twórczości reżysera arcymęski motyw wierności zasadom w sytuacjach ekstremalnych. tymczasem The Keep, drugie w kolejności poważne filmowe przedsięwzięcie Manna, tak radykalnie odbiega od jego uniwersum, że bez jaj musiałem dwukrotnie przewijać napisy początkowe, żeby się upewnić, czy przypadkiem nie nakręcił tego jakiś inny Mann z nazwiska. okazało się, że nie - Twierdza faktycznie wyszła spod ręki Manna Michaela, reżysera Heat oraz producenta Crime Story. <br />
<br />
czy film mi się podobał? odpowiem wymijająco: napisanie obiektywnej mini-recki horroru, w którym głównym przeciwnikiem w miarę pozytywnych bohaterów jest zjawa z gorejącymi na czerwono ślepiami, podpada pod niemożliwość. gdzie trzeźwe spojrzenie na scenariusz, gdy na ekranie toczy się nierówna walka żołnierzy z zaświatowym demonem zamieszkującym wschodnioeuropejskie zamczysko? jak tu pisać o aktorstwie czy dialogach, gdy w tle Czyste Zło szturmuje bunkry tudzież inne schrony, gdy przy dźwiękach wystrzeliwanych ostatnich nabojów rozbebeszani są kolejni bohaterowie? definitywnie, diabli biorą wszelki obiektywizm. <br />
<br />
fabuła (będąca przeróbką książki Francisa Paula Wilsona) trąci ponadczasowym kultem i kojarzy się z opowieściami o living dead nazi. oto grupa niemieckich wojaków dostaje rozkaz obrony niewielkiej twierdzy gdzieś na rumuńskim zadupiu. owa twierdza ma ponoć dla nazioli znaczenie strategiczne i musi pozostać we władaniu oficera Woermanna do czasu przybycia posiłków. w tym momencie wchodzi lovecraftowski motyw, który normalnie zjeżył mi kłaki na rękach. jak wynika z ustaleń naszych bohaterów, fort, w którym przyszło im przenocować, zaprojektowany został w celu zatrzymania wroga wewnątrz, a nie odpierania ataków z zewnątrz. jakieś pytania? nie? w takim razie idziemy dalej. kiedy zapada zmrok, przytwierdzone do zamkowych murów krucyfiksy zaczynają emanować srebrną poświatą. wbrew ostrzeżeniom wieśniaków i w tajemnicy przed przełożonymi, paru pazernych niemieckich żołdaków postanawia wyciągnąć ze ściany krzyżyki. następnego ranka ich ciała zostają odnalezione w stanie kompletnie zmasakrowanym. wkrótce trupem padają inni wojacy, a twardziel Woermann mięknie nam w oczach. niestety im dalej w las, tym filmik traci moc i zaczyna solidnie wkurzać. ale jako że miałem dzisiaj dobry dzień, a w pokoju ustawiłem sobie ołtarzyk ze św. obrazkiem reżysera, nie będę kopał Manna po jajach i znęcał się nad jego młodzieńczym dziełem. <br />
<br />
zapytacie, ile Manna w The Keep. już odpowiadam: film jest w ciul mroczny, ciężki i bardzo zasadniczy. w tym sensie wypisz wymaluj Michael Mann: ani grama poczucia humoru, żadnego wentyla bezpieczeństwa. z niezamierzonym komizmem mamy do czynienia dopiero wówczas, gdy pojawia sie szef demonów. jego gumowy uniform to chyba ukłon w stronę Czarnej Laguny. w ogóle efekty specjalne są mocno do dupy. osoby wychowane na vhs-ach poczują się jak w domu. młodsza widownia natomiast wychowana na youtube będzie kręcić nosem. z innych rzeczy typowych dla Manna: klimatyczna muzyka precyzyjnie dopasowana do rytmu danej sceny, permanentna noc, świetlne ornamenty, sadysta w obsadzie (Gabriel Byrne) i to by było na tyle. minusów jest oczywiście od groma, ale jak się rzekło nie będę ich punktował, ponieważ film jako taki był ogólnie fajny w oglądaniu, raz nawet porządnie wystraszył, no i przede wszystkim wstydu reżyserowi nie przyniósł.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<img src="http://img119.imageshack.us/img119/3667/tk212av1.jpg" border="0" alt="[Obrazek: tk212av1.jpg]" /><br />
<span style="font-size: 20pt;">dobre!</span><br />
<br />
zacznijmy od ciekawostki biograficznej, niezwykle istotnej w kontekście postrzegania The Keep. otóż film ów nie jest debiutem Manna na stołku reżyserskim. facet wystartował do wielkiej kariery znakomitym sensacyjnym Thiefem, który ustawiony obok największych czadów tegoż gatunku wcale nie wygląda jak dzieło debiutanta. przeciwnie: Złodziei ukazuje kunszt Manna w pełnym blasku i eksponuje kluczowy dla twórczości reżysera arcymęski motyw wierności zasadom w sytuacjach ekstremalnych. tymczasem The Keep, drugie w kolejności poważne filmowe przedsięwzięcie Manna, tak radykalnie odbiega od jego uniwersum, że bez jaj musiałem dwukrotnie przewijać napisy początkowe, żeby się upewnić, czy przypadkiem nie nakręcił tego jakiś inny Mann z nazwiska. okazało się, że nie - Twierdza faktycznie wyszła spod ręki Manna Michaela, reżysera Heat oraz producenta Crime Story. <br />
<br />
czy film mi się podobał? odpowiem wymijająco: napisanie obiektywnej mini-recki horroru, w którym głównym przeciwnikiem w miarę pozytywnych bohaterów jest zjawa z gorejącymi na czerwono ślepiami, podpada pod niemożliwość. gdzie trzeźwe spojrzenie na scenariusz, gdy na ekranie toczy się nierówna walka żołnierzy z zaświatowym demonem zamieszkującym wschodnioeuropejskie zamczysko? jak tu pisać o aktorstwie czy dialogach, gdy w tle Czyste Zło szturmuje bunkry tudzież inne schrony, gdy przy dźwiękach wystrzeliwanych ostatnich nabojów rozbebeszani są kolejni bohaterowie? definitywnie, diabli biorą wszelki obiektywizm. <br />
<br />
fabuła (będąca przeróbką książki Francisa Paula Wilsona) trąci ponadczasowym kultem i kojarzy się z opowieściami o living dead nazi. oto grupa niemieckich wojaków dostaje rozkaz obrony niewielkiej twierdzy gdzieś na rumuńskim zadupiu. owa twierdza ma ponoć dla nazioli znaczenie strategiczne i musi pozostać we władaniu oficera Woermanna do czasu przybycia posiłków. w tym momencie wchodzi lovecraftowski motyw, który normalnie zjeżył mi kłaki na rękach. jak wynika z ustaleń naszych bohaterów, fort, w którym przyszło im przenocować, zaprojektowany został w celu zatrzymania wroga wewnątrz, a nie odpierania ataków z zewnątrz. jakieś pytania? nie? w takim razie idziemy dalej. kiedy zapada zmrok, przytwierdzone do zamkowych murów krucyfiksy zaczynają emanować srebrną poświatą. wbrew ostrzeżeniom wieśniaków i w tajemnicy przed przełożonymi, paru pazernych niemieckich żołdaków postanawia wyciągnąć ze ściany krzyżyki. następnego ranka ich ciała zostają odnalezione w stanie kompletnie zmasakrowanym. wkrótce trupem padają inni wojacy, a twardziel Woermann mięknie nam w oczach. niestety im dalej w las, tym filmik traci moc i zaczyna solidnie wkurzać. ale jako że miałem dzisiaj dobry dzień, a w pokoju ustawiłem sobie ołtarzyk ze św. obrazkiem reżysera, nie będę kopał Manna po jajach i znęcał się nad jego młodzieńczym dziełem. <br />
<br />
zapytacie, ile Manna w The Keep. już odpowiadam: film jest w ciul mroczny, ciężki i bardzo zasadniczy. w tym sensie wypisz wymaluj Michael Mann: ani grama poczucia humoru, żadnego wentyla bezpieczeństwa. z niezamierzonym komizmem mamy do czynienia dopiero wówczas, gdy pojawia sie szef demonów. jego gumowy uniform to chyba ukłon w stronę Czarnej Laguny. w ogóle efekty specjalne są mocno do dupy. osoby wychowane na vhs-ach poczują się jak w domu. młodsza widownia natomiast wychowana na youtube będzie kręcić nosem. z innych rzeczy typowych dla Manna: klimatyczna muzyka precyzyjnie dopasowana do rytmu danej sceny, permanentna noc, świetlne ornamenty, sadysta w obsadzie (Gabriel Byrne) i to by było na tyle. minusów jest oczywiście od groma, ale jak się rzekło nie będę ich punktował, ponieważ film jako taki był ogólnie fajny w oglądaniu, raz nawet porządnie wystraszył, no i przede wszystkim wstydu reżyserowi nie przyniósł.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Public Enemies (2009)]]></title>
			<link>https://forumkmf.pl/Thread-Public-Enemies-2009--813</link>
			<pubDate>Sun, 23 Mar 2008 13:11:12 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://forumkmf.pl/Thread-Public-Enemies-2009--813</guid>
			<description><![CDATA[pierwsze zdjęcia:<br />
<br />
<a href="http://img99.imageshack.us/img99/2512/columbus001ty2.jpg" target="_blank">http://img99.imageshack.us/img99/2512/columbus001ty2.jpg</a><br />
<a href="http://img99.imageshack.us/img99/8602/columbus009yd4.jpg" target="_blank">http://img99.imageshack.us/img99/8602/columbus009yd4.jpg</a><br />
<a href="http://img99.imageshack.us/img99/201/johnnydeppmoie31782bb6.jpg" target="_blank">http://img99.imageshack.us/img99/201/johnnydeppmoie31782bb6.jpg</a><br />
<a href="http://img81.imageshack.us/img81/9941/johnnydeppmoie31783ux2.jpg" target="_blank">http://img81.imageshack.us/img81/9941/johnnydeppmoie31783ux2.jpg</a><br />
<br />
<a href="http://www.c3ktogo.com/viewer_video/?request_id=646030bf80d512f431ff86ffe47491917a98a2d7ff6106fda0779be2c62c9b98" target="_blank"><span style="font-weight: bold;">krótki filmik z planu</span></a> <br />
czy tylko mnie wkurzają te piszczące lasie? <br />
<br />
cokolwiek wygrzebiecie z netu na temat nowego arcydzieła Manna, zamieszczajcie tutaj, żeby ludność mogła sycić oczy czystym kinem sensacyjnym. <br />
<br />
za zdjęcia odpowiada Dante Spinotti - ten sam człowiek, który tak cudownie sfotografował Heat i The Insidera. <br />
<br />
w rolach głównych wystąpią Christian Bale i Johnny Depp. bez komentarza. Bale zagra gliniarza, Melvina Purvisa, Depp - kolesia okradającego banki, Johna Dillingera.<br />
<br />
role drugoplanowe obsadzone są - co jest zresztą u Manna tradycją - idealnie: zjawiskowa Marion Cotillard (w tym roku dostała rycerza za powalającą kreacje Edith Piaf), Giovanni Ribisi (medyk z Szeregowca - to właśnie jego popisowa partia, kiedy w zrujnowanym kościele opowiada towarzyszom broni o swojej matce, należy do najlepszych momentów w filmie Spielberga) oraz John Ortiz (Yero z Miami Vice i partner Crowe'a w American Gangster).  <br />
<br />
biografie zarówno Dillingera, jak i ścigającego go Purvisa znam niemal na pamięć. wszystkim zainteresowanym polecam znakomitą publikację "The Dillinger Days" pióra Johna Tolanda. Dillinger dysponował wyjątkowo wyczulanym zmysłem ludycznym. jego karnawałowe usposobienie nie miało sobie równych. ci, którzy mieli okazję z nim współpracować, zgodnie twierdzą, że był bardzo rozrywkowym i przyjaznym gościem, ale kiedy okoliczności wymuszały działanie, potrafił wybić do nogi całą rodzinkę celem zdobycia samochodu. Purvis natomiast - będąc podówczas prawa ręką Edgara Hoovera - na widok Dillingera toczył pianę. nienawidził faceta jak zarazy i podążał za nim niczym cień. istnieje kilka wersji mówiących o śmierci Dillingera - prawie wszystkie to legendy. jedna z takich legend głosi, że - tutaj streszczam Kinga* - Purvis dopadł Johnniego w jakimś zaułku i strzelił mu w plecy. Dillinger upadł twarzą w kałuże szczyn i kociego gówna, po czym wymamrotał: "I co wy na to"... a potem umarł. <br />
<br />
Public Enemies to najbardziej oczekiwany film mojego życia. <br />
<br />
* <span style="font-size: 20pt;"><span style="font-style: italic;">Śmierć Jacka Hamiltona</span></span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[pierwsze zdjęcia:<br />
<br />
<a href="http://img99.imageshack.us/img99/2512/columbus001ty2.jpg" target="_blank">http://img99.imageshack.us/img99/2512/columbus001ty2.jpg</a><br />
<a href="http://img99.imageshack.us/img99/8602/columbus009yd4.jpg" target="_blank">http://img99.imageshack.us/img99/8602/columbus009yd4.jpg</a><br />
<a href="http://img99.imageshack.us/img99/201/johnnydeppmoie31782bb6.jpg" target="_blank">http://img99.imageshack.us/img99/201/johnnydeppmoie31782bb6.jpg</a><br />
<a href="http://img81.imageshack.us/img81/9941/johnnydeppmoie31783ux2.jpg" target="_blank">http://img81.imageshack.us/img81/9941/johnnydeppmoie31783ux2.jpg</a><br />
<br />
<a href="http://www.c3ktogo.com/viewer_video/?request_id=646030bf80d512f431ff86ffe47491917a98a2d7ff6106fda0779be2c62c9b98" target="_blank"><span style="font-weight: bold;">krótki filmik z planu</span></a> <br />
czy tylko mnie wkurzają te piszczące lasie? <br />
<br />
cokolwiek wygrzebiecie z netu na temat nowego arcydzieła Manna, zamieszczajcie tutaj, żeby ludność mogła sycić oczy czystym kinem sensacyjnym. <br />
<br />
za zdjęcia odpowiada Dante Spinotti - ten sam człowiek, który tak cudownie sfotografował Heat i The Insidera. <br />
<br />
w rolach głównych wystąpią Christian Bale i Johnny Depp. bez komentarza. Bale zagra gliniarza, Melvina Purvisa, Depp - kolesia okradającego banki, Johna Dillingera.<br />
<br />
role drugoplanowe obsadzone są - co jest zresztą u Manna tradycją - idealnie: zjawiskowa Marion Cotillard (w tym roku dostała rycerza za powalającą kreacje Edith Piaf), Giovanni Ribisi (medyk z Szeregowca - to właśnie jego popisowa partia, kiedy w zrujnowanym kościele opowiada towarzyszom broni o swojej matce, należy do najlepszych momentów w filmie Spielberga) oraz John Ortiz (Yero z Miami Vice i partner Crowe'a w American Gangster).  <br />
<br />
biografie zarówno Dillingera, jak i ścigającego go Purvisa znam niemal na pamięć. wszystkim zainteresowanym polecam znakomitą publikację "The Dillinger Days" pióra Johna Tolanda. Dillinger dysponował wyjątkowo wyczulanym zmysłem ludycznym. jego karnawałowe usposobienie nie miało sobie równych. ci, którzy mieli okazję z nim współpracować, zgodnie twierdzą, że był bardzo rozrywkowym i przyjaznym gościem, ale kiedy okoliczności wymuszały działanie, potrafił wybić do nogi całą rodzinkę celem zdobycia samochodu. Purvis natomiast - będąc podówczas prawa ręką Edgara Hoovera - na widok Dillingera toczył pianę. nienawidził faceta jak zarazy i podążał za nim niczym cień. istnieje kilka wersji mówiących o śmierci Dillingera - prawie wszystkie to legendy. jedna z takich legend głosi, że - tutaj streszczam Kinga* - Purvis dopadł Johnniego w jakimś zaułku i strzelił mu w plecy. Dillinger upadł twarzą w kałuże szczyn i kociego gówna, po czym wymamrotał: "I co wy na to"... a potem umarł. <br />
<br />
Public Enemies to najbardziej oczekiwany film mojego życia. <br />
<br />
* <span style="font-size: 20pt;"><span style="font-style: italic;">Śmierć Jacka Hamiltona</span></span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[The Last of The Mohicans (1992)]]></title>
			<link>https://forumkmf.pl/Thread-The-Last-of-The-Mohicans-1992--812</link>
			<pubDate>Sun, 23 Mar 2008 00:42:34 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://forumkmf.pl/Thread-The-Last-of-The-Mohicans-1992--812</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-weight: bold;">!!!SPOJLERY!!!</span><br />
<br />
Dzieło. Film wielki. Adaptacja książki która przewyższa oryginał. To tak w skrócie, a teraz dokładniej - zmieniono ile się dało, Hawkeye zamiast być rówieśnikiem,  przyjacielem i "bratem" Chingachgooka jest jego przybranym synem. Oczywiście młodszym niż jego ksiązkowy odpowiednik. Zmienili mu nazwisko, zakochuje się, czego w książce nie było. Major Heyward przedstawiony jako wredny typ, któremu głownie małżeństwo z Corą w głowie, do tego na końcu się heroicznie poświęca, podczas gdy w książce ani nie był takim dupkiem, ani nie zginął, zresztą podobnie jak i Munro. Tutaj mieli mniej szczęścia, za to więcej go miała Cora Munro, która zamiast romansować z Unkasem romansuje z naszym głownym bohaterem i lepiej na tym wychodzi kosztem swej młodszej siostry która w książce oczywiście nie zginęła. No i przepadł gdzieś Gamut, czyli postać o komediowym charakterze i w sumie dobrze że przepadł bo nie było tu dla niego miejsca.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">KONIEC SPOJLERÓW</span><br />
<br />
I najciekawsze jest to, że te wszystkie zmiany sprawiają, że film od książki jest po prostu lepszy.<br />
<br />
Do tego dochodzi świetna rola Day-Lewisa oraz jedna z największych atrakcji - muzyka - tu bym się mógł rozpisac, ale już to zrobiłem na stronie w dziale muzyki filmowej więc powiem tylko, że lepszej muzyki filmowej niż to co zrobili Trevor Jones i Randy Edelman nie słyszałem nigdy i wątpię, żebym kiedykolwiek usłyszał. Rewelacyjny motyw przewodni to w tym wypadku tylko jedna z atrakcji, danie głowne mamy na koniec. "Promentory" czyli kawałek, który usłyszymy w finale po prostu miażdży. <br />
<br />
Wielka szkoda, że film ten nie doczekał się wersji reżyserskiej z prawdziwego zdarzenia, bo tzw Director's Expanded Edition, dłuższa od wersji kinowej o 3 minuty z pewnością nie satysfakcjonuje, zwłaszcza, że wycięto z niej trochę dialogów i świetną piosenkę "I Will Find You". <br />
<br />
Tak czy inaczej "Ostatni Mohikanin" to film wspaniały, dopisuję do listy filmów z 10/10 <img src="https://forumkmf.pl/images/smilies/smile.gif" alt="Uśmiech" title="Uśmiech" class="smilie smilie_1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-weight: bold;">!!!SPOJLERY!!!</span><br />
<br />
Dzieło. Film wielki. Adaptacja książki która przewyższa oryginał. To tak w skrócie, a teraz dokładniej - zmieniono ile się dało, Hawkeye zamiast być rówieśnikiem,  przyjacielem i "bratem" Chingachgooka jest jego przybranym synem. Oczywiście młodszym niż jego ksiązkowy odpowiednik. Zmienili mu nazwisko, zakochuje się, czego w książce nie było. Major Heyward przedstawiony jako wredny typ, któremu głownie małżeństwo z Corą w głowie, do tego na końcu się heroicznie poświęca, podczas gdy w książce ani nie był takim dupkiem, ani nie zginął, zresztą podobnie jak i Munro. Tutaj mieli mniej szczęścia, za to więcej go miała Cora Munro, która zamiast romansować z Unkasem romansuje z naszym głownym bohaterem i lepiej na tym wychodzi kosztem swej młodszej siostry która w książce oczywiście nie zginęła. No i przepadł gdzieś Gamut, czyli postać o komediowym charakterze i w sumie dobrze że przepadł bo nie było tu dla niego miejsca.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">KONIEC SPOJLERÓW</span><br />
<br />
I najciekawsze jest to, że te wszystkie zmiany sprawiają, że film od książki jest po prostu lepszy.<br />
<br />
Do tego dochodzi świetna rola Day-Lewisa oraz jedna z największych atrakcji - muzyka - tu bym się mógł rozpisac, ale już to zrobiłem na stronie w dziale muzyki filmowej więc powiem tylko, że lepszej muzyki filmowej niż to co zrobili Trevor Jones i Randy Edelman nie słyszałem nigdy i wątpię, żebym kiedykolwiek usłyszał. Rewelacyjny motyw przewodni to w tym wypadku tylko jedna z atrakcji, danie głowne mamy na koniec. "Promentory" czyli kawałek, który usłyszymy w finale po prostu miażdży. <br />
<br />
Wielka szkoda, że film ten nie doczekał się wersji reżyserskiej z prawdziwego zdarzenia, bo tzw Director's Expanded Edition, dłuższa od wersji kinowej o 3 minuty z pewnością nie satysfakcjonuje, zwłaszcza, że wycięto z niej trochę dialogów i świetną piosenkę "I Will Find You". <br />
<br />
Tak czy inaczej "Ostatni Mohikanin" to film wspaniały, dopisuję do listy filmów z 10/10 <img src="https://forumkmf.pl/images/smilies/smile.gif" alt="Uśmiech" title="Uśmiech" class="smilie smilie_1" />]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Collateral (2004)]]></title>
			<link>https://forumkmf.pl/Thread-Collateral-2004--308</link>
			<pubDate>Tue, 05 Dec 2006 22:00:36 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://forumkmf.pl/Thread-Collateral-2004--308</guid>
			<description><![CDATA[Sporo wâZakładnikuâ psychologicznych nieprawdopodobieństw. Już sam punkt wyjścia scenariusza trąci fantastyką: oto płatny zabójca o ksywce Vincent (dla niekumatych: takie pseudo nosi killer grany przez Cruiseâa) wynajduje sobie na chybił-trafił szofera-taksówkarza (Jamie Foxx), któremu oferuje 600 kafli do ręki w zamian za całonocny kurs po mieście. Taksówkarz nie bez wahania, ale w końcu przystaje na tę lukratywną propozycję. Oczywiście Vincent zataja przed swoim szoferem rzeczywisty cel wycieczki â to chyba jasne. Od razu mówię: gdyby to mi ktoś zamachał przed nosem wachlarzem złożonym ze studolarówek, przyjąłbym podobną ofertę bez ociągania tudzież moralnych rozterek. Problem polega jednak na tym, że ja nie wierzę, by w realnym świecie zawodowy rzeźnik angażował pierwszego lepszego taksówkarza do pomocy przy robocie. Po co komplikować sobie życie? Po co kopać sześć grobów, skoro umowa obejmuje ledwie pięć? To po pierwsze. Druga âgłupotaâ dotyczy sposobu archiwizowania danych przez Vincenta, danych â co warto podkreślić czerwonym pisakiem â o niebagatelnym znaczeniu dla jego zleceniodawców. Zamiast trzymać informacje o swoich ofiarach w głowie, Vincent trzyma je na dysku twardym laptopa. No ludzie, wyobraźcie sobie: płacicie profesjonalnemu killerowi grubą kasę za to, by ten zlikwidował w jedną noc pięciu niewygodnych delikwentów, a on nie raczy nawet zapamiętać ich twarzy, nie mówiąc już o namiarach. Toż to istna bzdura! Pozostając w tych klimatach: niedorzecznością zalatuje też scena, w której taksówkarz porywa się na heroizm i zabiera Vincentowi komputer. Cruise gawędzi sobie z mamusią naszego usłużnego szofera (sceny szpitalne: trochę śmiechu, trochę łez, generalnie, do dupy jest) i jakby na moment zapomina o laptopie. Wtedy właśnie dzielny taksówkarzyna z chronicznym niedowładem woli wpada na genialny plan kradzieży komputera. Zamiary przekuwa w czyn â chwyta teczkę i spierdala po schodach na dach szpitala. Vincent oczywiście rzuca się w pogoń za niesfornym kierowcą. Czując na plecach oddech kata (co za zajebisty frazeologizm), szofer postanawia pozbyć się laptopa. Komputer ostatecznie ląduje na jezdni pod kołami ciężarówki. <br />
<br />
Zahaczam w tym miejscu o kwestię nieprawdopodobieństwa psychologicznego bohaterów âZakładnikaâ. Powiem wam, co ja bym robił, gdybym siedział za kółkiem tej feralnej taksówki, a na tylnim siedzeniu wiózłbym największego rzeźnika w Ameryce. Szczałbym w gacie ze strachu â oto co bym robił. Nie przeszłoby mi przez myśl strugać bohatera i porywać płatnemu zabójcy laptopa. Skupiałbym się na dwu rzeczach: a) jak przeżyć do rana; b) jak nawiać. Ale cóż â jeśli decydujemy się na pomysł współpracy zabójcy z taksówkarzem, musimy się także liczyć z wszelkimi absurdami, które z tej współpracy wypływają. <br />
<br />
O ile sceny szpitalne są, moim zdaniem, po prostu bzdurne i w ogóle nie psują do filmu, o tyle fragment, w którym Foxx podaje się za Vincenta i w asyście napakowanych kiziorów negocjuje odzyskanie utraconych danych, jest absolutnym szczytem niedorzeczności. Foxx daje tu popis swojego pseudoaktorstwa. Żaden tam z niego wybitny artysta. Fakt, że potrafi całkiem zgrabnie markować grę, nie znaczy, iż potrafi grać. Bliżej mu do cyrkowego mima niż prawdziwego aktora. To prawda, że chłopak miał trudne zadanie: sztuką jest wcielić się w postać zwykłego człowieka w niezwykłej sytuacji. W dodatku scenariusz nie ułatwiał mu pracy. No ale bez przesady â istnieją jakieś granice. Nawiasem, dobrze, że chociaż ten kolo, co pozuje na okrutnego i dowcipnego szefa mafii, wysyła za naszym taksówkarzem swoich przybocznych. Inaczej uznałbym całe towarzystwo za kompletnie poronione.<br />
<br />
Ostatnie 15-20 minut filmu to nieprzerwane pasmo nokautującej głupoty. Mann â i to jest z mojej strony najcięższy zarzut pod jego adresem â otóż Mann zupełnie traci kontrolę nad postaciami Vincenta i Maxa. Wszystko, co dzieje się po scenie dachowania taksówki, jest, z góry przepraszam za ordynarne słownictwo, DO-WY-JE-BA-NIA. Max, widać, pozazdrościł wojskowej przeszłości Vincentowi i w jednej chwili z ofermowatego taksówkarza przemienia się w brawurowego komandosa. Metamorfoza nie omija również Vincenta â jemu przypada rola terminatora z toporkiem, który uczepia się mknącego metra niczym tania podróbka superbohatera. Jakim cudem Mann osiągnął taki poziom niezgodności psychologicznej swoich postaci, nie potrafię powiedzieć. Jest to szczególnie dziwne, gdy spojrzy się na maestrię, z jaką parę lat wcześniej poprowadził tandem Pacino â de Niro. Cuchnie tu hollywoodzkim zgniłym kompromisem. Nie chcę się wypowiadać w cudzym imieniu, ale założę się, że wielu z was podczas seansu czuło podskórnie to, co ja â  rozczarowanie. Idealny climax powinien wyglądać następująco: Cruise finalizuje kontrakt, zabija taksówkarza, po czym opuszcza Los Angeles najbliższym samolotem, a panowie policjanci zachodzą w głowę, co się tak naprawdę wydarzyło w tę pamiętną noc w mieście Aniołów (to wymagałoby zupełnie innego poprowadzenia obu postaci â o dialogach za moment). Tymczasem rzeczywiste zakończenie masakruje schematyzmem: Foxx ratuje ukochaną panią prokurator, Vincent ginie z ręki Foxxa, Foxx i pani prokurator odchodzą. Co mogłoby ewentualnie âpolepszyćâ końcowe wrażenie? 1. Pani prokurator ucieka w szpilkach. Gdyby w pośpiechu zrzuciła buty i uciekała na bosaka, uznałbym to za ruch w dobrą stronę. A tak â sposób poruszania się kobiety wręcz razi nieporadnością. Aż się prosi, żeby zdjęła te przeklęte szpile. 2. Końcowe gadulstwo Cruiseâa. Po co, zapytam retorycznie, Vincent przywołuje swoją, skądinąd świetną kwestię o bezdomnym w metrze? Żeby durnym widzom uwypuklić analogię między jego historią z początku filmu, a tym, co aktualnie widzimy? Milcząca śmierć â to byłoby coś. A tak mamy kolejną rysę na już i tak porysowanym zakończeniu. <br />
<br />
Ktoś powie, że się czepiam. Pierdole. W końcu to Michael Mann, jeden z moich ulubionych reżyserów, i w końcu to âZakładnikâ, jeden z najbardziej inspirujących obrazów, jakie widziałem w życiu. Muszę się czepiać. Gdy partacz odstawi fuszerkę, nie ma tematu. Dyskusja zaczyna się dopiero wtedy, gdy nawali prawdziwy mistrz. Ale żeby nie było, że film Manna to zupełna klapa, będę teraz chwalił.  <br />
<br />
Postać Vincenta (z wyjątkiem ostatnich kilkunastu minut) dosłownie rozwala. Vincent pod względem fizycznym pokrywa się w stu procentach z moimi filmowymi wyobrażeniami o płatnym zabójcy. Człowiek po czterdziestce, który karierę w służbach specjalnych porzuca na rzecz bardziej dochodowej posady w sektorze prywatnym. Z postacią graną przez Cruiseâa mogą konkurować jeszcze co najwyżej dwie, trzy osoby: Neil McCauley z âGorączkiâ, Codename 47 i arcymistrz skrytobójstwa â taffer Garrett. Włosy przyprószone siwizną, kilkudniowy zarost, ciemne szkła na nosie, skromny, schludny wygląd, ekonomiczne ruchy â Vincent to chodząca perfekcja. Zakochałem się w tej postaci od pierwszego wejrzenia. Gorzej natomiast z osobowością. Przy całym swym intelektualnym wyrachowaniu i niepospolitej charyzmie, Vincent przejawia niepokojącą skłonność do rozwlekłego filozofowania. Czasami gęba mu się nie zamyka. Po jakiego grzyba wdaje się w te tasiemcowe dysputy z żałosnym taksówkarzyną? Foxx zresztą wcale nie pozostaje w tyle â miejscami pyskuje i mędrkuje lepiej niż jego pasażer. Nie wiem, czy większą winę ponosi za to scenarzysta, który zezwala obu bohaterom na nadmierne gadulstwo, czy Mann, który przed przystąpieniem do zdjęć zaaplikował sobie zbyt dużą dawkę włoskiego kina moralnego niepokoju. Jakoś nie miałem ochoty wysłuchiwać tych wszystkich âżyciówekâ autorstwa panów Cruise'a i Foxxa, choć jednocześnie przyznaję, że parę linijek w ich wykonaniu to autentyczne perełki. Tak czy siak, uważam, że quasi-filozoficznej paplaniny jest ciut za wiele. <br />
 <br />
Co jeszcze in plus? <br />
<br />
Mann nie wartościuje postawy Cruiseâa. Za każdym razem, gdy kochający ludzkość taksówkarz karci Vincenta za amoralność, ten momentalnie zbija jego argumenty, powołując się na własny kodeks etyczny. To jest dobre zagranie ze strony Manna. W przeciwnym wypadku â gdyby tyrady Foxxa wieńczyła cisza â taksówkarskie poglądy na temat moralności uzyskałby status niezachwianych. <br />
<br />
Postać Feniga, tego policjanta z wydziału zabójstw â świetna rola. Bardzo podobała mi się scena odwiedzin w pokoju Ramona tuż po wizycie Vincenta: kapitalna muza w tle, doskonałe prowadzenie kamery. Przede wszystkim jednak w pamięci pozostaje moment zgonu gliniarza â nie spodziewałem się takiej akcji, bardzo niekonwencjonalne posunięcie, zwłaszcza w kontekście tego, co za chwilę nastąpi. Lubię, kiedy okazuje się, że nie ma na świecie kuloodpornych policjantów.   <br />
<br />
Krótko o dwóch najlepszych, według mnie, fragmentach filmu: masakrze w zaułku i sekwencji strzelaniny w klubie. Obydwa łączy megarzeźnicki styl działania Vincenta. Oglądałem je z takim skupieniem na twarzy, jakbym co najmniej śledził popisy Davida Blaineâa. To trzeba po prostu zobaczyć. Perfekcja, z jaką Vincent posługuje się bronią, budzi respekt. Dwa strzały w mostek, jeden w czoło. - âTy, ziomal, to moja teczka?â â âTak. A co? Chciałbyś ją odzyskać?â Bez komentarza. Z kolei napierdalanka w klubie to orgazmotron na najwyższych możliwych obrotach. Ściany wyłożone wielkimi futurystycznymi ekranami, z głośników ulatnia się âRady Steady Goâ Oakenfolda, przez gąszcz tańczących przedziera się Vincent z palcem na spuście (oskarowe ujęcie â panorama pionowa, widzimy zgrabne uda panienek, nagle kobitki rozstępują się, przepuszczając Vincenta), w drugim końcu sali, na ogromnej sofie, siedzi otyły śmierdziel, obstawiony gorylami. Dziwki skaczą po nim jak małe małpki. Krwawa jatka wisi w powietrzu. Ubóstwiam każdy detal tej sekwencji, choć tradycyjnie i tu zauważyłem pewne w sumie nieistotne potknięcie. Trochę prywaty. Niedziela to dla mnie dzień szczególny: wstaję wcześnie rano, coś koło 6:00, i idę z kumplami na małą âstrzelankęâ do lasu (ASG, plastikowe kulki, kolimatory, te klimaty). Strzelamy się do 15:00, po czym wracamy do domów. Zdarza się, że dołącza do nas dwóch gliniarzy. Z pozoru nic specjalnego: zwykłe krawężniki, w dni powszednie patrolują miasto w złomiastym radiowozie. Ale gdy zobaczyłem, jak jeden z nich obchodzi się z repliką Beretki, szczena mi opadła. I już nie chodzi o to, że gość potrafi przeładować broń z zamkniętymi oczami. To banał <img src="https://forumkmf.pl/images/smilies/smile.gif" alt="Uśmiech" title="Uśmiech" class="smilie smilie_1" /> Koleś potrafi przeładować broń, prowadząc ostrzał z karabinu. Wspominam o tym, ponieważ Vincent nie posiadł tej elementarnej umiejętności, znanej harcerzom od wieków. Zwróćcie, proszę, uwagę: przeładowując magazynek, przez sekundę zerka na pistolet, a co za tym idzie â traci z oczu cel. Jako były komandos powinien wiedzieć, że to niedopuszczalna nonszalancja. <br />
<br />
Kojota przebiegającego przez jezdnię zostawiłem sobie na koniec, bo to jest, pnie i panowie, Czysta Metafizyka. Mann w komentarzu do dwudyskowego wydania âZakładnikaâ dewaluuje znaczenie zwierzęcia: âW trakcie zdjęć widzieliśmy kilka kojotów. Chciałem uwiecznić jednego z nich na taśmie. Stąd to ujęcie.â Może tak było, może nie, nie wynikam. Dla mnie ta scena pozostanie najbardziej âodrealnionymâ kawałkiem filmu. Spojrzenie Cruiseâa, muzyka, kolor nieba, ślepia drapieżnika â wszystko tworzy spójną całość. Aż trudno uwierzyć, że zadziałał tu przypadek.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Sporo wâZakładnikuâ psychologicznych nieprawdopodobieństw. Już sam punkt wyjścia scenariusza trąci fantastyką: oto płatny zabójca o ksywce Vincent (dla niekumatych: takie pseudo nosi killer grany przez Cruiseâa) wynajduje sobie na chybił-trafił szofera-taksówkarza (Jamie Foxx), któremu oferuje 600 kafli do ręki w zamian za całonocny kurs po mieście. Taksówkarz nie bez wahania, ale w końcu przystaje na tę lukratywną propozycję. Oczywiście Vincent zataja przed swoim szoferem rzeczywisty cel wycieczki â to chyba jasne. Od razu mówię: gdyby to mi ktoś zamachał przed nosem wachlarzem złożonym ze studolarówek, przyjąłbym podobną ofertę bez ociągania tudzież moralnych rozterek. Problem polega jednak na tym, że ja nie wierzę, by w realnym świecie zawodowy rzeźnik angażował pierwszego lepszego taksówkarza do pomocy przy robocie. Po co komplikować sobie życie? Po co kopać sześć grobów, skoro umowa obejmuje ledwie pięć? To po pierwsze. Druga âgłupotaâ dotyczy sposobu archiwizowania danych przez Vincenta, danych â co warto podkreślić czerwonym pisakiem â o niebagatelnym znaczeniu dla jego zleceniodawców. Zamiast trzymać informacje o swoich ofiarach w głowie, Vincent trzyma je na dysku twardym laptopa. No ludzie, wyobraźcie sobie: płacicie profesjonalnemu killerowi grubą kasę za to, by ten zlikwidował w jedną noc pięciu niewygodnych delikwentów, a on nie raczy nawet zapamiętać ich twarzy, nie mówiąc już o namiarach. Toż to istna bzdura! Pozostając w tych klimatach: niedorzecznością zalatuje też scena, w której taksówkarz porywa się na heroizm i zabiera Vincentowi komputer. Cruise gawędzi sobie z mamusią naszego usłużnego szofera (sceny szpitalne: trochę śmiechu, trochę łez, generalnie, do dupy jest) i jakby na moment zapomina o laptopie. Wtedy właśnie dzielny taksówkarzyna z chronicznym niedowładem woli wpada na genialny plan kradzieży komputera. Zamiary przekuwa w czyn â chwyta teczkę i spierdala po schodach na dach szpitala. Vincent oczywiście rzuca się w pogoń za niesfornym kierowcą. Czując na plecach oddech kata (co za zajebisty frazeologizm), szofer postanawia pozbyć się laptopa. Komputer ostatecznie ląduje na jezdni pod kołami ciężarówki. <br />
<br />
Zahaczam w tym miejscu o kwestię nieprawdopodobieństwa psychologicznego bohaterów âZakładnikaâ. Powiem wam, co ja bym robił, gdybym siedział za kółkiem tej feralnej taksówki, a na tylnim siedzeniu wiózłbym największego rzeźnika w Ameryce. Szczałbym w gacie ze strachu â oto co bym robił. Nie przeszłoby mi przez myśl strugać bohatera i porywać płatnemu zabójcy laptopa. Skupiałbym się na dwu rzeczach: a) jak przeżyć do rana; b) jak nawiać. Ale cóż â jeśli decydujemy się na pomysł współpracy zabójcy z taksówkarzem, musimy się także liczyć z wszelkimi absurdami, które z tej współpracy wypływają. <br />
<br />
O ile sceny szpitalne są, moim zdaniem, po prostu bzdurne i w ogóle nie psują do filmu, o tyle fragment, w którym Foxx podaje się za Vincenta i w asyście napakowanych kiziorów negocjuje odzyskanie utraconych danych, jest absolutnym szczytem niedorzeczności. Foxx daje tu popis swojego pseudoaktorstwa. Żaden tam z niego wybitny artysta. Fakt, że potrafi całkiem zgrabnie markować grę, nie znaczy, iż potrafi grać. Bliżej mu do cyrkowego mima niż prawdziwego aktora. To prawda, że chłopak miał trudne zadanie: sztuką jest wcielić się w postać zwykłego człowieka w niezwykłej sytuacji. W dodatku scenariusz nie ułatwiał mu pracy. No ale bez przesady â istnieją jakieś granice. Nawiasem, dobrze, że chociaż ten kolo, co pozuje na okrutnego i dowcipnego szefa mafii, wysyła za naszym taksówkarzem swoich przybocznych. Inaczej uznałbym całe towarzystwo za kompletnie poronione.<br />
<br />
Ostatnie 15-20 minut filmu to nieprzerwane pasmo nokautującej głupoty. Mann â i to jest z mojej strony najcięższy zarzut pod jego adresem â otóż Mann zupełnie traci kontrolę nad postaciami Vincenta i Maxa. Wszystko, co dzieje się po scenie dachowania taksówki, jest, z góry przepraszam za ordynarne słownictwo, DO-WY-JE-BA-NIA. Max, widać, pozazdrościł wojskowej przeszłości Vincentowi i w jednej chwili z ofermowatego taksówkarza przemienia się w brawurowego komandosa. Metamorfoza nie omija również Vincenta â jemu przypada rola terminatora z toporkiem, który uczepia się mknącego metra niczym tania podróbka superbohatera. Jakim cudem Mann osiągnął taki poziom niezgodności psychologicznej swoich postaci, nie potrafię powiedzieć. Jest to szczególnie dziwne, gdy spojrzy się na maestrię, z jaką parę lat wcześniej poprowadził tandem Pacino â de Niro. Cuchnie tu hollywoodzkim zgniłym kompromisem. Nie chcę się wypowiadać w cudzym imieniu, ale założę się, że wielu z was podczas seansu czuło podskórnie to, co ja â  rozczarowanie. Idealny climax powinien wyglądać następująco: Cruise finalizuje kontrakt, zabija taksówkarza, po czym opuszcza Los Angeles najbliższym samolotem, a panowie policjanci zachodzą w głowę, co się tak naprawdę wydarzyło w tę pamiętną noc w mieście Aniołów (to wymagałoby zupełnie innego poprowadzenia obu postaci â o dialogach za moment). Tymczasem rzeczywiste zakończenie masakruje schematyzmem: Foxx ratuje ukochaną panią prokurator, Vincent ginie z ręki Foxxa, Foxx i pani prokurator odchodzą. Co mogłoby ewentualnie âpolepszyćâ końcowe wrażenie? 1. Pani prokurator ucieka w szpilkach. Gdyby w pośpiechu zrzuciła buty i uciekała na bosaka, uznałbym to za ruch w dobrą stronę. A tak â sposób poruszania się kobiety wręcz razi nieporadnością. Aż się prosi, żeby zdjęła te przeklęte szpile. 2. Końcowe gadulstwo Cruiseâa. Po co, zapytam retorycznie, Vincent przywołuje swoją, skądinąd świetną kwestię o bezdomnym w metrze? Żeby durnym widzom uwypuklić analogię między jego historią z początku filmu, a tym, co aktualnie widzimy? Milcząca śmierć â to byłoby coś. A tak mamy kolejną rysę na już i tak porysowanym zakończeniu. <br />
<br />
Ktoś powie, że się czepiam. Pierdole. W końcu to Michael Mann, jeden z moich ulubionych reżyserów, i w końcu to âZakładnikâ, jeden z najbardziej inspirujących obrazów, jakie widziałem w życiu. Muszę się czepiać. Gdy partacz odstawi fuszerkę, nie ma tematu. Dyskusja zaczyna się dopiero wtedy, gdy nawali prawdziwy mistrz. Ale żeby nie było, że film Manna to zupełna klapa, będę teraz chwalił.  <br />
<br />
Postać Vincenta (z wyjątkiem ostatnich kilkunastu minut) dosłownie rozwala. Vincent pod względem fizycznym pokrywa się w stu procentach z moimi filmowymi wyobrażeniami o płatnym zabójcy. Człowiek po czterdziestce, który karierę w służbach specjalnych porzuca na rzecz bardziej dochodowej posady w sektorze prywatnym. Z postacią graną przez Cruiseâa mogą konkurować jeszcze co najwyżej dwie, trzy osoby: Neil McCauley z âGorączkiâ, Codename 47 i arcymistrz skrytobójstwa â taffer Garrett. Włosy przyprószone siwizną, kilkudniowy zarost, ciemne szkła na nosie, skromny, schludny wygląd, ekonomiczne ruchy â Vincent to chodząca perfekcja. Zakochałem się w tej postaci od pierwszego wejrzenia. Gorzej natomiast z osobowością. Przy całym swym intelektualnym wyrachowaniu i niepospolitej charyzmie, Vincent przejawia niepokojącą skłonność do rozwlekłego filozofowania. Czasami gęba mu się nie zamyka. Po jakiego grzyba wdaje się w te tasiemcowe dysputy z żałosnym taksówkarzyną? Foxx zresztą wcale nie pozostaje w tyle â miejscami pyskuje i mędrkuje lepiej niż jego pasażer. Nie wiem, czy większą winę ponosi za to scenarzysta, który zezwala obu bohaterom na nadmierne gadulstwo, czy Mann, który przed przystąpieniem do zdjęć zaaplikował sobie zbyt dużą dawkę włoskiego kina moralnego niepokoju. Jakoś nie miałem ochoty wysłuchiwać tych wszystkich âżyciówekâ autorstwa panów Cruise'a i Foxxa, choć jednocześnie przyznaję, że parę linijek w ich wykonaniu to autentyczne perełki. Tak czy siak, uważam, że quasi-filozoficznej paplaniny jest ciut za wiele. <br />
 <br />
Co jeszcze in plus? <br />
<br />
Mann nie wartościuje postawy Cruiseâa. Za każdym razem, gdy kochający ludzkość taksówkarz karci Vincenta za amoralność, ten momentalnie zbija jego argumenty, powołując się na własny kodeks etyczny. To jest dobre zagranie ze strony Manna. W przeciwnym wypadku â gdyby tyrady Foxxa wieńczyła cisza â taksówkarskie poglądy na temat moralności uzyskałby status niezachwianych. <br />
<br />
Postać Feniga, tego policjanta z wydziału zabójstw â świetna rola. Bardzo podobała mi się scena odwiedzin w pokoju Ramona tuż po wizycie Vincenta: kapitalna muza w tle, doskonałe prowadzenie kamery. Przede wszystkim jednak w pamięci pozostaje moment zgonu gliniarza â nie spodziewałem się takiej akcji, bardzo niekonwencjonalne posunięcie, zwłaszcza w kontekście tego, co za chwilę nastąpi. Lubię, kiedy okazuje się, że nie ma na świecie kuloodpornych policjantów.   <br />
<br />
Krótko o dwóch najlepszych, według mnie, fragmentach filmu: masakrze w zaułku i sekwencji strzelaniny w klubie. Obydwa łączy megarzeźnicki styl działania Vincenta. Oglądałem je z takim skupieniem na twarzy, jakbym co najmniej śledził popisy Davida Blaineâa. To trzeba po prostu zobaczyć. Perfekcja, z jaką Vincent posługuje się bronią, budzi respekt. Dwa strzały w mostek, jeden w czoło. - âTy, ziomal, to moja teczka?â â âTak. A co? Chciałbyś ją odzyskać?â Bez komentarza. Z kolei napierdalanka w klubie to orgazmotron na najwyższych możliwych obrotach. Ściany wyłożone wielkimi futurystycznymi ekranami, z głośników ulatnia się âRady Steady Goâ Oakenfolda, przez gąszcz tańczących przedziera się Vincent z palcem na spuście (oskarowe ujęcie â panorama pionowa, widzimy zgrabne uda panienek, nagle kobitki rozstępują się, przepuszczając Vincenta), w drugim końcu sali, na ogromnej sofie, siedzi otyły śmierdziel, obstawiony gorylami. Dziwki skaczą po nim jak małe małpki. Krwawa jatka wisi w powietrzu. Ubóstwiam każdy detal tej sekwencji, choć tradycyjnie i tu zauważyłem pewne w sumie nieistotne potknięcie. Trochę prywaty. Niedziela to dla mnie dzień szczególny: wstaję wcześnie rano, coś koło 6:00, i idę z kumplami na małą âstrzelankęâ do lasu (ASG, plastikowe kulki, kolimatory, te klimaty). Strzelamy się do 15:00, po czym wracamy do domów. Zdarza się, że dołącza do nas dwóch gliniarzy. Z pozoru nic specjalnego: zwykłe krawężniki, w dni powszednie patrolują miasto w złomiastym radiowozie. Ale gdy zobaczyłem, jak jeden z nich obchodzi się z repliką Beretki, szczena mi opadła. I już nie chodzi o to, że gość potrafi przeładować broń z zamkniętymi oczami. To banał <img src="https://forumkmf.pl/images/smilies/smile.gif" alt="Uśmiech" title="Uśmiech" class="smilie smilie_1" /> Koleś potrafi przeładować broń, prowadząc ostrzał z karabinu. Wspominam o tym, ponieważ Vincent nie posiadł tej elementarnej umiejętności, znanej harcerzom od wieków. Zwróćcie, proszę, uwagę: przeładowując magazynek, przez sekundę zerka na pistolet, a co za tym idzie â traci z oczu cel. Jako były komandos powinien wiedzieć, że to niedopuszczalna nonszalancja. <br />
<br />
Kojota przebiegającego przez jezdnię zostawiłem sobie na koniec, bo to jest, pnie i panowie, Czysta Metafizyka. Mann w komentarzu do dwudyskowego wydania âZakładnikaâ dewaluuje znaczenie zwierzęcia: âW trakcie zdjęć widzieliśmy kilka kojotów. Chciałem uwiecznić jednego z nich na taśmie. Stąd to ujęcie.â Może tak było, może nie, nie wynikam. Dla mnie ta scena pozostanie najbardziej âodrealnionymâ kawałkiem filmu. Spojrzenie Cruiseâa, muzyka, kolor nieba, ślepia drapieżnika â wszystko tworzy spójną całość. Aż trudno uwierzyć, że zadziałał tu przypadek.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Heat (1995)]]></title>
			<link>https://forumkmf.pl/Thread-Heat-1995--119</link>
			<pubDate>Fri, 12 May 2006 21:11:02 +0200</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://forumkmf.pl/Thread-Heat-1995--119</guid>
			<description><![CDATA[<img src="http://www.mansurahmed.com/wp-content/uploads/2009/01/heat.jpg" border="0" alt="[Obrazek: heat.jpg]" /><br />
<br />
film nie dostała żadnej znaczącej nagrody. nikt, począwszy od amerykańskich krytyków filmowych, poprzez amerykańską publiczność, a na mojej skromnej osobie skończywszy, nikt nie miał prawa spodziewać się, że szare niebo bylejakości kina sensacyjnego lat 90 rozświetli tak wspaniałym blaskiem pomnikowy obraz Michaela Manna. <br />
<br />
heat swoją klasą przewyższa wszystko, co ukazało się w przeciągu ostatnich, dajmy na to, 30 lat, jeśli idzie dramat sensacyjny. niewątpliwie bliżej jej do złotego okresu kina amerykańskiego z przełomu lat 60/70 (to wtedy pojawiły się "Ucieczka gangstera" Peckinpaha, "Bullit", "Francuski łącznik" i inne amerykańskie mega hity) albo ew. do znakomitych produkcji lat 80, takich chociażby jak pierwsza część "Zabójczej broni" czy "To Live and Die in LA". takie filmy nagród nie otrzymują. obrazy tego kalibru dojrzewają, wymagają od widza cierpliwości, ich recepcja rozłożona jest w czasie. a jeśli już zbierają statuetki, to za montaż dźwięku albo inne, nic nieznaczące techniczne szczegóły. ale cóż... publiczność wybacza wszystko, z wyjątkiem geniuszu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<img src="http://www.mansurahmed.com/wp-content/uploads/2009/01/heat.jpg" border="0" alt="[Obrazek: heat.jpg]" /><br />
<br />
film nie dostała żadnej znaczącej nagrody. nikt, począwszy od amerykańskich krytyków filmowych, poprzez amerykańską publiczność, a na mojej skromnej osobie skończywszy, nikt nie miał prawa spodziewać się, że szare niebo bylejakości kina sensacyjnego lat 90 rozświetli tak wspaniałym blaskiem pomnikowy obraz Michaela Manna. <br />
<br />
heat swoją klasą przewyższa wszystko, co ukazało się w przeciągu ostatnich, dajmy na to, 30 lat, jeśli idzie dramat sensacyjny. niewątpliwie bliżej jej do złotego okresu kina amerykańskiego z przełomu lat 60/70 (to wtedy pojawiły się "Ucieczka gangstera" Peckinpaha, "Bullit", "Francuski łącznik" i inne amerykańskie mega hity) albo ew. do znakomitych produkcji lat 80, takich chociażby jak pierwsza część "Zabójczej broni" czy "To Live and Die in LA". takie filmy nagród nie otrzymują. obrazy tego kalibru dojrzewają, wymagają od widza cierpliwości, ich recepcja rozłożona jest w czasie. a jeśli już zbierają statuetki, to za montaż dźwięku albo inne, nic nieznaczące techniczne szczegóły. ale cóż... publiczność wybacza wszystko, z wyjątkiem geniuszu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Miami Vice (2006)]]></title>
			<link>https://forumkmf.pl/Thread-Miami-Vice-2006--130</link>
			<pubDate>Sun, 18 Dec 2005 01:01:22 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://forumkmf.pl/Thread-Miami-Vice-2006--130</guid>
			<description><![CDATA[Szykuje sie znakomity film Panowie.<br />
<br />
<br />
<br />
<OBJECT CLASSID="clsid:02BF25D5-8C17-4B23-BC80-D3488ABDDC6B"<br />
<br />
CODEBASE="http://www.apple.com/qtactivex/qtplugin.cab" height="640" width="425"><br />
<br />
<br />
<PARAM NAME="src" VALUE="http://progressive.stream.aol.com/aol/us/moviefone/movies/2005/miamivice_021727/miamivice_trlr_01_kjhew_dl.mov" >
<PARAM NAME="AutoPlay" VALUE="true" >
<PARAM NAME="Controller" VALUE="false" >
<EMBED SRC="http://progressive.stream.aol.com/aol/us/moviefone/movies/2005/miamivice_021727/miamivice_trlr_01_kjhew_dl.mov" height="350" width="425" TYPE="video/quicktime" PLUGINSPAGE="http://www.apple.com/quicktime/download/" AUTOPLAY="true" CONTROLLER="false" /><br />
</OBJECT><br />
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Szykuje sie znakomity film Panowie.<br />
<br />
<br />
<br />
<OBJECT CLASSID="clsid:02BF25D5-8C17-4B23-BC80-D3488ABDDC6B"<br />
<br />
CODEBASE="http://www.apple.com/qtactivex/qtplugin.cab" height="640" width="425"><br />
<br />
<br />
<PARAM NAME="src" VALUE="http://progressive.stream.aol.com/aol/us/moviefone/movies/2005/miamivice_021727/miamivice_trlr_01_kjhew_dl.mov" >
<PARAM NAME="AutoPlay" VALUE="true" >
<PARAM NAME="Controller" VALUE="false" >
<EMBED SRC="http://progressive.stream.aol.com/aol/us/moviefone/movies/2005/miamivice_021727/miamivice_trlr_01_kjhew_dl.mov" height="350" width="425" TYPE="video/quicktime" PLUGINSPAGE="http://www.apple.com/quicktime/download/" AUTOPLAY="true" CONTROLLER="false" /><br />
</OBJECT><br />
]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>