Obejrzałem ostatnio cztery filmy Piotra Szulkina:
* Golem
* Wojna światów - Następne stulecie
* O-bi, O-ba. Koniec cywilizacji
* Ga-ga. Chwała bohaterom
Aż dziw mnie bierze, że te filmy są nieznane. Oryginalny styl, wspaniała scenografia, wyrazista gra aktorska, poruszanie problemów ubrane w niebanalne wywody - to i jeszcze więcej wystarczy, by nazwać serię arcydziełem. Mnie najbardziej podobają się dwie pierwsze pozycje. Ostatni film, przyznam, trochę mnie męczył.
A skąd taka złośliwość? Chciałem podzielić się ze światem moimi wrażeniami nt. tych filmów. Recenzji pisać nie umiem i tyle. A dyskusja tworzy się sama poprzez wspomnienie o jakimś dziele. Każdy niech wyrazi swoją opinię, to dyskusja się potoczy.
Stary jesteś nowy na tym forum, może CI jeszcze nikt o tym nie powiedział, ale zakładając jakiś temat piszesz we wstępie więcej niż 2 zdania. Obejrzałeś 4 niewątpliwie dobre filmy, a napisałeś 2 linijki. Wysil się trochę, opisz każdy z nich, napisz o swoich odczuciach, grze aktorskiej, itp, itd.
Hitch nie był złośliwy. Złośliwość na tym forum ma nieco inny format ;)
Nie udzielam się na forum, gdyż wychodzę z założenia, że po co pisać w tematach, w których nie mam nic do dodania? Tym jednak razem, jako że Szulkin to jeden z moich ulubionych polskich reżyserów, poczułem się niejako wywołany do tablicy? Ostrzegam że post będzie długi i nudny. Po kolei:
GOLEM (1979)
Pierwszy ?szerzej znany? film Piotra Sz. (wcześniejszych, poza krótkometrażowym ?Copyright Film Polski MCMLXXVI? i reportażem o SSB nie udało mi się znaleźć). Szulkin snuje przed widzem swoją wizję legendy o Golemie - w opustoszałym i zniszczonym atomowym kataklizmem świecie przyszłości, naukowcy prowadzą badania mające na celu stworzenie sztucznych ludzi i ponowne zasiedlenie planety. Jednym z takich nowych, ?lepszych ludzi? jest główny bohater ? Pernat, kompletnie zagubiony i nie mogący odnaleźć samego siebie. Nie wie kim jest, nie wie kim są ludzie którzy go otaczają, zostaje w końcu wplątany w szereg dziwnych wydarzeń i oskarżony o morderstwo.
Niewątpliwie najdziwniejszy i najbardziej surrealistyczny film Szulkina (temat dotyczy jego produkcji SF, więc pomijam w rozważaniach genialnie teatralnego ?Ubu Króla?), cechujący się nieco inną stylistyką niż jego późniejsze dzieła SF. Reżyser, jako jeden z niewielu polskich twórców nie boi się używać filtrów, i co więcej, robi to więcej niż prawidłowo ? pomarańczowo-żółte kadry dają post-apokaliptycznej wizji niesamowitego nastroju, pozwalając widzowi dobitniej wczuć się w klimat przedstawionej historii. Sceny, mogące się wydawać realistyczne (wewnątrz konwencji samego dzieła) mieszają się tutaj miejscami z sekwencjami z których wprost wylewa się oniryzm, co zostaje miejscami podkreślone nawet przez użycie innej taśmy (tak mi się przynajmniej wydaje, przez różnicę w ziarnie). Szulkin stosuje tutaj typowe dla siebie środki wyrazu, które będą przewijać się w jego twórczości przez cały czas: umiejscowienie akcji w sypiących się, odrapanych kamienicach, piwnicach, magazynach, bombarduje widza wcale nie tak prostą symboliką, a co najważniejsze ? nie stosuje łopatologii w typowych dla siebie filozoficznych rozważaniach, pozwalając widzowi samemu dojść do ?prawdy? ? przez szereg podpowiedzi wynikających z akcji czy też niejasnych, acz świetnie rozpisanych dialogów podszytych ?drugim dnem?. Oczywiście nie mogło zabraknąć cechujących całą Szulkinowską filmografię ?wyjazdów? politycznych, nienawiści do propagandy i ?telewizyjnej? rzeczywistości.
Podsumowując: film dość ciężki w odbiorze, wymagający od widza myślenia i nie idący na skróty. Gdybym miał z czymś porównać ?Golema? tak, żeby widz nie zaznajomiony z tematem zrozumiał ?z czym to się je?, powiedziałbym mu, że to coś w stylu ?starych polskich dramatów psychologicznych?. Jeśli więc ktoś nie trawi tego typu produkcji ? niech się nawet nie zbliża, bo nie znajdzie tu nic dla siebie. Jeśli jednak ktoś szuka polskiego, nieszablonowego i inteligentnego kina ? jak najbardziej polecam (podobnie zresztą jak wszystkie ?sajfaje? Szulkina).
WOJNA ŚWIATÓW: NASTĘPNE STULECIE (1981)
Jako że recenzja tego filmu ukazała się na łamach KMFu, ograniczę się jedynie do własnych odczuć po seansie. Pierwsze pytanie jakie kołatało mi w głowie: KTO W TYCH CZASACH POZWOLIŁ NA NAKRĘCENIE TEGO FILMU? Odniesienia do panującego ówcześnie systemu są aż nadto jasne ? przybysze z czerwonej (!) planety, niosący ze sobą miłość i pokój, pod postacią niesamowicie rozwiniętego aparatu propagandy, który w obrazie Szulkina gra telewizja. Jak mówi sam bohater, prowadzący tandetny telewizyjny show, na potrzeby mocodawców określany ?niezależnymi wiadomościami? ? ?żona cię opuści, kochanka cię zostawi, ale ja, czyli telewizja ? nigdy!?. Poza skrupulatnym ukazaniem, w jaki sposób środki masowego przekazu przeinaczają fakty, kreują rzeczywistość, w jaki sposób uczynniają z widzów ogłupiałą masę lemingów, trzonem fabuły filmu jest historia Irona Idema ? zaszczutego przez system prezentera wiadomości. Niesamowicie sugestywna wizja wdeptania człowieka ziemię po czubek głowy i odarcia go z wszelkiej możliwej godności. Skojarzenia z Orwellem jak najbardziej na miejscu.
OFFTOP: Poleciłbym szczególnie tym, którzy zapatrzyli się w telewizyjną papkę. Niestety, zapewne nigdy się o tym filmie nie dowiedzą bo go nie puszczają w ?super hitach? czy innych ?mega filmach?, a nawet jak się dowiedzą, to nie obejrzą, bo trzeba na nim myśleć i się nie strzelają.
O-BI O-BA: KONIEC CYWILIZACJI (1984)
Film koncentruje się na postaci Softa (Jerzy Stuhr) ? członka pewnej, nie do końca przedstawionej organizacji, która postawiła sobie za cel ocalenie niedobitków ludzkości po atomowej zagładzie. Członkowie grupy jeździli od wioski do wioski, niemalże jako apostołowie tworzący nową religię ? oferując zbawienie tym, którzy zgodzą się pójść za nimi, snuli przed przerażoną ludnością wizję Arki ? nieuchwytnego i nieopisanego ?czegoś?, co w pewnym momencie po prostu przyleci i wszystkich uratuje. Członkom ?Projektu Arka? udało się zgromadzić ocalałych pod wielką podziemną kopułą, umożliwiając im przeżycie do czasu nadejścia zbawienia. Jednak nikt z pomysłodawców nie łudził się nigdy, że Arka kiedykolwiek przybędzie, a ludzie, upchani w bunkrze zaczęli w nią naprawdę wierzyć. Co gorsza, mechanizmy stabilizujące kopułę bunkra zaczynają szwankować i koniec jest nieunikniony. Soft otrzymuje zadanie przekonania jednego z inżynierów budujących kompleks do podjęcia się jego naprawy (dialogi pomiędzy Stuhrem, a Janem Nowickim odgrywającym postać inżyniera są po prostu re-we-la-cyj-ne i kropka).
Szulkin bierze na warsztat temat wiary jako takiej ? i przedstawia go w sposób mistrzowski. Nie boi się stawiać odważnych pytań, nie boi się stawiać trudnych do przyjęcia dla niektórych tez. Czy wiara jest tylko sposobem na przeżycie, czy jest jednak czymś więcej? Czy w ogóle warto wierzyć? Reżyser ponownie wypełnia symboliką cały seans, ale, podobnie zresztą jak w Golemie, robi to z wyczuciem, bez wbijania widzom do głów banałów, i co najważniejsze ? robi to bezkompromisowo i kolokwialnie rzecz ujmując, na pełnym wykopie. W moim osobistym odczuciu, perełką jest scena w ?młynie?, gdzie na chleb, miast zboża młóci się książki (?celuloza do znakomity wypełniacz?, jak mówi obsługujący maszynę cieć). Ujęcie wrzucania okładki po biblii do maszyny, skonfrontowane z ujęciem wyrzucania chleba ? bezcenne i niezwykle mocne. W końcu, ?religia jest opium dla ludu?.
Cała akcja filmu toczy się pod ziemią ? w tym miejscu należy się głęboki pokłon dla Szulkina, który nigdy wcześniej, ani nigdy potem, nie wykorzystał tak swojego dziwnego upodobania do umieszczania akcji swoich filmów w zniszczonych, zatęchłych i nieprzyjemnych piwnicach i magazynach. Klimat filmu jest przez to niesamowicie duszny, odpychający, a co najważniejsze ? umotywowany fabularnie. Apokaliptycznej wizji zamkniętego podziemnego świata, w którym ludzie tłoczą się jak szczury i umierają bez żadnej godności, dopełnia świetna gra światłem i niebieskim filtrem. Wiszące praktycznie wszędzie jarzeniówki, wypełniające wnętrza bladym światłem dodają obrazowi posępności, i czegoś, co określiłbym ?chłodem bijącym z ekranu?. I w tym całym zdehumanizowanym świecie Szulkin prowadzi rozważania na temat istoty wiary. Kino wybitnie depresyjne, dołujące, nie dające widzowi żadnej nadziei, ponadto, posiada chyba najlepszy fabularny ?twist? jaki widziałem w polskim kinie.
Podsumowując: mój ulubiony film Szulkina, i jeden z najlepszych obrazów post-apokaliptycznych, jaki widziałem w życiu. Dla miłośników tego typu klimatów ? pozycja obowiązkowa!
Próbka klimatu dla zainteresowanych:
GA GA: CHWAŁA BOHATEROM (1985)
Film trochę oderwany od dotychczasowej Szulkinowskiej tematyki, i w moim odczuciu, najsłabszy z jego filmów. Na pokładzie kosmicznego okrętu penitencjarnego odbywa się przemowa naczelnika więzienia, przedstawiającego kolejnego z bohaterów, Scope?a (Olbrychski) ? który jako kolejny ma się udać w samobójczą misję ku chwale ludzkości, czyli locie w kapsule desantowej na nieznaną planetę i zatknięcie w jej ziemi flagi po to, aby każdy wiedział do kogo należy ta kupa skał. Ku zdziwieniu Scope?a, nie ląduje on jednak na wrogiej ziemi, z trującą atmosferą i dzikimi monstrami ? a na planecie podobnej do ziemi, także zamieszkałej przez ludzi, którzy przyszykowali mu gorące powitanie, godne właśnie ? bohaterów?
Po raz kolejny świat przedstawiony w filmie jest światem zupełnie zdegenerowanym. Może w przypadku ?Ga Ga?, nawet nie tyle co zdegenerowanym ? a skrzywionym, i to w jakimś zupełnie absurdalnym kierunku, dając jednocześnie do zrozumienia, o minionym już zdegenerowaniu ludzkości, na której to degeneracji wyrosła społeczność ?szczęśliwa?. Taką wskazówkę interpretacyjną nasuwa prolog, przedstawiający sytuację na Ziemi, gdzie nie ma już przestępców, a wszyscy skazańcy zostali niejako mięsem armatnim kosmicznego rozwoju ludzkości. Szulkin udowadnia jednak że społeczeństwo potrzebuje zbrodni ? czy to dla chorej rozrywki, czy jako umotywowanie potrzeby istnienia prawa, czy dla możliwości poczucia sprawiedliwości poprzez zadośćuczynienie. W ?Ga Ga? Bowiem, ?bohaterowie? którzy lądują na planecie, wchodzą w dziwaczny układ z jej mieszkańcami ? w zamian za sławę, pieniądze, używki, prostytutki, zgadzają się popełnić jakąś straszliwą zbrodnię ? aby potem, ku uciesze tłumu, poddać się surowej karze na arenie, oddając cześć panującemu prawu. Same egzekucje sprawiają wrażenie telewizyjnego show, a prawo, mające chronić obywateli, staje się gwarantem ich rozrywki?
Niezaprzeczalnie, atutem filmu jest jego surrealistyczny, oniryczny klimat (jednakże zupełnie inny od tego w ?Golemie?), sprawiający, że cały film wydaje się jakimś chorym koszmarem, alternatywną wizją rzeczywistości. Na plus ? rola Jerzego Stuhra, który jest tak słodki i miły dla głównego bohatera, że aż autentycznie rozbrajający (?papucie panu przyniosłem?). W moim odczuciu jednak, w tym przypadku reżyser nie wychodzi do końca obronną ręką ? mimo wszystko nie kupuje dizajnu ?statków kosmicznych? (tego jednak piwnice późno PRL-owskich fabryk zagrać nie potrafią), czy też obcej planety zamieszkałej przez ludzi, bez wyjaśnienia, dlaczego tak właściwie jest. Odcięta, zapomniana przez świat kolonia? Może wizja Ziemi w innej czasoprzestrzeni, do której w jakiś sposób przedostał się Scope (skojarzenie z pierwszą ?Planetą Małp?)? Na te pytania widz nie otrzyma odpowiedzi. Ponadto, film jest o wiele bardziej absurdalny niż pozostałe filmy Piotra Sz., a niedoskonałość techniczna jest niestety w jego przypadku bardzo wyraźna (chociażby scena urywania ręki, zahaczająca o gore klimaty rodem z produkcji Tromy). Jednocześnie, obraz nie jest już tak dołujący i depresyjny jak poprzednie produkcje, ba, film kończy się nawet swoistym happy Endem. Na koniec subiektywny wtręt ? po prostu nie trawię Daniela Olbrychskiego, który jak dla mnie zawsze gra? Daniela Olbrychskiego.
Uff, rozpisałem się, ale mam nadzieję że kogoś zachęcę do zapoznania się z tymi filmami, i że może rozpęta się na ich temat jakaś szersza dyskusja.
nie powiem, brzmi zachęcająco. Jako nastoletni gówniarz trafiłem na Wojnę Światów myśląc, że to będzie amerykański klasyk. I wiadomo, rozczarowanie wielkie, ale i zaskoczenie, bo to całkiem niezłe było, tym bardziej, że wyczułem szyderę skierowaną w stronę PRLu.
wspomnieć należy, że cztery filmy o których "mowa" w pierwszym poście zostały wydane przez Telewizja Kino Polska w ładnym digipacku z porządną grubą tekturką. nie ma lipy, a cena to niecała stówka.
O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji - ale ten film świetnie wygląda! Niebieskie oświetlenie jarzeniówek i zmysł wizualny Szulkina dają świetny efekt. Aktorsko też dobrze od Stuhra, poprzez Nowickiego, czy Jandę w cosplayu Majki Jeżowskiej. Udanie sprzedano także realia środka kopuły.
9/10
PS. Dmochowski wygląda tu jak Kononowicz :).
Ga, ga. Chwała bohaterom - Daniel Olbrychski trafia na monty-pythonowsko-kafkowo-huxleyową planetę. Odmienny dość sf. Warto to oglądać jak jakiś pełnometrażowy skecz (bo w sumie takowa jest fabuła). Jerzy Stuhr w tym filmie udowadnia, dlaczego to jego wybrali do roli Osła w Shreku. I nie spodziewałem, że Gabriela Kownacka w latach 80. była taką zmysłową kocicą.
8/10
O bi, o ba: Koniec cywilizacji - mieszane uczucia, bo oczywiście trudno nie docenić sugestywnego klimatu (to oświetlenie!) beznadziei post-apokaliptycznego bunkra i świetnych postaci wykreowanych zwłaszcza przez Stuhra i Jandę, ale jednak seans, pomimo skromnego metrażu, to mi się ciągnął. Piątka dla takiego filmu to byłaby jednak przesada, więc przyznaję trochę naciągane 6/10