VIP
Liczba postów: 7,127
Liczba wątków: 292
Z tego powodu, że Day-Lewis gra niewiele, to niewielu o nim zazwyczaj pamięta. ale gdy już się pojawia to miażdży rywali. Teraz wiadomo - przy okazji "There Will Be Blood" bezkonkurencyjny. Wcześniej - "Gangi Nowego Jorku", w których zniszczył konkurencję (wygrał Adrien Brody za "Pianistę" - dobra rola, ale gdzież jej do Rzeźnika!). jeszcze wcześniej bardzo dobry film Sheridana "The Boxer", w którym również dał niesamowity popis i to w spółce z Emily Watson (najwybitniejsza rola kobieca wszech czasów - "Przełamując fale"). a jeszcze - najjaśniejszy punkt "Czarownic z Salem", genialny występ w świetnym "W imie ojca", "Wiek Niewinności" Scorsese, gdzie również rządził w parze z Pfeiffer. O Mannie i "Ostatnim Mohikaninie" to się Mental pewnie w samych superlatywach wypowie, bo nie dość że film wyśmienity, to i Day-Lewis rewelacyjny. No i "Moja lewa stopa" - aktorski majstersztyk i oczywiście zasłużony Oscar.
Metoda na wyśmienite aktorstwo jest prosta - absolutne wejście w rolę, zespolenie się z odgrywaną postacią na wszelkie możliwe sposoby na wszelkich możliwych poziomach odbioru.
Znalazłem taki oto opis metody Stanisławskiego (bo to do niego głównie odnosi się ten typ aktorstwa, którego przedstawicielem jest Day-Lewis)
Każe się adeptce sztuki komedianckiej zagrać sytuację, w której szuka ona wpiętej w kurtynę szpilki (nie wiadomo w którym miejscu). Dziewczę pokazuje całą gamę min, gestów, westchnień, wściubia nos we fałdy - no po prostu, na dzisiejsze pieniądze, kreskówka Warner Bros.
Następnie każe się dziewczęciu wyjść na zewnętrze. W tem czasie na scenie nie dzieje się zupełnie nic. Prosi się dziewczę ponownie i wciska mu się kit, że przed chwilą w kurtynę naprawdę została wpięta szpilka i że ona kategorycznie musi ją znaleźć, bo to b. ważny test jej zdolności itede. Diewoczka szuka więc - z takim zapałem, tak szczerze i autentycznie, z taką prawdą w oczach i gestach, tak sugestywnie, że oczu od niej oderwać nie można!
Jeśli grasz gangstera - wchodzisz w skórę gangstera, dosłownie i w przenośni, brutalnie spoglądając na rzeczywistość na planie i poza planem. Jesteś bokserem - trenujesz boks, obrywasz po ryju, łamiesz nos i bijesz się na ringu, jeśli jest taka potrzeba. Grasz XIX-wiecznego playboya - wkładasz surdut i sru na miasto rwać laski na romantyczną frazę 8) Masz zamiar grać indianina biegającego po lesie - mieszkasz w lesie z wilkami, jesz w lesie i biegasz po lesie. Masz grać niepełnosprawnego na wózku - nie ruszasz się z fotela, nie używasz nóg, rąk, głowy, czegokolwiek. Masz grać więźnia - idziesz do więzienia. Innymi słowy - aktorstwo to bycie tym, kogo się gra, a nie tylko odgrywanie gestów, mimiki i fizyczności. Aktorstwo to psychologiczny realizm, a nie tylko występ na scenie. Mistrzami tego typu aktorstwa są Day-Lewis, ale i Robert de Niro, Marlon Brando. Stella Adler, posługująca się metodą Stanisławskiego (i pochodnymi), nauczycielka dwóch ostatnich wymienionych, zwykła mówić "We are what we do, not what we say". Coś w tym jest.
![[Obrazek: ddlbutchercw0.jpg]](http://img442.imageshack.us/img442/3984/ddlbutchercw0.jpg)
i ciekawostka o Day-Lewisie z jakiegoś blogu gościa, który zna D-L:
The last time I saw Daniel it was on the sad occasion of his fatherâs memorial service. Once again his appearance was unconventional. His head was shaven clean, he had a gold ring in one ear, and instead of a jacket he had on a silk pajama top, worn open in front to expose his bare abdomen. I couldnât help feeling this was in poor taste under the circumstances, but as everyone present appeared to have agreed to let it go, I decided to follow suit and offer him my condolences. âHah!â he replied. I mentioned that although I had seen little of his father over the last few years, my acquaintance with him had always meant a good deal to me. âWhen my father was a king,â Daniel agreed, âhe was a king who knew exactly what he knew. Et cetera, et cetera, and so forth!â At this point his mother took me aside to explain that they were doing The King and I at Bedales that spring and Daniel had got the lead.
05-03-2008, 13:58
Stały bywalec
Liczba postów: 7,557
Liczba wątków: 50
Jeden z moich ulubionych aktorow. Przy czym od razu podkreslam, ze na aktorow zawsze patrze przez pryzmat poziomu aktorstwa i odtwarzanych postaci. Staram sie nie 'wnikac' w ich osobowosc, bo z tym w rzeczywistosci bywa bardzo roznie, poza tym z informacji prasowych za dobrze sie czlowieka nie pozna. Innymi slowy, zachowuje do aktorow dystans. Nie inaczej jest w przypadku Day Lewisa. Wybitny artysta, ktorego robote podziwiam. W przeciwienstwie jednak do Desjudiego mam jednak mieszany, a w kazdym razie daleki od zachwytu stosunek do tego calego wcielania sie przez niego w skore odtwarzanej postaci, a wiec do metody Stanislawskiego w wykonaniu Day-Lewisa. Tak sobie czytam ciekawostki o aktorze i oto co wylapuje:
Przygotowując się do roli "Ostatnim Mohikaninie" Daniel zapisał się na kurs strzelecki i biegał kilkometrami ze strzelbą u boku. Ukończył również szkołę przetrwaniaw puszczy, gdzie uczył się tropić i oprawiać zwierzynę.
Niezle. Szacun.
Podczas zdjęć do filmu 'W imię ojca' Daniel Day Lewis spędził kilka dni w więzieniu, aby wczuć się w rolę Irlandczyka podejrzanego o działalność terrorystyczną.
Brzmi racjonalnie. Spoko.
Dostał rolę Gerry'ego w filmie "W imię ojca" (1993) po tym, jak odstąpił mu ją Gabriel Byrne. Aby dobrze przygotować się do tek roli, stracił ponad 13 kilogramów i spędzał noce w celi więziennej na planie, gdzie członkowie ekipy filmowej oblewali go wodą i słownie się nad nim "znęcali".
Na granicy przegiecia, ale chyba jeszcze ok.
Podczas kręcenia we Włoszech zdjęć do filmu "Gangi Nowego Jorku" (2002) aktor zachorował, ale odmówił wymienienia wytartego płaszcza postaci przez niego granej na płaszcz cieplejszy, ponieważ ten nie istniał w XIX wieku. Lekarze ostatecznie przekonali Lewisa, żeby zażywał antybiotyki.
Hm, tutaj juz chyba troszeczke przesadzamy.
W czasie kręcenia filmu "Gangi Nowego Jorku" przed scenami, w których wcielał się w Billa Rzeźnika, słuchał piosenek Eminema, co pomagało mu wprawić się w nastój agresji i złości, które są nieodzowną częścią charakteru granej przez niego postaci.
Ze co?!
Czy tylko mnie takie sposoby wydaja sie, z braku lepszego okreslenia - dziwne?
05-03-2008, 16:52
Stały bywalec
Liczba postów: 3,484
Liczba wątków: 39
Ojej, dziwne czy nie - ważne że skuteczne. A jak widać po rolach Lewisa, skuteczne aż nadto. ;)
Bodie: He's a cold motherfucker.
Poot: It's a cold world Bodie.
Bodie: Thought you said it was getting warmer.
Poot: The world goin' one way, people another yo'.
05-03-2008, 17:14
Nowy
Liczba postów: 3,416
Liczba wątków: 8
Zgadzam się z Jakuzzim. Ja również ogromnie szanuję dokonania Day-Lewisa, a jednak dowiadując się o tym wszystkim, mam wrażenie, że coś jest nie tak... Że to nie na tym powinno polegać aktorstwo.
05-03-2008, 17:33
^^
Liczba postów: 5,286
Liczba wątków: 73
To i tak nic z tym co zrobił Bale w Mechaniku ;)
www.filmweb.pl/user/Azgaroth_2
05-03-2008, 17:42
Nowy
Liczba postów: 3,416
Liczba wątków: 8
To, co zrobił Bale w "Mechaniku", wychodzi poza skalę... ;)
05-03-2008, 17:45
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
Desjudi napisał(a):O Mannie i "Ostatnim Mohikaninie" to się Mental pewnie w samych superlatywach wypowie, bo nie dość że film wyśmienity, to i Day-Lewis rewelacyjny.
może i rewelacyjny, ale Gibsonowi w Braveheart mógłby co najwyżej kawe parzyć. Mann zresztą też:)
05-03-2008, 17:57
VIP
Liczba postów: 7,127
Liczba wątków: 292
Negrin napisał(a):Zgadzam się z Jakuzzim. Ja również ogromnie szanuję dokonania Day-Lewisa, a jednak dowiadując się o tym wszystkim, mam wrażenie, że coś jest nie tak... Że to nie na tym powinno polegać aktorstwo.
dla widza nie powinno to być istotne, bo liczy się efekt, a ten w przypadku Day-Lewisa zawsze jest znakomity, nawet jeśli jest cholernie odważny, szalony i kontrowersyjny 8)
w takim aktorstwie jest jakiś sens, ale istnieje on dla aktora, nie dla widza. I skoro Bale chudnie kilkadziesiąt kilo, de Niro tyje tyle samo, Day-Lewis mieszka w szybie naftowym, to... who cares? Są mistrzami aktorstwa 8)
05-03-2008, 18:45
Nowy
Liczba postów: 3,416
Liczba wątków: 8
Naczy, oczywiście Ty również masz rację, Des. Po prostu wyrażam jakiś taki swój niepokój, choć rzeczywiście to nie jest niepokój widza.
05-03-2008, 18:58
Banned
Liczba postów: 20,755
Liczba wątków: 63
Negrin napisał(a):To, co zrobił Bale w "Mechaniku", wychodzi poza skalę... ;)
No nie wiem. W porównaniu do tego co najwyraźniej robi Daniel Day-Lewis...? Schudnąć do filmu te 30 kg to nie byłby taki problem, zwłaszcza, że pod opieką lekarską można ładnie to przetrwać. Co innego tak psychicznie się zmieniać do roli - bo nie wydaje mi się, że siedzenie w celi, bycie oblewanym wodą i obrzucanym bluzgami albo zamknięcie się w pierdlu nie działa na niego. Myślę, że bardziej niż schudnięcie.
Nie widziałem go chyba jeszcze w żadnym filmie, co zamierzam nadrobić jak najprędzej.
05-03-2008, 20:47
VIP
Liczba postów: 7,127
Liczba wątków: 292
idź do kina 8)
albo sięgnij po "W imię ojca" - naprawdę świetny film oparty na faktach. drugi najlepszy D-L.
05-03-2008, 21:08
Banned
Liczba postów: 20,755
Liczba wątków: 63
Oczywiście, oczywiście. Najbliżej mojego zasięgo jest "There will be blood" i "My left foot". Pewno "There will be blood" będzie pierwsze, jako że zalicza wszystkie filmy nominowane do Oscara w kategorii "Najlepszy film" i tylko to z "Michaelem Claytonem" mi zostało. :)
05-03-2008, 21:24
Stały bywalec
Liczba postów: 3,484
Liczba wątków: 39
Mental napisał(a):Desjudi napisał(a):O Mannie i "Ostatnim Mohikaninie" to się Mental pewnie w samych superlatywach wypowie, bo nie dość że film wyśmienity, to i Day-Lewis rewelacyjny.
może i rewelacyjny, ale Gibsonowi w Braveheart mógłby co najwyżej kawe parzyć. Mann zresztą też:)
Mental na bogów, co ma epicki film historyczny podlany hektolitrami krwi z adaptacją powieści przygodowej, którą puściłbym swojej siostrze? ;)
Bodie: He's a cold motherfucker.
Poot: It's a cold world Bodie.
Bodie: Thought you said it was getting warmer.
Poot: The world goin' one way, people another yo'.
05-03-2008, 21:30
Stały bywalec
Liczba postów: 1,440
Liczba wątków: 4
A propos aktorstwa Day-Lewisa. To z kolei w innym wywiadzie czytamy:
"Potem na planie, te techniczne detale przestają mieć znaczenie. Nie pracujesz 8 godzin z przerwą na kawę albo papierosa, ale rzucasz się w inny świat. To paradoks, ale przy całym tym zgiełku granie w filmach jest w gruncie rzeczy zajęciem szalenie intymnym. I przynajmniej dla mnie - instynktownym. Czytałem już najróżniejsze rzeczy o tym, jak przygotowywałem się do roli Plainviewa. Ponoć byłem okrutny dla swoich dzieci, a obok domu zbudowałem sobie szyb wiertniczy. Niestety, muszę zaprzeczyć - nie jestem szaleńcem. Na miłość boską, to tylko zabawa! Tak jak dzieci bawią sie na podwórku, my bawilismy się w odległym Teksasie"
Czyli jak widzimy, Day-Lewis nie stracił jeszcze kontroli nad sobą, jak to niektórzy próbują to sugerowac. :) Zwróciłabym uwagę na dwa słowa w tym tekście - "Instynktowne" zajęcie i "intymne". Dlatego takie wyczerpujące, dlatego tak mało ról, dlatego tak dobre. On się staje postacią, ale tylko przed kamerą. Później wraca do siebie. A czy mógłby się stać, gdyby nie te wycieczki do więzienia, do domu opieki nad ułomnymi, czy dbanie o detale tyczące zycia codziennego danej epoki? Z czego tu podrwiwać?
Niby można wyczytać wszystko w książkach, ale teoria to teoria, a praktyka to praktyka. On nie ma zadania napisać pracę naukową tylko stać się postacią z krwi i kości, z wszystkimi emocjami jej przynależnymi. I nie dziwię się, że się podkręcał Eminemem, choć ja osobiście poleciłabym bym mu Sex Pistols. :)
A co metod pracy. Dobry Aktor jest cały czas w pracy, Obserwuje, obserwuje nie tylko innych. Pamiętam, jak kiedyś Jan Englert, opowiadał, jak biegał do lustra, by obserwować wyraz swej twarzy poddanej róznym emocjom w czasie swego życia prywatnego, np. podczas kłotni etc.
I jeszcze jedna rzecz - Daniel Day _ Lewis, tak doskonały aktor, a tak rzadko wymieniany (przynajmniej do tej pory) w rankingach ulubionych. Jakoś się o nim nie pamięta, zabłyśnie rolą i znika, nie bywa, nie robi sesji itd. Zapada sie po każdym filmie, jak sam mówi, w czeluściach swej bibiloteki i czyta. Ciągle doskonali warsztat.
05-03-2008, 22:26
VIP
Liczba postów: 7,127
Liczba wątków: 292
i co więcej - jego wielkość nie polega na wyłącznie odpowiednim doborze scenariusza i, co za tym idzie, trafnym bądź chybionym wyborze postaci, którą gra. Kreacja bohatera jest zawsze na pierwszym miejscu, jest najistotniejsza, bo budowana z uważnej obserwacji wszelkich przymiotów składających się na naturę ludzką. Pal go licho efektowny sztafaż w postaci wypasionej scenografii, zdjęć czy charakteryzacji. Day-Lewis gra tak, że to człowiek - jego słabości, siła, charakter itp - jest w centrum uwagi, że nie można go przeoczyć ani zignorować. Film wtedy cholernie dużo zyskuje. To taka wartość dodana i to dzięki talentowi aktora...
05-03-2008, 22:46
Stały bywalec
Liczba postów: 1,440
Liczba wątków: 4
.... dzięki talentowi i dzięki wrażliwości aktora. Można mieć talent, czyli wrodzone umiejętności w przeistaczanie się różnorodne postaci, można być bystrym obserwatorem, mieć sporą wyobraźnię, być dobrym warsztatowo, mieć opracowane wszelkie techniki, jakieś sztuczki zawodowe, ale gdy nie ma się odpowiedniej wrażliwości, czyli wyczulenia na niuanse natury ludzkiej oraz jej zrozumienia, grana rola będzie płaska.
Dlatego niektóre role niektórych aktorów, nawet bardzo poboczne, zapamiętujemy na zawsze. Ot, choćby wspomniana już gdzieś przeze mnie mini kreacja ojca dziewczynki, Mickeyâa Rourke w âObietnicyâ. Albo wszystkie role, od największych do najmniejszych, Philipa Seymoura Hoffmana. Jego najmniej godni pochwały bohaterowie zawsze są naznaczeni człowieczeństwem, co sprawia, że analizujemy ich postawy, staramy się dociec do źródeł pobudek jakie kierowały ich postępkami, których nie musimy wybaczać, ale możemy je rozumieć. Takie role bardzo wzbogacają widza. To nie są ikony, które musimy czcić, bo z jakiegoś, i często niezrozumiałego powodu, są wielkie. To są postaci, typy ludzi, nad którymi ci aktorzy każą nam sie zastanowić.
I tak samo zadziałał Day-Lewis w przypadku Daniela Plainviewa. Nie wiem, czy w wątku o âAż poleje się krewâ poruszany był wasz stosunek emocjonalny do tej postaci. Jak ją odebraliście. Czy odebraliście go tylko jako podłego drania, monstrum w ludzkiej skórze, zaprzedane diabłu, któremu na imię âropaâ? Czy też może potraktowaliście go jako prawdziwego mężczyznę, namiętnego zdobywcę, oddanego bez reszty swej jedynej, i na zawsze, kochance, której na imię âropaâ?
Czy przy tym całym jego okrucieństwie, opętaniu ideą, podporządkowaniu jej całego swego jestestwa, znaleźliście chęć, by dowiedzieć się co się wydarzyło w jego życiu przed wielką ropą? Co się stało, że jest taki a nie inny? Czy wzbudził on w was tylko wstręt, grozę, potępienie, czy też, jednak, znaleźliście dla niego choć odrobinę podziwu, szacunku? A może litość, a może jeszcze coś?
Ileż się trzeba nagimnastykować, tak sobie wyobrażam, żeby w tak na pozór jednoznacznie złej postaci, przemycić okruchy czegoś, co być może zachęci widza nie tylko do jej potępiania, ale także do rozmyślania nad jej genealogią.
06-03-2008, 17:10
VIP
Liczba postów: 7,127
Liczba wątków: 292
bardzo dobrze powiedziane. jak dla mnie Plainview jest postacią niejednoznaczną - ani zła, ani dobra, ani moralna, ani niemoralna. człowiek, który pokochał coś, co kochać mu pozwolona, a miłość przez niego wyznawana doprowadziłaby go do bardzo osobiście [ale i społecznie] pojmowanego sukcesu. i tak jest z każdym bohaterem D-L. przecież Butcher z GONY jest podobnym "świrem", którego intencje są całkiem czytelne, ale już sama charakterystyka postaci bardzo niejednoznaczna. i właśnie - dzięki wrażliwości Day-Lewisa, czy talentowi Scorsese? Chyba to pierwsze 8)
06-03-2008, 20:41
Stały bywalec
Liczba postów: 1,440
Liczba wątków: 4
No właśnie. A może dzięki obu. Jak wiemy, to reżyser koniec końców trzyma łapę na całości, nic nie dzieje się bez jego zgody, głośniej lub ciszej wyrażonej. Być może Day-Lewis zagrał dokładnie tak jak sobie tego życzyli i Scorsese i Anderson (a może wniósł także swoje punkty widzenia postaci), ale chwała mu, że to potrafiłł, że był zdolny znaleźć i wydobyć na zewnątrz te ledwo zauważalne nuty dobroci w okrutnym Danielu Plainviewâie (znamy przecież aktorów zwanych przez widzów âdrewnemâ, którzy nadają się tylko do filmów_łomotów).
Choćby scena, gdy okłada wielebnego za to, że nie potrafił uzdrowić syna z głuchoty. Tę scenę mógłby zagrać tak, że odebralibyśmy ją tylko jako wybuch wściekłości, a głuchotę tylko jako pretekst, by się na księdzu zemścić za jego roszczenia finansowe. Wybrano jednak inną drogę, taką, że jesteśmy przekonani o miłości Plainviewâa do dziecka. Zresztą takich scen jest więcej (ratowanie chłopca z pożaru, troska o jego zdrowie, ból, kiedy go zostawia i odsyła do szkoły). Te fragmenty jak i gra DDL każą nam wątpić w to co widzieliśmy na początku filmu (chodzi mi o historię małego chłopca i powód zainteresowania się nim Daniela P.). Przecież tak nie zachowuje się facet wyzuty z uczuć. I tak dalej, i tak dalej.... Nieustannie, podczas seansu, przeżywamy huśtawkę uczuć w stosunku do tej postaci.
W każdym razie, jeśli powstał tak dobry film, można sądzić, że na jego planie doszło do porozumienia wszystkich dusz, które brały w nim udział, także autora muzyki. Ale, oczywiście Daniel Day-Lewis, jest duszą przewodnią, bo to w jego rękach, a właściwie wrażliwości, leżało ukazanie skomplikowanej i niejednoznacznej charakterystyki głównego bohatera.
08-03-2008, 10:45
Legions of the Fog
Liczba postów: 2,290
Liczba wątków: 25
D.D Lewis dla mnie jest aktorem, takaim prawdziwym. On jest rolą, on ja tworzy i on kreuję to co jest w myśli reżysera. Każdy film z jego udziałem jest wyjątkowy - i nikt mi nie wmówi, że to nie jego zasługa. On tworzy filmy swoimi kreacjami.
M
loading podpis...
18-03-2008, 00:41
.
Liczba postów: 27,879
Liczba wątków: 62
Teraz dopiero dowiedziałem się jaki będzie następny film genialnego Day-Lewisa. Dopóki nie wiedziałem to myślałem sobie, że choćby przez cały film Daniel miał wpatrywać się w niebo i przyrodę mówiąc jaki piękny jest świat albo coś w tym stylu to i tak na to pójdę. Jest jeszcze gorzej: musical. Zwie się Dziewięć i ma być czymś w stylu 8 1/2 Felliniego. Reszta obsady jest taka, że gdybym ją sam wymyślał to byłaby gorsza: Marion Cotillard, Penelope Cruz, Nicole Kidman, Judi Dench, Sophia Loren. Sam nie wiem co o tym sądzić, pozostaje mi ufać w gust Day-Lewisa, który w złym filmie pewnie nigdy w życiu nie zagra.
02-01-2009, 23:06
|