18-01-2014, 15:52
|
Bioshock?
|
|
Brzydkie te arty (pewnie baaardzo wczesne, i bardzo wstępne, robione w pół godziny), ale widać że chcieli się wiernie trzymać stylistyki gry, co akurat było jedynym słusznym rozwiązaniem.
18-01-2014, 17:29
Możliwy przyczynek do dyskusji:
Infinite ma szalenie przereklamowaną i przekombinowaną fabułę. Ktoś się zgodzi? Przeszedłem w końcu ostatnią część trylogii (1 i 2 uwielbiam) i, cholera, mam wrażenie, że to jeden z największych zawodów, jakie sprawiły mi kiedykolwiek gry. 18-02-2017, 19:47
Przekombinowaną - tak. Przereklamowaną - nie. To najambitniejszy projekt Levine'a i chwilami chwieje się pod ciężarem tej ambicji, ale nawet jego wpadki są bardziej interesujące niż większości scenarzystów gier. Zresztą nawet jak komuś nie pasują te międzywymiarowe kombinacje, to rzecz działa na kilku innych poziomach i ma parę świetnych protagonistów.
A dwójka jest moim zdaniem mierna i ewidentnie doczepiona na siłę - oto Sophia Lamb, tak zajebiście ważna dla historii Rapture, że w ogóle nie wspomina się o niej w jedynce. Lame. 18-02-2017, 20:35
SPOILERY!
Dwójka ma niby najsłabszą (a moim zdaniem - najmniej skomplikowaną) fabułę, ale zarazem nie udaje nie wiadomo jak dojrzałego traktatu sci-fi i biorąc garściami świetne elementy z poprzednika dodatkowo poprawia kilka problemów (mini gierka z hackowaniem, równoczesne używanie plasmidów i broni), słowem - ma najlepszy gameplay z serii. W starciu z jedynką przegrywa na poziomie historii, postaci no i nie wali tak po mordzie, bo zna się już Rapture i efekt "wow" raczej nie występuje. Lubię Levine'a (Thiefa [geniusz!] i System Shocka 2 wręcz wielbię [swoją drogą - jedynym istotnym dla mnie problemem Bioshocka jest wielopoziomowe podobieństwo właśnie do SS2]), ale przy Infinite przekombinował. Na wstępie zaznaczam, że wiedziałem o obecności twistu fabularnego (to znaczy byłem przygotowany, że jakiś będzie, natomiast nie znałem szczegółów), stąd pewnie moje największe rozczarowanie. Bo w Bioshocki generalnie gram dla fabuły (często krytykuje się gameplay tych gier - rozumiem zarzuty, ale ich nie podzielam [aczkolwiek Infinite mnie nudził, pewnie przez uproszczenie rozgrywki] i oczekuję brainfucka. No więc tutaj nie było brainfucka, bo takie rozwiązanie, jakie zaserwowano w epilogu wydawało się najbardziej oczywiste (wiem, brzmię teraz jak te wszystkie internetowe Nostradamusy przewidujące finał filmu po 20 minutach), jeśli uważnie interpretowało się i łączyło w całość podawane skrawki intrygi. Ale ok, to nie jest największym problemem; najbardziej boli, że to jest durne i nieangażujące. Durne, bo oparte na paradoksach (tak często występujących w historiach o podróżach czasowych) i dziurach fabularnych, nieangażujące, bo przez cały ten myk multiwymiarowy kompletnie nie obchodził mnie los postaci. Bo mogą wszystko w każdej możliwej kombinacji. Booker może gwałcić analnie Elizabeth w jednej wersji wydarzeń, w drugiej za wynaleźć lek na raka i stworzyć miasto w kosmosie (wiadomo, there's always a man, there's always a city). Multum możliwości powoduje, że nie jestem w stanie się tym wszystkim emocjonować (to tak, jakby, dla przykładu, w The Thing większość bohaterów była nieśmiertelna, a Cosiek biegałby po śniegu i płakał, że nie może zabijać/zarażać ludzi). Tak więc podczas odkrycia kart miast rwać włosy z głowy i modlić w amoku się do posążka Kena wziąłem z kubek z herbatą z biurka, pociągnąłem spory łyk płynu i odłożyłem kubek na biurko. Tak po mnie spłynęła fabuła Infinite. Ech, a tyle mi ta gra naobiecywała (i znajomi, i recenzje, i internauci)... Piszesz, że Levine ambitnie podszedł do sprawy. Sam nie wiem. Może to porwanie się z motyką na słońce, a może grafomaństwo i pretensjonalność najgorszego sortu. Na tę chwilę skłaniam się ku tej mniej idealistycznej i bardziej wyrachowanej wersji. Ta gra to 10/10 i arcydzieło do momentu nieudanego rzutu piłką (szczyt osiąga w momencie wejścia do Columbii [to Bajoszoki zawsze robiły doskonale - prezentowały ogrom i piękno miasta]). Później wchodzi raczej nudny, uproszczony gameplay z głupimi decyzjami designerskimi i chyba największy bełkot świata na poziomie scenariusza (może z czasem się zdystansuję i wymóżdżę bardziej stonowane stwierdzenie). Swoją drogą ironicznym jest (w pejoratywnym znaczeniu), jak nieistotne są wszystkie "decyzje" stawiane przed graczem w kontekście całego tego gromkopierdnego pieprzenia o wyborach i ich konsekwencjach. 1 > 2 >>> Infinite. W skali 10-cio stopniowej wygląda to tak: mocna 9, solidna 9 i słaba 7. Czas na Burial at Sea. Tym razem przezornie nie stawiam oczekiwań. Możesz rozwinąć to -> "Zresztą nawet jak komuś nie pasują te międzywymiarowe kombinacje, to rzecz działa na kilku innych poziomach i ma parę świetnych protagonistów." Wielopoziomowość widzę w jedynce (z tego też powodu uważam, że jej fabuła to arcydzieło), ale tutaj? 18-02-2017, 21:42
Choćby dzięki osadzeniu w takim a nie innym kontekście historycznym. W jedynce to całe art deco fajnie wyglądało, ale było w grze na zasadzie "bo tak". W Infinite ta groteskowo wyidealizowana, kolonialna wizja w połączeniu z konkretnymi realiami historycznymi w których Booker jest solidnie osadzony (wystawa bitewna to mój ulubiony fragment gry) tworzy spójną i sugestywną całość, która wykracza poza proste "niewolnictwo i rasizm som złe". Nie bez powodu jednym z najbardziej antypatycznych czarnych charakterów w grze jest czarnoskóra kobieta. Dostajemy tu malowniczo koszmarną wizję nie tylko Południa, ale Ameryki jako takiej. To w sumie zdecydowanie bardziej mnie interesowało niż jazdy międzywymiarowe, przy których nie da się nie potknąć.
Zresztą ja z kolei uważam jedynkę za nieco przereklamowaną, tak gameplayowo jak i fabularnie. Mamy tu kilka efektownych chwytów, ale ja osobiście słynny zwrot akcji uważam za dość tani, zwłaszcza przez nieszczęsnego Franka Fontaine i jego Scooby Doo reveal. Serio, czy kogokolwiek obchodzi ten gość? Czy kogokolwiek obchodzi w ogóle co się dzieje w grze po zejściu ze sceny Ryana? Osobiście uważam, że w całej grze nic nie dorównuje części poświęconej Steinmanowi - zdecydowanie najlepszej i najbardziej przekonująco popierdo..nej postaci w jedynce. A to sam początek gry. Potem próbowali czegoś podobnego z Cohenem, ale znowu - wyszło tanio (ojej, jaki szalony morderca-artysta, ileż można). A co do największego bełkotu świata na poziomie scenariusza, to zalecam dla uzyskania stosownej perspektywy Final Fantasy XIII - ale to już inna historia. Infinite - 9, jedynka - 8, dwójka - 6. 18-02-2017, 23:19 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-02-2017, 23:20 przez Paszczak.)
Columbia wygląda jak Disneyland, co nie do końca zazębia się z backgroundem historycznym/obyczajowym, art deco można za to łatwo wytłumaczyć całą tą "misją" Ryana i hordą artystów "na pokładzie", no ale powiedzmy sobie wprost - obydwa miasta są fancy i sexy, bo łatwiej sprzedaż produkt z pocztówkową grafiką. Nic mi tutaj nie przeszkadza, bo te lokacje są po prostu piękne.
Twist z "would you kindly" może i jest oklepany, ale już sposób w jaki zostaje zapodany niszczy system i dodaje grze dodatkową wymiar. Z oceną gry po śmierci Ryana zgodzę się częściowo - zaimplementowano tam ciekawą mechanikę i obdarzono głównego bohatera dobrą motywacją do rozwalenia Fontaine'a. Nie czułem znużenia, grało się równie dobrze. Jedynym problemem była końcowa walka - tutaj rzeczywiście brakło twórcom pomysłów/czasu. Wracając do Infinite - znamienne, że chwalisz wątek poboczny i niejako ganisz główną oś fabuły. Teoria wielu światów to jednak główne danie, a tutaj Levine poległ. Zgadzam się za to, że wątek Vox Populi daje radę (nie idąc w banalny podział źli biali - zniewoleni, bogobojni czarni), również etap w Hall of Heroes uznaję za ulubiony. Szkoda tylko, że ten pierwszy motyw nie wybrzmiewa odpowiednio i służy jako pretekst do pojawienia się kolejnych strzelających przeciwników (no i zawiera w sobie akcję z pójściem po Azjatę i broń oraz przejście do innych wymiarów, czyli moment, w którym fabuła zalicza pierwszy raz glebę), a ten drugi ma chyba subtelnie hintować wielki twist (co czyni, ale nieporadnie). Ale ok-ey, tutaj może czepiam się na wyrost. Kolejny gigantyczny problem - nie czułem więzi z Elizabeth (rozwala mnie wszechobecna podnieta na jej punkcie). Po prostu, spoko jest i tyle. Nie kupuję przemiany Bookera z gościa chcącego spłacić dług do bohaterskiego obrońcy damsel in distress, nie kupuję ich relacji, a podbicie stawki końcowym rozwiązaniem na mnie nie działa. Jeśli miałbym wybrać ulubioną "postać", to wybrałbym dwie (albo trzy, w zależności od podejścia) - ptaka i Lutece & Lutece (jako comic relief), czyli te najmniej ludzkie. W tym zbierającym baty (również za fabułę) Bioshocku 2 był taki Augustus Sinclair, którego los obszedł mnie bardziej niż dowolnego bohatera Infinite. Cholera, ale płaczę. 3 dzień po przejściu, a dalej odczuwam irytację. W cholerę ambiwalentne odczucia, bo i w tym (niewątpliwie) dziele jest masa dobra i w cholerę rzeczy, które kompletnie nie zagrały. Piękna i równocześnie najbardziej przereklamowana gra uniwersum (tego i każdego innego). To mówił Jarząbek. 20-02-2017, 21:12
Nie bylo kiedys tematu o samej grze?
American Krogan dojebal do pieca, szesciogodzinny material w sprawie bioshockowej, antybialej i antyzachodniej propagandy od Pana Kevina Levine: Despite the fact these videos amount to over 6 hours of content, in some ways they just barely scratch the surface of what can be explored and said. That’s because the series taps into a lot of extremely broad and complex historical themes and events. The games themselves are actually not very good, but their narrative designs are highly informative about the 20th century Jewish intellectual milieu and White America’s pathological trajectory. I’ve broken “Part 2” into four Chapters and an Epilogue. To the extent that I cover historical material and events, my intention was not to provide a full breakdown, but rather to show how BioShock weaponizes a carefully curated and one-sided presentation against the player. The central focus of BioShock is the Cycle of Oppression. Ken Levine, the games’ director, takes the player on a journey across time and space, and concludes that historically there are “constants and variables.” White people along with their sense of nationalism and religion are always the prime movers of the Cycle of Oppression, while Jews and people of color are their victims. The latter may periodically engage in immoral behavior, but it is always in response to past oppression inflicted on them. BioShock Infinite uses a meta-design to attack the player both directly and indirectly, stating essentially that iven if the player believes himself to be a good person who consciously adheres to the tenets of the new-age religion of egalitarianism, evil still resides within him waiting to be unleashed. He is in fact the very thing, he believes to be fighting against. In brief, BioShock Infinite conveys the message that the White male gamer’s only path to redemption is death. BIOSHOCK: THE HATRED (CHAPTER 1 OF 4) https://www.bitchute.com/video/8wfVImc4cV00/ BIOSHOCK: THE HATRED (CHAPTER 2 OF 4) https://www.bitchute.com/video/zrJThKvfuJE7/ BIOSHOCK: THE HATRED (CHAPTER 3 OF 4) https://www.bitchute.com/video/8iH6gxKPmKIF/ BIOSHOCK: THE HATRED (CHAPTER 4 OF 4) https://www.bitchute.com/video/K7GozyXSKzWN/
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.
07-02-2022, 03:45
Nie wiem czy chce mi się przebijać przez 6 godzin judeosceptycznego materiału. Tym bardziej, że kolo wydaje się skupiać na Infinite, najsłabszej z serii. Mnie stracił już przy "The games themselves are actually not very good". Możliwe, że mu po prostu nie podeszły, ale jak dla mnie pachnie to już mocno pisaniem pod tezę.
07-02-2022, 09:31
Owszem, robi to pod teze, tak jak Levine pod teze swtorzyl Bioshock :) Kazda akcja powoduje reakcje (ok)
Jezeli gra jest dla niego ostra propaganda to jej grywalnosc ma znaczenie drugorzedne i ja jak najbardziej rozumiem takie "wtracenie", ktore i tak nie ma wiekszego znaczenia przy szesciogodzinnym, naprawde bogatym materiale. Kurcze, malo to dobrych filmow, ktore same w sobie sa dobrym kinem, ale przy okazji takze chamska propaganda i polityczno-swiatopogladowa agitka, ktora powoduje, ze nie da sie czegos ogladac, w zaleznosci od pogladow? No wlasnie :) Sa zreszta filmy, ktore kiedys lubilem, a dzis widze jak sa szkodliwe, nieszczere i propagandowe. Niektore lubie do dzis, a do niektorych pewnie juz nigdy nie wroce, wlasnie z powodu propagandy i przechylu ideologicznego. Bioshock nigdy nie gralem, bardziej ogladalem, gdy byl mega hajp na te gry - cos jak Mental ogladajacy TLOU i choc nie zgadzam sie z wszystkimi podanymi tutaj tezami oraz spotrzezeniami, tak jest tez tutaj cala masa takich, ktore sa absolutnym headshotami.
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.
07-02-2022, 10:01 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-02-2022, 10:22 przez Bucho.)
[twitter]https://twitter.com/NetflixFilm/status/1493631281292267521?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1493631281292267521%7Ctwgr%5Ehb_2_8%7Ctwcon%5Es1_&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.filmweb.pl%2Fnews%2FNetflixprzygotowujefilm22BioShock22-145526[/twitter]
https://www.filmweb.pl/user/Nawrocki/activity
https://letterboxd.com/nawrocki/list/best-movies-of-2020s/ https://letterboxd.com/nawrocki/list/2024-movies/ 15-02-2022, 21:43
Pamiętam, jak miał to robić Verbinski. To przynajmniej mogło być choć trochę interesujące. Już wyobrażam sobie, jak wyjdzie Bioshock przemielony żelazną szczęką Netflixa na papkę.
Przy okazji, w żołądku mi się przewraca jak widzę wiadomy cytat. Z czasem utwierdziłem się w przekonaniu, że szczerze nienawidzę Scooby Doo zwrotu akcji, całego ostatniego aktu i tego podkręcającego wąsa pajaca Fontaine'a. Ta gra umiera jak TLoU2 - zatłuczona kijem do golfa. 15-02-2022, 22:18
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
26-08-2022, 12:00
Czemu kojarzy się z kiepskim Doomem?
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man. 26-08-2022, 14:17
Zgadnijcie w co zacząłem grać pierwszy raz.
Czy poniższe podsumowanie jest sluszne? Bo mam podobne odczucia a bylem wyszedlem dopiero z tego szpitala czyli jestem w 1/6 gry. Czy dalej też łazi sie po takich zamknietych obszarach i robi do konca gry "to samo"? (29-02-2012, 12:41)Joe Chip napisał(a): Mnie Bioshock nie zauroczył. Brawa za kreatywność i sam pomysł na utopijne miasto. Szkoda, że rozgrywka dość jednostajna przez co odczuwałem monotonię. Plusy również za oprawę i klimacik no ale cóż, do zagrania w dwójeczkę mnie zwyczajnie nie ciągnie.
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man. 23-01-2026, 22:25
Tak.
Poza tym szpital to najlepsza część gry, a doktorek to najlepszy antagonista. Potem dostajemy bladą imitację w postaci Sandera Cohena i Fort Frolic. A kiedy przyjmiesz Żel Elektryczny jako swojego Pana i Zbawiciela, gra zamieni się w spacerek po parku. 23-01-2026, 23:59 |
|
|
| Użytkownicy przeglądający ten wątek: |
| 1 gości |






