Stały bywalec
Liczba postów: 3,078
Liczba wątków: 0
A to ja w sumie spodziewałem się, że będzie gorzej. Ale ja mam ogólnie pewną sympatię do takich filmideł, nawet tych ze średniej i niższej półki, typu "Król Skorpion", "Kull Zdobywca", czy choćby stara "Czerwona Sonja", z tym irytującym azjatyckim dzieciakiem. Lubię nawet "Conana" z Momoą, którego oprócz mnie lubi jeszcze chyba tylko Gieferg i już nikt więcej na całym świecie.
Było jasne, że nowa Sonja to nie będzie film na "kinowym poziomie" (jeżeli w ogóle istnieje coś takiego), tylko "film na wieczór w TV Puls". I jest to dokładnie coś takiego, ale, jak dla mnie, oglądalne. Sonja (która jest tutaj Obrończynią Przyrody) nawet wzbudziła moją sympatię - nie jest girlbossem ani Mary Sue, nikim w tym rodzaju.
Ale fakt, że to taki film, który wylatuje z głowy od razu po obejrzeniu. No i jakkolwiek nieźle oglądało mi się sceny dialogowe oraz te, w których Sonja snuje się po lesie przy akompaniamencie rzewnej, zawodzącej muzyki, to już sceny akcji wyraźnie niedomagają - a to przecież tutaj chyba powinno się położyć głównie nacisk, kręcąc film o wojowniczce. A tutaj, no cóż, brakuje jakiegoś pazura w tych walkach. Nie ma nawet w finale właściwie starcia Sonji z głównym złolem (tym wymoczkowatym, który wygląda jak Adam Małysz, jak to ktoś tu kiedyś zauważył) i jego laską.
W ogóle znamienne, że w filmie, którego pierwsza połowa jest zbudowana wokół niewolników zmuszanych do walki na arenie... nie ma ani jednej solidnej sceny walki na arenie. W pewnym momencie twórcy chcieli ten element podkręcić, wpuszczając na arenę cyklopa - ale co to za cyklop! Efekty są totalnie słabe, ruchy cyklopa toporne, a ich zakres taki, że człowiek się zastanawia, jakim cudem on tam w ogóle stwarza jakieś zagrożenie. Potwory Raya Harryhausena wiele dekad temu ruszały się znacznie żwawiej i ogólnie robiły bez porównania lepsze wrażenie.
23-06-2026, 17:11
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23-06-2026, 19:33 przez al_jarid.)
Stały bywalec
Liczba postów: 3,213
Liczba wątków: 28
Ostatnio naszedł mnie smak na heroic fantasy a że w końcu miałem odrobinę czasu postanowiłem sięgnąć po względnie nową, bo wydaną u nas w tym roku powieść „Conan. Krew wężą” S.M. Stirlinga (ur. 1953).
Zapewne wiele osób pamięta piętrzące się półkach księgarń w l. dziewięćdziesiątych książeczki w twardej czarnej oprawie o przygodach Conana. Część z nich była autorstwa samego R.E. Howarda (1906-1936) a część stanowiła… no cóż oględnie można napisać, że miały nierówny poziom. Od całkiem zgrabnych powieści po kompletną grafomanię.
Stirling grafomanem całe szczęście nie jest - ten kanadyjsko-amerykański pisarz zjadł zęby na solidnej rzemieślniczej robocie i zasadniczo nigdy nie schodzi z pewnego poziomu. Jego proza jest wartka i ciekawa, widać też, że jest miłośnikiem historii. Niestety nie oznacza to, że jego conanowska powieść jest wolna od wad, chociażby przez to, że jest prequelem howardowskich „Czerwonych ćwieków” uznawanych za jeden z najlepszych oryginalnych utworów o słynnym Cimmeryjczyku.
W "Krwi wężą”akcja zanosi nas do położonego na południowym pograniczu Stygii miasta Sukhmet. Conan jest tam jednym z najemników Wolnych Ludzi Zaralla – kompani wynajętej przez Stygijczyków do ochrony ich południowej granicy. Ogólnie życie w mieście jest nudne, przeplatane od czasu do czasu bójkami, piciem czy hazardem (kończącym się bójkami). Rutynę tę przerywa przybycie do miasta wojowniczki Valerii, która zaciąga się do służby u Zaralla. Tutaj miały wtręt – Valeria to kultowa postać stworzona przez Howarda, niemal równorzędna bohaterka „Czerwonych ćwieków”. Oczywiście kobieta wojownik w pogranicznym miasteczku na odludziu, wśród różnorakich ludzkich wyrzutków to hmm… niezbyt dobry pomysł. Przekonuje się o tym pewien stygijski arystokrata który usiłuje się do nie dobierać. Upokorzony przez Valerię postanawia się na niej zemścić…
Oczywiście blondwłosa wojowniczka szybko wpada też w oko Conanowi, ten jest jednak daleko bardziej ostrożny. Tymczasem jednak najemnicy otrzymują nowe zadanie – eskortowanie karawany niewolników do położonej na Południu kopalni złota Wedi Shebelli. Gdy w kopalni dochodzi do niewolniczego buntu Conan, Valeria oraz reszta najemników muszą walczyć o przetrwanie krwawego starcia i powrót do Sukhmet. W trakcie odwrotu odnajdują oni również transport stygijskiego złota i… No w sumie nic takiego, bo powieść przez bycie prequelem zmusza do pokierowania akcji ku „Czerwonym ćwiekom”.
Całkiem szkoda, bo do tego momentu książka była całkiem dobra. Striling świetnie opisuje trudne warunki i egzotyczne quasiafrykańskie lokacje przywodząc na myśl Wilbura Smitha czy cykl o Tarzanie. Na plus odnotowuje również mocne urealnienie howardowskiego uniwersum, przez opisy stygijskiej kultury czy też opisy logistycznej kuchni związanej z organizacją karawany. Niestety po tym nigdzie nie prowadzącym przerywniku ze złotem otrzymujemy szczątkową fabułę gdzie Valeria ucieka z miasta a Conan podąża jej śladem zaliczając po drodze trochę side questów.
Ogólnie więc tak ze dwie trzecie książki to solidne siedem na dziesięć, podczas gdy końcówka to już tylko pięć na dziesięć.
Odrębną kwestią jest „ułagodzenie” Conana. To jest, to nadal kawał prostego, ale inteligentnego chłopa, który nie daje sobie w kaszę dmuchać. No chyba, że chodzi o Valerię, która spuszcza go na drzewo jak jakiego nastolatka gdy ten usiłuje do niej smalić cholewki. Ba w książce Conan po upojnej nocy z murzyńską wojowniczką martwi się o… antykoncepcję. Tak, tak to autentyczny dialog z książki:
– Ty się nie boisz...? – Ręką nakreślił ruch nad jej brzuchem.
Irawagbon westchnęła, przewróciła oczami i pacnęła go w ramię.
– Teraz mężczyzna pyta?
No cóż nawet Conan ma prawo obawiać się alimentów…
Przy okazji książka jest całkiem solidnie wydana - arkusze są szyte i klejone a nie tylko klejone, a twarda okładka z całkiem udaną ilustracją może cieszyć oko. Niestety, abstrahując już od kwestii przekładu - ilustrację w środku to już generatywny AI slop, który aż razi chociażby brakiem zachowanych proporcji postaci. Boli to tym bardziej że w oryginalnym wydaniu były czarno-białe ilustracje Roberto de la Torre.
AI slop z wnętrza książki:
Ilustracja Roberta de la Torre z oryginalnego wydania:
![[Obrazek: bdfa18da0dfc98199b83b870083ef170d3aaa76a...5f0d0e83c7]](https://wykop.pl/cdn/c3201142/bdfa18da0dfc98199b83b870083ef170d3aaa76a186ce4f4217047cfddbb2637.jpg?author=Sheckley2&auth=a38d84df54cd9dcbd521ea5f0d0e83c7)
06-09-2026, 14:55
Captain Skullet
Liczba postów: 20,643
Liczba wątków: 128
Cytat:Część z nich była autorstwa samego R.E. Howarda (1906-1936) a część stanowiła… no cóż oględnie można napisać, że miały nierówny poziom.
Czytałem trochę Howarda, czytałem trochę jego kontynuatorów - żadne się nie wyróżniały poziomem - zawsze było najwżej tak se, przeważnie słabo.
06-09-2026, 14:58
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-09-2026, 14:59 przez Gieferg.)
Sympatyczny forumowicz :)
Liczba postów: 4,431
Liczba wątków: 6
Podobnie uważam. Chyba najlepiej z kontynuatorów wypadali de Camp/Carter. Nawet Karl Edward Wagner popełnił - z tego co pamiętam - przynajmniej jednego "Conana" ale słabsze to było wyraźnie od jego własnego "Kane'a".
07-09-2026, 16:20
Captain Skullet
Liczba postów: 20,643
Liczba wątków: 128
Mam na półce jedną z tych czarnych książeczek akurat autorstwa Cartera i De Campa z tym że to jest akurat nowelizacja pierwszego filmu z Arnoldem, gdzie prawie wszystko jest to samo co w filmie choć znajdzie się też kilka różnic.
No i osobiście wolę Thongora od Cartera od jakiegokolwiek Conana.
07-09-2026, 16:35
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-09-2026, 16:38 przez Gieferg.)
Stały bywalec
Liczba postów: 3,213
Liczba wątków: 28
(07-09-2026, 16:20)Rozgdz napisał(a): Podobnie uważam. Chyba najlepiej z kontynuatorów wypadali de Camp/Carter. Nawet Karl Edward Wagner popełnił - z tego co pamiętam - przynajmniej jednego "Conana" ale słabsze to było wyraźnie od jego własnego "Kane'a".
No "Conan. Droga królów" wypadł słabo na tle Kane'a ale całkiem spoko na tle innych powieści z "czarnej serii". Niemniej Wagner najlepszy pastisz Howarda popełnił pisząc o jego mniej znanym bohaterze - Branu Mak Mornie ostatnim królu Piktów walczącym z Rzymianami w czasach Septymiusza Sewera. "Legion from the Shadows" to zajebista powieść lepsza prakycznie od każdej pozycji z "czarnej serii".
A co do Conana to Titan Books po "Krwi węża" ponownie zaczął wydawać ksiązki z tej serii więc Vesper prędzej czy później puści coś u nas.
07-09-2026, 20:48
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-09-2026, 20:48 przez Scheckley.)
Agent Putina
Liczba postów: 4,566
Liczba wątków: 23
Skoro mowa o Mak Mornie, "Worms of the Earth" Howarda to skończone arcydzieło i bodaj ewenement w dziejach literatury - autor tworzący archetyp (heroic fantasy), po czym bezwzględnie go demolujący.
07-09-2026, 23:38
Stały bywalec
Liczba postów: 3,078
Liczba wątków: 0
Trochę prychłem na tę okładkę "Krwi węża", a konkretnie na zaprezentowaną tu wersję polszczyzny. "Postać stworzona przez Robert E. Howard". Jakby Chat GPT im to napisał, on często nie odmienia imion i nazwisk :D
Nie mówiąc o tym, że można by tu pomyśleć, że postacią stworzoną przez Howarda (to jest, przepraszam, stworzoną przez Howard) jest S. M. Stirling.
08-09-2026, 08:51
Stały bywalec
Liczba postów: 3,213
Liczba wątków: 28
Shit to jakaś wczesna wersja okładki - ja mam już egzemplarz taką:
Notabene okładka też raczej przy udziale AI, ale tutaj przynajmniej panu grafikowi się chciało i poprawiał nieco rzeczy przez co nie wygląda tak sztucznie. Oczywiście zgodnie w dobrą tradycją w książce nie ma żadnej sceny gdzie Conan walczy toporem i mieczem :P
08-09-2026, 09:11
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-09-2026, 09:12 przez Scheckley.)
Sympatyczny forumowicz :)
Liczba postów: 4,431
Liczba wątków: 6
Swego czasu wyszedł u nas taki Conan - Jack de Craft, "Pani Śmierć"
.. a pod pseudonimem ukrywał się Jacek Piekara :p Nawet gdzieś czytałem że napisał takiego Conana jakiego sam chciał przeczytać. Nie zrobiło to na mnie większego wrzenia więc nie wiem co miał na myśli :p
08-09-2026, 10:18
Stały bywalec
Liczba postów: 3,213
Liczba wątków: 28
Eee tam Ruskie natrzaskali z kilkadziesiąt takich Conanów:
A tu cały tekst o polskich edycjach Conana:
https://seczytam.blogspot.com/2020/08/conan-z-mizerii-1.html
08-09-2026, 10:24
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-09-2026, 10:24 przez Scheckley.)
Sympatyczny forumowicz :)
Liczba postów: 4,431
Liczba wątków: 6
Fajny materiał. Trochę tych starych książek nawet miałem :p
08-09-2026, 10:33
Stały bywalec
Liczba postów: 3,213
Liczba wątków: 28
Kontynuuje moją tegoroczną przygodę z heroic fantasy i znów zanurzam się się w świat pastiszy R. E. Howarda. Nieco przez mgłę pamiętam moje pierwsze wizyty w lokalnej księgarni gdy byłem dzieckiem, niemniej to co utkwiło mi w pamięci to stosy czarnych książeczek o Conanie wydawanych w latach dziewięćdziesiątych przez wydawnictwo Amber. Teraz jednak naszła mnie ochota by jedną nich przeczytać. Jako, że słyszałem sporo negatywnych opinii o tej serii zerknąłem sobie, która z nich jest najbardziej polecana. W końcu wybór padł na powieść „Conan i skarb Pythonu” Johna Maddoxa Robertsa (1947-2024) i jestem z niej całkiem zadowolony.
W sumie książka Robertsa to bardziej powieść przygodowa w stylu Indiany Jonesa niż heroic fantasy, niemniej ten przygodowy klimat dobrze kontrastuje z utartymi schematami opowieści spod znaku sword and sorcery.
Fabuła zaczyna się w porcie Asgalun gdzie Conan nudzi się w lokalnej karczmie zastanawiając się gdzie teraz rzuci go los. Dośc szybko los objawia się mu w postacie dziwnej trójki Aquilończyków – pochodzącego z podupadłego arystokratycznego rodu Ulifila, jego szwagierki Malii oraz ekscentrycznego uczonego Springalda. Ta niecodzienna grupka szuka brata Ulifila i męża Malii imieniem Marandos, który zaginął jakiś czas temu w Czarnych Królestwach na południe od Stygii. Potrzebny jest im ktoś kto zna wody Czarnego Wybrzeża a tak się składa, że otwartą tajemnicą jest przeszłość Conana na tych wodach jak pirata u boku słynnej królowej piratów Belit. Te czasu to co prawda już przeszłość, ale Conan zna tamtejsze wybrzeże i zgadza się ich tam zabrać – oczywiście za solidną zapłatę.
Razem, nasza grupka na pokładzie statku należącego do vanirskiego kapitana Wulfrede rusza na poszukiwanie Marandosa. Jak się jednak szybko okazuje to nie miłość do męża czy brata tkwi u korzeni tej niecodziennej wyprawy. Marandos szukał bowiem w południowych dżunglach legendarnego skarbu starożytnego królestwa Pythonu, który miał zostać tam zabranych przez uciekinierów z jego stolicy dawno temu. Springald znalazł w starej księdze wskazówki, które miały wskazywać gdzie skarb został ukryty. Nie mający zbytnich perspektyw w Aquilonii Marandos ruszył na wyprawę finansowaną ostatkiem zasobów przez jego starszego brata. Niemniej słuch po nim zaginął gdy po porażce swej pierwszej wyprawy na Południe ruszył tam ponownie tym razem namawiając do sfinansowania drugiej wyprawy tajemniczego stygijskiego kapłana o czym zdązył jeszcze poinformować żonę wysłanym ze stygijskiego portu listem.
I tak zaczynają się „Kopalnie króla Salomona” eee… tzn. „Conan i skarb Pythonu”. Fakt jednak faktem Roberts w twórczy sposób wykorzystał szkielet fabularny słynnej powieści przygodowej H. R. Haggarda z 1885 r. Conan w ujęciu Robertsa to umięśniony Allan Quatermain/ Indiana Jones czy nawet Jack O'Connell z filmu „Mumia”. Niemniej czyta się to całkiem dobrze, jest chemia między postaciami a fabułę urozmaica nibyafrykańska lokacja. Roberts piszę postać Conana w bardziej „cywilizowany” sposób – Cymmeryjczyk jest bardziej wymowny i wykształcony niżby wynikało z utworów Howarda, niemniej spisać to można na karb rosnącego doświadczenia naszego bohatera. Przyznam jednak, że taki sposób kreacji Conana mi nie przeszkadza, a na pewno przypadł mi bardziej do gustu niż ten z niedawno wydanej u nas książki S.M. Stirlina „Conan. Kręw węża”.
Ogólnie książkę polecam nie tylko fanom Conana, ba nie trzeba nawet znać wcześniejszych poświęconych mu utworów. Roberts to solidny rzemieślnik, który potrafi zapewnić miłe chwile rozrywki – zwłaszcza w te jesienne długie wieczory.
08-10-2026, 10:15
|