Kompromis jest wtedy, gdy dwie strony zgadzają się na coś, czego nie chcą. Peckinpah nigdy nie szedł na kompromisy. Aby się o tym przekonać, wystarczy obejrzeć otwierającą film sekwencję. Jest doprawdy mordercza.
Sielankowa sceneria: jeziorko otoczone kwitnąca roślinnością, łabędzie, świergot ptactwa. Na brzegu bajorka siedzi sobie niewiasta w białej sukience, pogrążona w melancholijnym zamyśleniu. Do tejże niewiasty podchodzi służąca. Pochyla się i szepcze jej coś do ucha. Dziewczyna wraca do rzeczywistości, z trudem podnosi się z ziemi. Wysiłek zrozumiały - wszak jest w ósmym miesiącu ciąży. Otrzepawszy sukienkę, ujmuje służącą pod ramię, po czym wspólnie ruszają ku posiadłości położonej na wzniesieniu. Duża meksykańska rezydencja, pokryta warstewką białego tynku. Peckinpah rzadko inwestował w wyrafinowaną symbolikę.
Jak tylko kobieta przekracza próg domostwa, od razu zostaje brutalnie zaciągnięta przed jednoosobowy trybunał. Człowiek po drugiej stronie - lokalny możnowładca - wypytuje o ojca jej dziecka. Jego oczy pałają chęcią odwetu, a słowa wyrażają bezdenną pogardę. Dziewczyna uparcie milczy. Wie, że zdradzając imię ukochanego, wyda na niego wyrok śmierci. Mężczyzna nie wytrzymuje. Przywołuje do siebie dwóch zaufanych ludzi i każe im sprowadzić dziewczynę na kolana. Gdy kobieta klęczy, jeden z przydupasów, na skinienie szefa, łamie jej rękę w łokciu. Odurzona bólem, cała we łzach, dziewczyna wyjawia tajemnicę. Mężczyzna triumfuje - proponuje układ:
I'll pay a million to whoever brings me the head of Afredo Garcia.
Tak rozpoczyna się jedno z najwspanialszych arcydzieł Sama Peckinpaha. Nawiasem dodam, że człowiekiem, który poddał młodą kobietę torturom łamania, był jej ojciec... Peckinpah nigdy nie miał litości dla widza. To chyba najokrutniejszy z reżyserów.
Wild Bunch - poza skalą;
The Getaway - poza skalą;
Pat Garrett & Billy the Kid - 11/10
Straw Dogs - 11/10
Cross of Iron - 10/10
The Ballad of Cable Hogue - 10/10
PS: W 2006 roku Tommy Lee Jones nakręcił znakomity western "The Three Burials of Melquiades Estrada". Wspominam o nim nie bez przyczyny, gdyż skojarzenia z "Bring me the head" są jak najbardziej uprawnione. No i mistrz Barry Pepper w jednej z głównych ról. Gorąco polecam!!!
Powiedzieć, że Peckinpah był Wielki to tak jakby stwierdzić, że Jimi Hendrix potrafił grać na gitarze. Żadne z tych określeń nie oddaje nawet promila z tego kim byli. Geniusz Krwawego Sama porównać można jedynie do ilości kul wystrzelonych w jego filmach. Wild Bunch, Pat Garrett & Billy the Kid, Straw Dogs, Cross of Iron, Bring Me the Head of Alfredo Garcia, Convoy. Żadnego z tych dzieł nie potrafię poddać szkolnej skali ocen. Równie dobrze możecie mnie prosić o to, żebym usiadł na jeżu.
"Przez ciebie zginęło szesnaście osób... W tym jedna cenniejsza niż twoje milion dolarów"- wycedza Bennie i bez wahania strzela do winnego śmierci jego dziewczyny miejscowego bossa. UWAGA! Zabrzmię teraz jak zakichany krytyk: gdzieś pomiędzy słowami głównego bohatera a hukiem wystrzału znajduje się to wszystko za co uwielbiam ten jak i resztę filmów Peckinpaha. Nie chcę dalej brnąć w niebezpieczne rejony i powtarzać to co już powiedziały rzesze przede mną, ale żaden twórca nie kreślił tak wyrazistych postaci- straceńców, outsiderów nie pasujących do reszty otoczenia, ludzi którzy niezłomnie dążą do śmierci.
Warren Oates (swoją drogą jedna z najlepszych kreacji filmowych jakie widziałem) gadający z odrąbaną głową żywcem przypominał mi Dwighta z "Sin City". W tym momencie się wku*wiłem. Sam do końca nie wiem czemu. Chyba najbardziej wkurzyło mnie parodystyczne podejście Rodrigueza do tej sceny. I niech to będzie najlepsze porównanie obrazowania przemocy przez twórcę "Dzikiej Bandy" z tym co dzisiaj widzimy na ekranach.
Cytat:PS: W 2006 roku Tommy Lee Jones nakręcił znakomity western "The Three Burials of Melquiades Estrada". Wspominam o nim nie bez przyczyny, gdyż skojarzenia z "Bring me the head" są jak najbardziej uprawnione. No i mistrz Barry Pepper w jednej z głównych ról. Gorąco polecam!!!
"The Three Burials of Melquiades Estrada" to dla mnie bez dwóch zdań film rewelacyjny. Jednak jeżeli miałbym się do czegoś dopieprzyć to zakończenie. Chodzi mi o Peppera pytającego: "Dasz sobie radę?". Jak dla mnie powinien zakończyć się podobnie do "Pata Garretta...". Tommy Lee Jones w milczeniu odjeżdżający przed siebie nie pozostawiłby żadnej ryski na swoim reżyserskim debiucie.
P.S.
W oczekiwaniu na "The Getaway". McQueen wespół z Peckinpahem musieli stworzyć coś wielkiego.
The Getaway to przygoda mojego życia. Finałowe spotkanie McQueena z bandą przeciwników w meksykańskim hoteliku, to dla mnie jedna z filmowych sekwencji wszech czasów. Oto Mac podąża schodami z żoną, pragnąc ewakuować się z budynku. Nagle szok! Niemal wpada na rozmawiających w hallu rewolwerowców. Szukali go, torturując właściciela hotelu. Mac obrzuca ich pogardliwym spojrzeniem. Chwila zdziwienia. Z trzymanego w dłoni winchestera zjeżdża poszewka i BACH! BACH! pierwsze strzały. To, co chwilę później wydarzy się w tym hoteliku, można porównać jedynie z finałem Dzikiej bandy. Sam Peckinpah uwielbiał takie momenty. Inną perełką jest scena ze złodziejem dworcowym granym przez Richarda Brighta. Ukradnie Macowi walizkę i będzie czuł się bezpiecznie, gdy nagle obok niego ktoś usiądzie...
apone napisał(a):Warren Oates gadający z odrąbaną głową żywcem przypominał mi Dwighta z "Sin City". W tym momencie się wku*wiłem. Sam do końca nie wiem czemu. Chyba najbardziej wkurzyło mnie parodystyczne podejście Rodrigueza do tej sceny.
celne spostrzeżenie. dla młodzieżowych reżyserów gadanie z odrąbaną głową może być wyłącznie śmieszne. pieprzone dupki.
Świeżo po seansie. Z jednej strony zszokowany, z drugiej w stanie lekkiego 'wtf' jestem.
Chodzi mi przede wszystkim o motywację Bennyego w finale. Czemu strzela do bossa? Nie jest on przecież bezpośrednim winowajcą śmierci jego kobiety. Objaw szaleństwa? Możliwe że do stanu w jakim się znajduje po obejrzeniu przyczyniło się TRAGICZNE fanowskie (nielegalnie, złodziejskie) tłumaczenie. Wiele dialogów było absolutnie niezrozumiałych. Jeszcze rzecz o montowaniu strzelanin. Są zazwyczaj robione metodą 'na trzy', spadający w slo-mo trup, ujęcie Bennego walącego do następnego, następny obrywa/nie obrywa, i od początku. Aż trup spadnie. Dosyć frustrujące. Peckinpah jakieś straszliwe ma jazdy ze slow motion. W Dzikiej Bandzie i w BMTHOAG jeszcze to się jakoś ma, ale nie potrafię zrozumieć co nim kierowało gdy 'spowalniał' sceny w Straw Dogs. Chyba taki fetysz. ;)
Widać rękę Sama. Nawet bez końcowego (notabene, kapitalnego) ujęcia lufy Thompsona wiedziałbym kto to nakręcił. To samo poczucie beznadziei, krwi i potu wylewających się z ekranu co przy Straw Dogs i Wild Bunch. Tego stylu nie można pomylić. Głowna rola - mistrzowska. 'Szorstkość odbioru', która sprawia że filmu długo nie zapomnę. Kilka naprawdę mocnych scen.
Bodie: He's a cold motherfucker. Poot: It's a cold world Bodie. Bodie: Thought you said it was getting warmer. Poot: The world goin' one way, people another yo'.
W sumie... To sam sobie odpowiedziałeś na to pytanie.
Mocno spłycając: u Peckinpaha to coś więcej niż odwieczny wybór pomiędzy życiem na kolanach a śmiercią na stojąco. Benny nie mając nic do stracenia doprowadza sprawę do końca. Zabija bossa by móc umrzeć z poczuciem spełnionego obowiązku.
Finał "Bring Me the Head..." to jedna z tych rzeczy, które jak wrzód na tyłku nie dadzą Ci myśleć o niczym innym. Facet ma przed nosem milion zielonych. Większość zabrałaby torbę z kasą i zapomniała o całej sprawie. Tymczasem bohater wygłasza nieśmiertelny cytat o szesnastu osobach i wykańcza wszystkich, którzy mieli coś wspólnego ze śmiercią jego dziewczyny. Tyle.
Cofam większość z tego co powiedziałem po seansie. Im dłużej po obejrzeniu filmu, tym lepiej o nim myślę, wszystko składa się w logiczną całość. Benny i jego zachowania stają się coraz klarowniejsze, chyba drugi raz trzeba będzie obejrzeć. Ma ktoś jakieś sensowne napisy?
Bodie: He's a cold motherfucker. Poot: It's a cold world Bodie. Bodie: Thought you said it was getting warmer. Poot: The world goin' one way, people another yo'.
Mam książkę - zbiór wywiadów, z Alem Pacino. Na pytanie z jakim reżyserem chcialby pracować (a są to wywiady z różnych lat) odpowiada że z Peckinpahem właśnie. Wyobrażacie sobie coś takiego? :)
Bodie: He's a cold motherfucker. Poot: It's a cold world Bodie. Bodie: Thought you said it was getting warmer. Poot: The world goin' one way, people another yo'.
Pozwolę sobie odkopać temat :) Film oczywiście znam i nic mądrego w jego temacie, ani nowego nie powiem. Za to chciałbym zwrócić uwagę na oprawę muzyczną do niego, z którą odpowiada Jerry Fielding. Skomponował on zresztą muzykę do większości (nie wszystkich) filmów Sama Peckinpah. I właśnie na soundtracku do "Bring Me The Head of Alfredo Garcia" znajduje się cudowny utwór pt. "Killer's Raphsody". A zresztą posłuchajcie sami: