Big Lebowski
#1
Big Lebowski - pierwszy etap akcji "jarod nadrabia filmografię Coenów". dobre zarówno jako komedia, jak i pastisz filmu noir. spora w tym zasługa Bridgesa, który zagrał karykaturalną, bądź co bądź, postać unikając groteski i aktorskich gierek. Świetne jest również nieustanne robienie wała z widza przyzwyczajonego do nieśmiertelnych noirowych patentów w stylu "a teraz obrysuję pustą kartkę w notesie by zobaczyć, co napisał"
Film ma w moich oczach jedną wadę: trochę za dużo grzybów do tego barszczu naćpali. jakieś 3/4 postaci drugoplanowych (Moore, Turturro, Buscemi itp) można by spokojnie wywalić bez szkody dla fabuły. owszem, są oni wszyscy bardzo zabawni - ale sprawiają wrażenie odrzutów z kilku innych filmów.
7/10
Why are you firing wallnuts at me?

Odpowiedz
#2
wywalic Turturro? Najlepszą scenę filmu? Pogięło Cię? Język
Im częściej na mnie kamieniem rzucicie,
sami złożycie stos - - stanę na szczycie.


Grastroskopia - Bortal dobrze wpływa na trawienie gier


Odpowiedz
#3
Nigdy w życiu bym nie wywalił z tego filmu Turturro. Za nic w świecie, naprawdę. Bo to między innymi on - między niekontrolowanymi wybuchami agresji, bo o tym rozmawiamy - buduje całą opowieść. Nie wiem czy nikt nie dostrzega w tym filmie satyry na L.A. schyłku XX wieku, jechania po poparwności politycznej amerykanów ich stylu życia itd itp. Choćby ten sąsiad, postć zupełnie epizodyczna, który wpadł po zapłatę za mieszkanie, ale jakby mu jego własny amerykański luz - a przecież tak różny od luzu Kolesia zasłuchanego w śpiewie wielorybów - zakazywał się upomnieć, albo taki producent porno - uznana osobistość społeczności plażowej... Dla mnie to są coenowskie jajca w pełni i w pełnej krasie. "Are you employed mr Lebowski?"
http://wearemoviegeeks.com/wp-content/lebowski-time.jpg

Chciałem zwrócić uwagę na to, że te osoby pojawiają się tam nieprzypadkowo. Rozpatrywanie tego filmu jako wariacji na temat kina noir, to jednak duże ograniczenie. Uśmiech

Odpowiedz
#4
Osobiście tak mocno nie reklamowałbym postaci Torturro jako "budującej opowieść" bo występuje on przez minutę może dwie, ale to świetna postać Uśmiech Mocarne są za to teksty Sobchaka, który przy byle okazji jedzie po Donnym, by w końcówce wykazać się piękną hipokryzją.

Big Lebowski to satyra na całe USA. Nie ma w tej opowieści nikogo kto ma normalne nazwisko typu Smith czy Jones Uśmiech Coenowie robią sobie jaja z rdzennych mieszkańców (scena zapisania "zera"). Jest mnóstwo odwołań do kina noir, ale nie brakuje również typowej dla Coenów groteski (lot dywanem nad LA). Świetne role pierwszoplanowe i drugoplanowe powodują, że nie wyciąłbym z tego dzieła ani minuty.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
#5
Nie chodziło mi o samego Turturro (swoją drogą on abardzo przypomina Ala Pacino ze "Scarface", tylko z doczepionym kokainowym tipsem Oczko), ale o wszystkie postaci drugiego planu. Bunny Lebowski ssąca fiuty za 1000$, nihiliści, feministki, geje, lizusowaci sekretarze, multimilionerzy, weterani wojny w Wietnamie, magnaci porno, looserzy i abnegaci pokroju Kolesia i Turturro, jako przedstawiciel mniejszości etnicznych. To wszystko składa się na satyryczną część filmu, buduje opowieść równoległą do tej całej "intrygi kryminalnej".

Odpowiedz
#6
Początkowo rozpatrywałem te epizody Turturro, Stormare itp. jako po prostu gościnny udział znajomych braciszków; ale JB i Snappik mnie przekonali - istotnie może to być zamierzony element satyryczny. w związku z tym zmieniam ocenę na 8/10 i przepraszam za zamieszanie :-)
Why are you firing wallnuts at me?

Odpowiedz
#7
To może białego ruska? :]
fb.com/bart.poznaniak

Odpowiedz
#8
Biały rusek kult!

Może dodam, że ta część "nienoirowa" (intryga w stylu noir w BL zapoczątkowana kradzieżą dywanu jest zresztą tak po coenowemu kretyńska, że aż w ogóle nie jest noir) przedstawiająca portret Ameryki i Amerykanów, a reprezentowana na ekranie przez szereg barwnych postaci była dla mnie zawsze ważniejsza, zabawniejsza itd. Co więcej, gdzy przed laty pierwszy raz oglądałem BL nie miałem pojęcia, że jest to pastisz kina noir, co nie stanęło na przeszkodzie, aby się tym filmem nacieszyć. Mało jest filmów, które by za każdym razem wprowadzały mnie w tak dobry nastrój, jak BL. Nagromadzenie przezabawnych niuansów jest w tym filmie tak wielkie, że jeden raz nie wystarczy.

Zawsze rozwalała mnie ta scena:
- Mam dmuchać na Pani paluszki?
- Sama nie dam rady.
- On nie będzie miał nic przeciwko?
- Ależ skąd! Jest nihilistą.
- To musi być męczące.

Szczęśliwy

Aż się prosi, aby Amerykańce umieścili ten film na liście 100 najzabawniejszych amerykańskich komedii.

Odpowiedz
#9
Druga [po NCFOM] najlepsza rzecz od braci Coen, co nie znaczy, że trzecia, czwarta i dalsza są gorsze, ba! są świetne, choć do Lebowskiego sentyment mam największy. Ta postać i ten film wykracza poza doznania czysto filmowe - Coenowie wyłożyli pewną filozofię egzystencjalną, która polega na nieprzejmowaniu się, czyli wyluzowaniu w tych fragmentach życia, w których wyluzować się wypada; tak prewencyjnie, ot aby uciec przed przedwczesnym zawałem 8) chwytam w mig tę myśl, choć nie stosuję niestety. Fajnie że są tacy kolesie, jak Lebowski. Gdzieś tam. Wyluzowani za nas wszystkich.
Kiedyś tutaj coś ten teges.

Odpowiedz
#10
To jest BARDZO DOBRA recenzja. Już kiedyś ją czytałem. Naprawdę, udało ci się oddać wszystko, co w tym filmie ważne. <ok>

NCFOM z kolei, to mniej więcej środek wśród filmów Coenów uporzadkowanych od najlepszego do najgorszego. Wcale nie jakiś najlepszy.

Odpowiedz
#11
jarod napisał(a):W No Country irytowało mnie to samo co w Milczeniu Owiec: komiksowo (w pejoratywnym znaczeniu tego słowa) przegięta postać killera. Najpierw Coenowie budują fajnie realistyczny klimat, potem wpada facet w kretyńskim uczesaniu i wali twoface'owy monolog o monecie.

A mnie z kolei NCFOM zawiódł nie tym, czym zawiódł ciebie, ale stosunkowo niską zawartością absurdalnego humoru i przerysowania postaci. W "BL", "Hudsucker Proxy" czy "Arizona Junioer" jest tego naprawdę wiele; humoru samego w sobie, jak i tego wynikającego z żonglowania konwencją. Nawet bardziej realistyczne "Fargo" jest naszpikowane miejscami taką groteską i ilością wątków pobocznych, od której ekran wprost rozpada się na kawałki i dzięki czemu co chwila zmienia się punkt patrzenia. Już zdarzało mi się ogladać "Fargo", jak mocny thriller egzystencjalny (po części zblizony tematycznie do "Blood Simple, a po części jako podejmujacy ulubiony chyba temat b. Coen - pieniędzy, chciwości, napędzających spiralę przemocy), a czasami jako komedię, na której nie mogłem się powstrzymać od śmiechu (co było nie na miejscu). Samo już umiejscowienie kina noir w sielskiej scenografii filmów w stylu "historie z życia wziete - rodzinne dramaty", jak i uczynienie z kobiety w ciąży chandlerowskiego detektywa, było kapitalnym pomysłem. I zabawnym. To czego w NCFOM mi zabrakło - zawsze widzę ten film tak samo, jako mocno dołującą historię o znamionach moralitetu. Zabawa gatunkami też ogranicza się tu do niepokazywania momentów dla fabuły kluczowych tudzież ukrywania pod prościutką sensacyjno - westernowską fabułą dramatu egzystencjalnego. Nie odmawiam temu filmowi świetnej reżyserii, ale czegoś w nim mi zabrakło. "BL", to Coenowie, jakich lubię. Ilość zdobytych Oscarów przez NCFOM przypisywałbym raczej temu, że świetnie wpisuje się w tradycję kina amerykańskiego.

Cytat:A co do Big Lebowskiego - od początku podobała mi się relacja Dude - Walter. Wykluczające się ideologie życiowo - społeczne, sprzeczne charaktery - i jednocześnie prawdziwa przyjaźń, taka, która wszystko wybaczy i wszystko wytrzyma. Z jednej strony obaj żyją w swoim własnym wycinku czasu, ignorując wszelkie przemiany, z drugiej - są świadomi tego, że dawne czasy nie wrócą.

Ich rozmowy są świetne. Przykładowo taka:
WS: Co jest kurwa! ... Mówię o wybuchach niekontrolowanej agresji!
D: Chinol naszczał mi na dywan...i moja strata. Więc po co, kurwa, ta gadka?
WS: "Po co gadka?!" Nie chodzi mi o chinola! Mówię o wyznaczaniu granicy,poza którą... I nie Chinol, tylko Amerykanin azjatyckiego pochodzenia, proszę.


W ogóle BL, to kopalnia świetnych scen i tekstów.

Odpowiedz
#12
zawsze mnie rozbraja scena pogrzebu Donniego.

Walter: Donny był dobrym kręglarzem i dobrym człowiekiem. Był jednym z nas. Był człowiekiem, który kochał wypady na miasto... i kręgle, i jako surfer przemierzał plaże Południowej Kalifornii, od La Jolla do Leo Carrillo i... aż do... Pismo. Zmarł, jak wielu młodych ludzi z jego pokolenia, zmarł zbyt wcześnie. W swojej mądrości, Panie, zabrałeś go tak, jak zabrałeś wielu kwitnących młodzieńców w Khe Sanh, w Langdok, na Wzgórzu 364. Ci młodzi ludzie oddali swoje życia. Tak samo, jak Donny. Donny, który kochał kręgle. Tak więc, Theodorze Donaldzie Karabotsos, jak zapewne zapisałbyś w swoim testamencie, powierzamy twoje szczątki doczesne głębinom Pacyfiku, który tak ukochałeś. Dobranoc, słodki książę.

Bo wiadomo kim jest Walter, który przemawia, i kim był Donnie, który został sporoszkowany 8) A później powiał wiatr i... w kinie o mało nie spadłem z fotela ze śmiechu. Genialny film!

Odpowiedz
#13
Glut napisał(a):Ta, jak piszesz, prościutka fabułka to poziom nieosiągalny dla 95% współczesnych reżyserów. : )

Ok, ale jeśli nawet nie każdy (w końcu nie każdy jest obdarzony takim talentem jak bracia i nie każdy ma Rogera Deakinsa w ekipie), to przyznasz, że "prosciutka fabuła" to raczej nie w stylu Coenów, bo jesli nawet w innych filmach jest dość prosta, rozgrywana przykładowo wokół intrygi kryminalnej, to pełna jest wątków niejako dekomponujacych całość, błędnych tropów, tzw. "smaczków". Postaci, dialogi - podobnie zresztą jak w PF Tarantino - sprawiają wrażenie zupełnie nie na miejscu i nikt nie jest do końca tym, kim się wydaje być. To chyba taka ogólniejsza cecha filmu postmodernistycznego.

Cytat:Co do groteski w NCFOM to moim zdaniem występuje ona praktycznie w każdym fragmencie filmu. Tyle że jest bardzo "podskórna", rozłożona po równo na całości utworu.

Wolę jak jest wyraźnie naskórna. Dla przykładu, jedną z moich ulubionych scen "Człowieka, którego nie było" jest ślub we włoskiej rodzinie, podczas której Michael Badalucco ujeżdża świnię. Szczęśliwy

desjudi napisał(a):Bo wiadomo kim jest Walter, który przemawia, i kim był Donnie, który został sporoszkowany

Kim jest Walter wiadomo, ale Donnie jest postacią dość zagadkową - wiadomo o nim tyle, że pomylił Lenina z Lenonem. Szczęśliwy A scena mega!

Odpowiedz
#14
desjudi napisał(a):A później powiał wiatr i...

Jedna z najgenialniejszych scen w filmie. Bracia Coen i humor. Oni w tej dziedzinie są mistrzami.

Odpowiedz
#15
Wszystko zostało napisane, no, prawie...

Warto też wspomnieć awangardowych artystów, enigmatycznego, wszechwiedzącego narratora z teksańskim akcentem - wspomniałem już kiedyś na forum, że to jeden z trzech moich ulubionych filmów amerykańskich?

Dude!
Dyskretny urok burżuazji, Ran, Terminator 2, Big Lebowski, Fanatyk, Cries and whispers, Annie Hall, Eraserhead, Mroczny przedmiot pożądania, Noc na Ziemi, Lot nad kukułczym gniazdem, Capote, Boogie Nights, Zed i dwa zera, Żywot Briana.

Odpowiedz
#16
Akurat narrator był najmniej potrzebny w tym filmie Uśmiech
www.filmweb.pl/user/Azgaroth_2

Odpowiedz
#17
Właśnie że nie. On był bardzo potrzebny, bo również należy do zastępów humoru Coenów. Prosty kowboj z Teksasu... Tylko w LA! Uśmiech
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
#18
Oczywiście, że narrator jest niezbędny. Już pomijam fakt, że Sam Elliot rulz, ale cały cymes w tym, żeby zderzyć ze sobą najbardziej nieprzystające postacie Ameryki. Nikogo bardziej niepodobnego do Kolesia niż ten kowboj, reprezentujący najbardziej konserwatywną, a jednocześnie najbardziej prawdziwą Amerykę, nie dało się znaleźć. I właśnie ten kowboj opowiada historię o pozytywnym bohaterze, Kolesiu -- choć to chodząca antyteza świata, z którego on się wywodzi.
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie

Odpowiedz
#19
Pewnie, że jest niezbędny, a na dodatek jest to kapitalne wprowadzenie. Coenowie przyznają (nie wiem ile w tym prawdy, bo oni lubią w wywiadach sobie pozartować), że wprowadzili narratora do BL ze względu na niepowtarzalny głos Sama Elliota.

W filmach noir również często był narrator, najczęściej pierwszoosobowy, z punktu widzenia głównego szwarcbohatera, ale też czasem - jak w BL - trzecioosobowy (np. w "The Killing" Kubricka). BL również jest swego rodzaju filmem noir, prawda? A więc można tłumaczyć obecność narratora próbą umieszczenia filmu w określonej stylistyce.

Po drugie, narrator, świetnie, już na samym początku wprowadza do opowieści, jako osoba - kowboj z zupełnie innego miejsca buduje odpowiedni dystans (L.A. w BL to przecież taki kolejny świat wykreowany przez Coenów, nie do końca prawdziwy) i - co najważniejsze - wykłada w kilku zdaniach, to co w filmie najważniejsze i jak należy patrzeć na całą historię. Pozwolę sobie zacytować:

Cytat:Na Dalekim Zachodzie żył pewien gość, o którym chcę wam opowiedzieć. Nazywał się Jeff Lebowski. Nazwisko to dostał od kochających rodziców. Ale go nie używał. Ten Lebowski nazywał siebie Koleś. Tam, gdzie mieszkam, nikt sam siebie nie nazwałby Koleś. Ale... Koleś robił różne niezrozumiałe rzeczy. Nie rozumiałem też miasta, w którym mieszkał. Ale może dlatego wydawało mi się interesujące. Los Angeles nazywają Miastem Aniołów. Nie podzielam tego zdania, ale przyznam, że mieszka tam kilku fajnych gości. Nie mogę się pochwalić, że widziałem Londyn. l nigdy nie byłem we Francji. Nigdy nie widziałem królowej w negliżu. Ale coś wam powiem. Los Angeles... i ta historia, którą zaraz wam opowiem...są bardziej zdumiewające niż wszystko, co dotychczas widzieliście lub słyszeliście. Mogę więc umrzeć z uśmiechem na twarzy. Bez poczucia, że dobry Bóg mnie wykiwał. Ta historia działa się na początku lat 90-tych. Jak nasz konflikt z Sadamem i lrakiem. Mówię o tym tylko dlatego, że czasem pojawia się człowiek, nie powiem bohater, bo kim jest bohater? Otóż czasem pojawia się człowiek... l mówię teraz o Kolesiu. Czasem pojawia się ktoś, kto przynależy do swoich czasów i swojego miejsca. Dokładnie tam pasuje. Tak jak Koleś - do Los Angeles.

Odpowiedz
#20
Specyficzna komedia. Wydaje się, że żeby dobrze załapać zamierzenia Coenów trzeba być przede wszystkim Amerykaninem tak jak trzeba być przede wszystkim Polakiem aby rozumieć "Rejs" lub "Misia". Po przeczytaniu nieco o filmie ( min. tu ) dopiero mi się rozjaśniło pod kopułą i należycie doceniłem tę komedię. Widzę już nie tylko pastisz ale także konfrontację typów ludzkich reprezentujących różne warstwy Ameryki. I dlatego to bardzo dobre kino.
L.A. Confidential - 8/10
He liu - 7/10
The Insider - 8/10
Dredd - 6/10
Total Recall ( 2012 ) - 5/10
G.I. Joe: The Rise of Cobra - 5/10


Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości