Filmy Dona Blutha
#1
[Obrazek: 4451453.jpg]
Ostatnio brat z USA prosił mnie i mego ojca w celu przywiezienia filmów animowanych z polskim dubbingiem, dla mojego 8-letniego bratanka. Oprócz Disneya, Muminków i reszty postanowiłem zapoznać z niektórymi filmami Dona Blutha. Przy tej okazji postanowiłem je odświeżyć.       

I w sumie gość zapisał się złotymi głoskami w historii animacji, na jego filmach wielu się wychowało, to jeden z tych animatorów, którzy tak jak Disney są rozpoznawalni. No to pomyślałem, że zasługuje na osobny temat.


Co mogę powiedzieć? Gość to legenda amerykanskiej animacji, oprócz filmów ma na koncie gry na automaty "Space Ace" oraz dwie części "Dragon Quest". Co do ostatniego, obecnie zbiera fundusze na pełnometrażowego "Dragon Questa" rysowanego w animacji 2D.

Jako przedsmak dam już niegdyś załączony przeze mnie wywiad przeprowadzony przez Nostalgia Critica:


A ja zaczynam oglądanie Tajemnicy IZBY.

Odpowiedz
#2
"Dragon Quest"?A to się nie nazywało raczej "Dragon's Lair"?

Dla mnie Bluth trochę przereklamowany. Zrobił sporo ścierwa typu "Zakochanego pingwina", "Calineczki" czy - o zgrozo! - "Trolla w Nowym Jorku". Za to "Amerykańska opowieść" czy "Pradawny ląd" są całkiem spoko, ale właśnie... takie po prostu okej i tyle. Bez jakichś zachwytów z mojej strony (jeśli chodzi o "Amerykańską opowieść" to wręcz znacznie bardziej lubię drugą część, a tu już Bluth za sterami nie siedział). Nawet "Wszystkie psy idą do nieba" mnie nie zachwyca. No a "Secret of NIMH" uważany chyba za najlepszy jego film też budzi we mnie mieszane uczucia - bo klimat jest super, a sama pani Brisby jest przeuroczą postacią, ale fabuła wydaje mi się dość taka sobie, z dziwacznymi wtrętami, które mi nijak nie pasują do reszty (medalion).

Tak że generalnie ja najbardziej lubię te najpóźniejsze filmy Blutha - "Anastazję" i "Titan: A.E.". Zgadza się, w momencie, gdy fani jego twórczości stwierdzili, że Bluth obniża loty, mnie się dopiero to co robi zaczęło wreszcie naprawdę podobać. "Anastazja" to w ogóle jest w najbardziej disnejowskim stylu (wiele osób do dzisiaj jest zresztą przekonanych, że to film Disneya) i dla wielu widzów jest to zarzut, a dla mnie jak najbardziej zaleta. "Titan" słabszy od "Anastazji", ale moim zdaniem całkiem ciekawa wizja.

A na pełnometrażowe "Dragon's Lair" i tak bardzo czekam, choćby już tylko z powodu animacji 2D, bo okrutnie za nią tęsknię, a od "Księżniczki i żaby" to w tym temacie bida taka, że aż piszczy.

Odpowiedz
#3
(05-08-2016, 23:01)al_jarid napisał(a): "Dragon Quest"?A to się nie nazywało raczej "Dragon's Lair"?

Rzeczywiście, jednak "... Lair". A byłem pewien swego.

Co do lat 90., kiedy zaczął nagle kręcić gówna - w załączonym wywiadzie mówi, iż wtedy inwestorami i producentami byli niekompetentni durnie i często scenarzyści byli kijowi, do tego stopnia, że Bluth musiał poprawiać w tydzień skrypt, co przyznał, że i tak guzik dawało, ale animatorom cosik trzeba było dać. I gdyby był ogarnięty producent jak Spielberg, to raczej tak źle by nie było.  

Odpowiedz
#4
Wszystkie psy idą do nieba - chyba pierwszy Don Bluth, jaki widziałem w dzieciństwie. Ten film działa tak dobrze, ponieważ traktuje widzów poważnie. Przede wszystkim zawiązanie fabuły na dobrą sprawę pasuje do filmu fabularnego i to nie przeznaczonego dla dzieciarni. Otóż główny bohater (bedący skończonym gnojem) ucieka  z pierdla ze schroniska, by dalej prowadzić swoje kasyno i rozmyśla jak je rozbudować (m.in. dać rury z tancerkami). Zostaje upity, a następnie zamordowany przez swojego wspólnika (jakimś cudem większego gnoja), który chce zagarnąć zyski wyłącznie dla siebie. I gdy protagonista wraca do żywych, to zaczyna obmyślać srogą zemstę:
[Obrazek: giphy.gif]

Drugim atutem jest główny bohater. W filmach animowanych protagonista to zwykle nudna, jednowymiarowa postać dobra aż do orzygania - tu jest inaczej. Charlie przez 75% filmu to kawał suczego syna, chciwego zakłamanego egoisty myślącego tylko o forsie. Np. scena, gdy dowiaduje się o istnieniu małej dziewczynki rozumiejącej mowę zwierząt, którą Grymas więzi, by czerpać kasę na zakładach (wiecie jakie to jest creepy, gdyby Grymas był człowiekiem?). Charlie chce ją osowobodzić z niewoli, bo mu szkoda? A gdzie tam, chce wykorzystać jej dar do trzepania kasy. Co za bydlę! Przez to niektóre sceny dramatyczne dzięki temu zyskują. Ogólnie jego przemiana przechodzi dość naturalnie.

W sferze emocjonalnej film spisuje na piątkę, relacje pomiędzy postaciami są tu ukazane wiarygodnie, sceny smutne i dramatyczne chwytają za serducho. Don Bluth to chyba jedyny twórca animacji, u którego klisza liar revealed nadużywany w animacjach wypada dobrze. Ostatnia sekwencja to jebany tear jerker i dziwi mnie, że nie beczałem jako malec.
 
Animacja to jak zwykle dobry Don Bluth, choć momentami brzydko się zestarzała (np. postacie momentami odstają od teł). No i piosenki nie zapadają się w pamięć i chyba są najsłabszym elementem.

W ogólnym rozrachunku Wszystkie psy idą do nieba, głównie z powodu fabuły, lepiej zniósł próbę czasu niż większość ówczesnych filmów Disney Reinassance. No i chyba to najlepszy pro-chrześcijański film animowany w historii.

9/10

PS. Oglądałem to w polskim dubbingu. Co tu mówić - jest bardzo dobry. Każdy został dobrany idealnie. Ba, nawet aktorka dziecięca wypada dobrze. Charlie Barkin to chyba najlepsza rola dubbingowa Jerzego Kryszaka. Period.

PS. 2 W 1989 r. wciąż mieli gdzieś cultural sensitivity, bo w pierwszej piosence, gdy wymienia się pochodzenie Charliego, prezentowane są różne stereotypy narodowościowe - przy Chińczykach dali talerzowaty kapelusz i wystające zęby :D.

PS. 3 Sporo postaci pali papierosy i cygara. Co prawda, wyłącznie to są postacie negatywne, ale dzisiaj i tak by się czepiali.

Wszystkie psy idą do nieba: część 2 - Wiem, Bluth nic nie miał wspólnego z sequelem, ale nie będę pisać osobnej recenzji w krótkiej piłce. Mam wrażenie, że jako sequel nie jest udany. Z początku rozwija fajnie koncept, że wieczne życie może się znudzić i jest do kitu. Ale Charlie chyba cofnął się w rozwoju, Grymas stracił swoją grozę z poprzedniego filmu (w sumie mógł napisnay jako pozytywna postać - a czemu nie?). I pokazuje, że w niebie pracują niekompetentne anioły, które stołki dostały po znajomości. Bo jak wytłumaczyć, że pod okiem wszechwiedzącego Boga Grymas skrzętnie ukrywa pakt z diabłem i udaje zgrywać świętoszka. I potem niepostrzeżenie kradnie niewiadomo jak ważny Róg Gabriela (oczywiście niestrzeżony). 

Z drugiej strony pochwalę kontynuowanie nieco poważniejszego traktowania filmu. Charlie i Apsik jak wracają do świata żywych, to idą do psiej speluny, gdzie psy grają w karty, chleją piwo i palą cygara i pety, a Charlie od razu prosi o piwo. Grymas nadal pali cygara. Z kolei w scenie na posterunku policyjnym jakaś statystka pali peta. I nie tylko to. Sasha (love interest Charliego) podczas swojego muzycznego numerzu w spelunie porusza się dość... ehm... uhm... ponętnie... i w tym przypadku ciężko mi mówić o miłości od pierwszego wejrzenia. Znając charakter Charliego z pierwszego filmu (który częściowo tu się uchował), to jestem pewien, że myśli o niej miał bardzo kosmate.

Mimo to gdyby traktować jako samodzielny film, wypada dobrze. Charlie wciąż jest dobrym protagonistą i fabuła w późniejszym momencie wypada OK. Fajnie, że w tym filmie macocha to nie stereotypowa zła ropucha, która najchętniej zabiła swego pasierba. Całkiem też pomysłowo wykorzystali jeden moment smutku. Piosenki trochę lepiej wypadają. Film potrafi być zabawny - np. w psiej spelunie gra piosenkarz country. Po jego beznadziejnym występie klaszcze tylko jeden pies... który naprawdę chce zabić muchę.

Jest obligatoryjny wątek love interest (nieobecny w oryginale), ale wypada dobrze i relacja Charliego z Sashą wypada dość naturalnie. Aha - nitpick alert - z autopsji wiem, że psy całują się inaczej :).

Animacja nieco gorsza od poprzednika, a momentami traci na płynności i boli mnie, że projekty postaci ludzkich (i czasami psów) pasują do gorszych odcinków Animaniaków niż do czystego stylu Blutha. Jednak ogólnym rozrachunku wypada dobrze.

Promowanie wartości chrześcijańskich w sposób nienachalny na propsie w obecnych czasach.

I mimo wszystko to najlepszy sequel do filmu Dona Blutha. W porównaniu Dzielną Panią Brisby 2, Pradawnym ladem Milion Dwadzieścia Tysięcy i podobnymi potworkami jest naprawdę wybitny.

7-8/10

PS. Dlaczego Kryszak nie dubbingował znowu Charliego? Zastąpienie Bilewskiego jest usprawiedliwione, bo ten poszedł do nieba. Bończyk, choć wykonuje dobrze rolę, nie umywa się do poprzednika i razi odmienność barw głosu. Włodek Bednarski w sumie pasuje na Grymasa, choć wolałbym, gdyby dali aktora zbliżonego do Bogusza Bilewskiego. Z kolei Kołbasiuk jako psie przebranie Reda mógł używać swego bardziej naturalnego głosu, by odróżnić się od postaci. Mikołajczak tym razem jakoś gorzej zagrał. Ale broń Boże powiedziałbym, że to zły dubbing. To wciąż dobra robota, gdzie wszyscy dobrze wykorzystują swoją robotę. Dotyczy to nawet dzieciaka.

Odpowiedz
#5
(05-08-2016, 23:01)al_jarid napisał(a): Dla mnie Bluth trochę przereklamowany. Zrobił sporo ścierwa typu "Zakochanego pingwina", "Calineczki" czy - o zgrozo! - "Trolla w Nowym Jorku". Za to "Amerykańska opowieść" czy "Pradawny ląd" są całkiem spoko, ale właśnie... takie po prostu okej i tyle.

Ja widziałem zarówno "Calineczkę", jak i "Pradawny Ląd" w dzieciństwie i uważam, że "Calineczka" nie była jakiś wysokich lotów, a "Pradawny Ląd" był świetny. 

Odpowiedz
#6
"Pradawny Ląd" oglądałem na zaokrągleniu za gnojka, ale jak kilka lat temu zapuściłem sobie powtórkę to ledwo wymęczyłem.

Prawdę mówiąc to większość zachodnich animacji powstałych przed latami 90' jest teraz dla mnie prawie nie oglądalna. Ślamazarne tempo, słaby voice acting i pretekstowe historyjki. Aż boję się powtarzać co niektóre produkcje.

Odpowiedz
#7
(13-03-2019, 19:45)Grievous napisał(a): Prawdę mówiąc to większość zachodnich animacji powstałych przed latami 90' jest teraz dla mnie prawie nie oglądalna. Ślamazarne tempo, słaby voice acting i pretekstowe historyjki. Aż boję się powtarzać co niektóre produkcje.

Nawet Disneyowskie klasyki z lat 1937-1989? :O

Odpowiedz
#8
Nie widziałem wszystkiego, więc może i znajdzie się jakiś klasyk który nagle podbiłby moje serce, ale poza "101 Dalmatyńczykami" i "Śpiącą Królewną", które za dzieciaka katowałem na VHS, więc mam do nich spory sentyment, to raczej ciężko mi się je ogląda. W tych filmach jest porażająco mało treści czy charakteryzacji postaci. Jedynie co pozostaje to podziwianie animacji... która w latach 60 też się zrobiła jakaś taka brzydka i nie fajna dla oka.

Odpowiedz
#9
(21-06-2019, 18:37)Grievous napisał(a): Nie widziałem wszystkiego, więc może i znajdzie się jakiś klasyk który nagle podbiłby moje serce, ale poza "101 Dalmatyńczykami" i "Śpiącą Królewną", które za dzieciaka katowałem na VHS, więc mam do nich spory sentyment,  to raczej ciężko mi się je ogląda. 

Z animacji sprzed lat 90'tych najbardziej mi się podobają "Królewna Śnieżka" i "Zakochany Kundel". "Pinokio", "Dumbo", "Bambi", "101 dalmatyńczyków", "Śpiąca Królewna", "Aryskotraci" "Księga Dżungli", czy "Oliver i spółka" są słabsze, ale również nie narzekam. Reszty nie widziałem, ale i tak się z tobą zgodzę, że złota era animacji nastąpiła w latach 90'tych. 

Odpowiedz
#10
Ja też słabo trawię animacje sprzed lat 90-tych. Uwielbiam tylko "Małą syrenkę", bo niby to jeszcze lata 80-te, ale właśnie ogląda się jakby już z 90-tych. Nieprzypadkowo uznaje się ten film za początek disnejowskiego renesansu.

Odpowiedz
#11
Gość trafnie ocenia, co spowodowało, że Don Bluth od lat 90. popadł w marazm: 


I jeszcze w komentarzu ktoś napisał, że inny błąd jaki popełnił Bluth w latach 90., to ubzduranie by kierować swój content zdecydowanie do małych dzieci, kiedy zdobył uznanie za to, że był jak Disney, ale dodatkowo był dość edgy i mroczny (w dobrym znaczeniu). 

Odpowiedz
#12
Powrót króla rock and rulla - widziało się za młodu ze dwa razy na Polsacie. Nie spodziewałem się jakichś fajerwerków, szczególnie że widziało się reckę Nostalgia Critica. I cóż, Nostalgia Critic się wiele nie pomylił się.

To jest ten film, gdzie Don Bluth skapciał i porzucił swój lekko mroczny styl na rzecz słitaśnego dogadzania dzieciaczkom. Co niestety widać. Szczególnie fabuła dość pretekstowa i mocno pod dzieciaki (co kłóci się też designem Goldie i drugim antagonistą w postaci spasłego producenta muzycznego sugerującego jej sławę poprzez seks z nim :P). Choć nawet na standardy jest głupawa. Chanticleer ma doła, bo wcale nie budzi słońca swym pianiem. Potem okazuje się, że jednak budzi. I świat nawiedza wieczna ciemność, co było planem złego księcia sów, bo te kochają ciemność i deszcze. OK, sowy są znane z nocnego trybu życia. Ale... deszcz? Jak orientuję się, to ich pióra nie są nieprzemakalne, a i deszcz raczej utrudnia polowania na myszy. Jednak Chanticleer zaczyna karierę śpiewaka i czy technicznie nie powinien zbudzić tego słońca? Scenariusz nie ma sensu!

OK, można mówić, że to historia z książki dla maluchów, ale potem Książę Sów atakuje Edmonda w prawdziwym świecie. Niby końcówka sugeruje, że to wszystko było w wyobraźni chłopca, ale potem jednak okazuje się, że postacie w książki istnieją... Nieważne...

Postacie dość irytujące, szczególnie Peepers - taka Mała Mi, tyle że bez uroku. Edmond zaskakująco jest irytujący, ale jeszcze ujdzie. Poza tym zwierzęta z farmy to niezłe chujki - zamiast jakoś pocieszyć Chanticleera, który w gruncie rzeczy był spoko to wyśmiewają go i skazują na banicję. Dziwne, że Chanticleer tęskno do farmuy i na widok farmerskiej delegacji nie kazał im spierdalać. Ech ten syndrom sztokholmski. Książę Sów ma swojego Toadiego, bo oczywiście beznadziejne czarne charaktery muszą mieć beznadziejne comic reliefy.

Animacja ładna, ale to Don Bluth.

Pierwszy raz oglądam z polskim dubbingiem (bo Polsat wtedy jako tania telewizja nie chciał wydać dutków na wykupienie praw do dubbingu). Powiedziałbym, że jest pół na pół. Szymański nietrafiony jako Hunch .Jako, że film zawiera segmenty aktorskie, to dubbing postaci ludzkich wypada kiepsko. Szczególnie gryzie się to z ludzką postacią Edmonda, której głos Kasi Tatarak nie pasuje i słychać, że głos podkłada kobieta udająca dziecko. Ale pozytywnie zaskoczyła mnie Joanna Wizmur jako Goldie. Zaskoczony, bo Goldie wygląda jak z fanartów furrasów, a Wizmur to z postaci dorosłych zawsze dubbingowała albo stare wredne baby albo grube wredne baby. Michał Milowicz robi tu partie wokalne Chanticleera i moim zdaniem mógł zagrać także dialogi, zwłaszcza iż jego wokal trochę gryzie się z Suszyńskim (który wypada OK). I w sumie chyba wiem, czemu w Świecie według Kiepskich Milowicz zagrał Elvisa ;}

4/10

Odpowiedz
#13
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...

Odpowiedz
#14
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...

Odpowiedz
#15
Calineczka (1994) - to ten film zapoznał mnie z konceptem straight-to-rynek domowy. Jak widziałem reklamy w telewizji, to automatycznie mówię do mamy: "Chcę na to do kina!", a ta mówi ku memu zdziwieniu, że tego nie ma w kinie tylko na kasety. No i potem ujrzałem na VHSie raz. Przyznam się, że oglądając początek za gówniaka - miałem wrażenie, że Notre Dame jest wyjęte z disneyowskiego Dzwonnika i to jakiś jego spin-off :). Spotkałem się na tubie z jednym komentarzem sugerującym, że ten film (i podobne słabiaki) mógł spowodować u ludzi niechęć do animacji na podst. baśni i bardziej krytyczne spojrzenie na disneyowskie produkcje o księżniczkach. Nie zdziwiłoby mnie to.

Don Bluth wspominał, że scenariusz był bardzo kiepski i było mało czasu na konkretne poprawki. A także dwa tygodnie to za mało, by napisać przyzwoity scenariusz. I cóż, widać to. Oraz to, że klasyczne baśnie nie zawsze nadają się na pełny metraż albo muszą być pod niego zmodyfikowane. Największa zmiana to fakt, że książę elfów (tu o imieniu Korneliusz), który w baśni pojawia się na końcu, tu pojawia na początku i ustanowiony jest jako love interest Calineczki.

Oboje ledwie się znają chyba z godzinę i już mają się ku sobie - XD. Jak potem Calineczka beczy, że Korneliusz rzekomo nie żyje i mówi jaki to on był wspaniały, a mysza dobrze mówi, że jej tak zdaje. Serio, w Disneyu zakochanie trwało dłużej. Romans w Magicznym mieczu, choć też do kitu, był bardziej wiarygodny. Większy XD tym bardziej, że Calineczka odrzuca zaloty Chrabąszcza mówiąc, że go nie zna. Korneliusza też zna krótko, a w jego przypadku chce się hajtnąć. I gdy ma doła, po tym jak Chrabąszcz określił ją brzydką (powinna się cieszyć, że ten zbok dał jej spokój), to jaskółka mówi żeby nie przejmowała się opinią jakiegoś typa i niech przejmuje się opinią drugiego typa. Spotkałem się obroną charakteru bohaterki, jako że przeciwstawia się kretowi bo wreszcie mówi za siebie. Ja nazwę bullshitem, bo rezygnuje z żeniaczki tylko dlatego, że wciąż myśli o Korneliuszu (nadal uznanego za zmarłego). I to zabawne - odrzuca zaloty jakichś brzydkich spermiarzy, ale zaleca się do ustawionego przystojniaka :P.

Dalej - Calineczka chce wrócić do domu. Jej towarzyszem jest ptak o sprawnych skrzydłach. Czemu nie wykorzysta go jako wierzchowca? Gość wygląda na miłego, a ona nie jest jakaś spasła. Jeden problem z głowy. A ta bredzi o księciu i ptaszysko, będące zapatrzonym w siebie głąbem (i na pewno jakimś homofobicznym stereotypem), zamiast pomóc z odnalezieniem drogi do domu, to zostawia ją samopas i szuka księcia nie mając żadnych wskazówek. Lepiej, jej chata jest blisko klubu Chrabąszcza i po tej przygodzie powinna z drzewa ujrzeć dom. Spotyka się ponownie z jaskółką i z jego pomocą powinna dotrzeć do domu, do którego ma kurde blisko. Gostek jest zbędny. W baśni był to sens, bo jaskółka pojawiła się dopiero przy przygodzie z kretem. Pan Andersen opowiada też przedstawił wcześniejszą znajomość jaskółki i Calineczki, ale zrobił to lepiej.

Grundel jest zbyt sympatyczny i głupawy na głównego złego i nie stanowi zagrożenia. Nawet w finale Calineczka traktuje jak bardziej muchę i nie jest nim wystraszona. I sama zaczęła, robiąc mu niepotrzebne nadzieje. Już bardziej Chrabąszcz pasował na głównego złego, bo wygląda jak stereotypowy czarny charakter z melodramatów i generalnie jest creepem (plus ma głos Gilberta Gottfrieda). Ktoś dobrze powiedział, że kret byłby najlepszym kandydatem na głównego villaina, zważywszy że w oryginale ze wszystkich adoratorów Calineczki miał najdłuższy występ (i tak było we wszystkich ekranizacjach, które ja znam). Całkiem była fajna wersja Timeless Tales from Hallmark (którą miałem na VHSie w dzieciństwie) gdzie pokazano kreta, jak pamiętam, jako złego.

Kończąc temat scenariusza - Matka Ropucha mówi Calineczce, by dała se spokój z Korneliuszem, bo potem trza być kurą domową i zajmować się dziećmi. Powiedziała ta, co ma trzech synów :P. Poza tym ślub z monarchą ma tę zaletę, że całe domowe obowiązki przechodzą na służbę. Dalej, film niby dzieje się od jesieni do początku wiosny, czyli co najmniej 4 miesiące, a wygląda jakby trwały pięć dni. Pierwszego dnia zaczyna się jesień (jak sądzę). Po jednym dniu opóźnione przymrozki, potem z dwa dni zimy i za chwilę wiosna. I mój faworyt - z magicznego kwiatka wyłania nastolatka w pełnym ubranku i makijażu. No, dobra ale to był magiczny kwiatek. Ale potem z jajek, raczej niemagicznych, wykluwają kurczęta w nakryciach do głowy.

Z rzeczy bardziej technicznych - animacja jest śliczna. Ale mam zarzut do niezdecydowanych projektów plastycznych - stylistyka momentami jest z lat 30. Np. Heros ma projekt zbliżony do Pluta niż np. do psów z Wszystkie psy idą do nieba. (mimo kreskówkowości jako jedyny z farmy matki Calineczki nie mówi), ale jak Korneliusz i Calineczka mają swój lot, to trafiają na realistycznie wyglądającego łabędzia. A druga połowa to już typowy styl Dona Blutha. Pan jaskółka bardziej przypomina srokę z przepołowionym ogonem. Z kolei design Chrabąszcza, jego minionów i Grundela całkiem dobry i najbardziej się podobał. Piosenki może nie poziom Disneya, ale nie takie złe. Całkiem chwytliwe były piosenki bad guyów. I pojawia się ta piosenka o melodii, która jak Boga kocham się pojawiała w każdym późniejszym filmie Blutha.

Znów dubbing - tym razem Kołbasiuk wypadł dobrze jako villain. Rozmus jako Chrabąszcz to niewypał i bardziej by pasował ktoś z bardziej nieprzyjemnym głosem. Podobnie Chien-Po jako kret. Reszta dobrze obsadzona. I to chyba jedyna rola dubbingowa Jacka Wójcickiego. I jestem pewien, że Tomasz Kozłowicz w Widzę głosy udawał, że nie pamięta żeby grał w Calineczce (oraz w Dzwonniku z Notre Dame 2). Tłumaczę tym, że jak aktor wstydzi zagrania w danym gniocie to potem struga wariata o braku pamięci (jak Ford nt. występu w Star Wars Holiday Special). 

2/10

Odpowiedz
#16

Odpowiedz
#17
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...

Odpowiedz
#18
The Small One - na bożonarodzeniowy maraton w samo Boże Narodzenie ostatnia rzecz od Dona Blutha w Disneyu (+ jeszcze Richard Rich, ten od Księżniczki łabędzi robi tu muzykę). Czuć ten vibe Blutha poprzez rozpoznawalny styl graficzny i wykorzystanie rotoskopii. Ale z kolei znacznie płynniejsza animacja i piosenki w dość starym stylu zdradzają, że jednak to Walt Disney Productions.

Świetnie ukazano starość tytułowego osła - w każdej sekundzie widać jego zmęczenie i wolniejsze ruchy, momentami przypominało się jak moja sunia podobnie się zachowywała w ostatnich latach życia. Dobre też opowiadanie obrazem jak scena, gdy osiołek ledwo daje z chrustem i jego właściciel niechętnie decyduje się na jego sprzedaż i wie, że musi się przygotować od ciężkiej rozmowy z synem. Film podchodzi do tematu dorośle - ojciec zgadza się, by to syn nadzorował sprzedaż (bo ten chce upewnić się, żeby zwierzak wpadł w dobre ręce), ale każe mu jednak zwierzę sprzedać, co w końcu się staje. Warstwa emocjonalna też daje radę - chłopiec jest związany ze zwierzakiem i bardzo chce dla niego jak najlepiej, co otoczenie mu nie ułatwia.

Też jest odpowiedniej długości i nie przeciąga całości, więc nadawałby się na Wieczorynkę w okresie świątecznym. Dzisiaj pewnie by nie powstał, bo zbyt religijny. Ale Don Bluth to umiał w okołochrześcijańskie bajki, które nawet ateista i antyklerykał może obejrzeć bez uczucia żenady.

Nie chce mi się szukać minusów i niech ma 10/10

Odpowiedz
#19
Oryginalna wersja Wszystkie psy idą do nieba 2:

Odpowiedz
#20
Dzisiej były dwa pełnometrażowe filmy Dona Blutha - pierwszy i ostatni.

Tajemnica IZBY - NARESZCIE obejrzałem całość. Kiedy widziałem jak ok. 5-letni berbeć zapowiedź na Super RTL, to wyglądał na faktyczny horror. I znacznie później widziałem fragment też na Super RTL pod koniec podstawówki. Był w chuj mroczny. Zdecydowanie najmroczniejszy i (chyba najbrutalniejszy) film Blutha. Nikodem wygląda szczególnie creepy (zwłaszcza z tymi kościotrupowymi paluchami) i można pomyśleć, że to villain - ja tak myślałem widząc rzeczony fragment.

Bluth w założeniu miał przywrócić dawny urok starych Disneyów. No i przywrócił, jednocześnie z tamtym mrokiem. Że krew w tym się pojawia (i to kilka razy), mnie nie dziwi. Ale zaskoczyło mnie, że Justus mówi "damn". W ogóle film nie pieści się, bo co chwila postacie spotyka albo przykrość albo musi uciekać przed niebezpieczeństwem (nawet wejście do różanego krzewu jest groźne, bo tam wiją się jakieś włochate polipy) i nie unika tematu śmierci. Po wydarzeniach Potulna (dziwne, że nie nadali jej imienia) powinna poprosić o porządnego psychologa, bo PTSD ma gwarantowany.

Co chwalić, to że film prócz tego mroku unika tego późniejszego badziewia obecnego w animkach dla dzieci. Główna bohaterka to żadna natka chcaca więcej, a Matka Polka i to będąca na wiecznym załamaniu nerwowym. Jej dzieci są poboczne i nie są cutsie-wootsie. Comic relief ma jakiś urok i zaskakująco potrafi być pomocny. No i nie jest dominującą postacią i pojawia się tylko wtedy, gdy wymaga tego fabuła. Też chwalę fakt, że mniej idzie stereotypowo ze zwierzakami. Bo najlepszym funflem myszy jest krukowaty. A inny gatunek gryzonia to jakieś zrzędliwe babsko. I trochę pograli ze szczurami, zwykle villainami w tego typu historiach. A puchacz, uważany za mądrego, jest ukazany dosłownie jako demon. Podobnie kot domowy. Bluth, Pomeroy i Goldman przewidzieli, iż kot jest inwazyjnym gatunkiem, bo pokazano jako bestię przed którą każdy spierdala nawet wrona. I jedynie nie poluje na szczury. Zaskoczyła mnie drobna rola villaina, jak i mała skala finału.

Podziwiam też jakość animacji, jako że to był film niezależny i nie należał do drogich (i porównałem to z ówczesnymi Disneyami). Zwłaszcza, iż jest na co popatrzeć. Rotoskopowe rzeczy u Blutha są bardziej jak z Bakshiego. Zaskakująco na lata 80. zwierzęce postacie kobiece mają tu wibrysy, a zwykle Bluth unikał tego elementu (W Amerykańskiej Opowieści na pewno nie miały). Całkiem logicznie wyjaśnia dlaczego jedne zwierzęta noszą ubrania, a inne nie. Swoją drogą, gdy Potulna zdejmuje płaszczyk, to czy nie liczy się to jako goła baba i czy nie powinna mieć czarnych pasków :)?

Częściowo z polskim dubbingiem. Który jest wyjątkowo średni. Dubbing zrobiło TVP, która z reguły kaszany nie odstawia, ale to zlecenie otrzymał najsłabszy ich reżyser. Np. Jacek Bończyk jako villain? Z całym szacunkiem to taki miscast żeś ja cię pierdzielę. Szczególnie, że w obsadzie był Ryszard Olesiński, który byłby sto razy lepszym wyborem i dałby dużo budzący grozę występ. Myślę, że Boberek (będący tu Jeremim) też wypadłby spoko jako groźny villain. Będąc przy Boberku, nie jest złym wyborem, ale bardziej do Jeremiego pasowałby ten jego chrapliwy głos Gonza/Golluma. I Boberek wykonuje piosenkę napisową. Choć nie jest on złym śpiewakiem, jednak Paulem Williamsem też nie. Z kolei dzieci ni chuja brzmią jak dzieci. Zwłaszcza najmłodsze mające głos dojrzałej kobiety XD. Że oddział dubbingowy TVP nigdy nie obsadza dzieci w rolach dzieci, wiem od dawna, ale mogli dać bardziej pasujących aktorów. Poza tym kto to tłumaczył? Imiona zostały spolszczone z wyjątkiem Jennera przetłumaczonego jako Joker. XD. Nie mogli przetłumaczyć... nie wiem, Janusz? Jaromir? Jurand? O dziwo, tłumacz przetłumaczył wronę nie na kruka, ale na gawrona (choć pomijam to, że gawrony nie mieszkają w Amerykach). Ale co pochwalę... wspomniany Olesiński gra tutaj Nikodema i nigdy bym nie zgadł, że to ten sam aktor co gra Scooby'ego czy Osiłka. I ja osobiście nigdy bym nie wpadł do zatrudnienia roli pasującej do Stanisława Brejdyganta. Chyba to najlepszy występ Olesińskiego.

I zdecydowanie najlepszy film Dona Blutha. 

9/10


Titan: Nowa Ziemia - zmieniam zdanie - TO jest najbrutalniejszy film Blutha. Jak Cale tłukł się z tymi kosmitami na początku to widać na jego wardze strużkę krwi. No, OK - można przeboleć. Ale potem dostaje dwa krwawe postrzały. Tak jak Akima. I jak się biją , to jest pełen realizm . I pada wiele trupów, chociażby śmieszny stworek grany przez Mieczysława Morańskiego zostaje zabity w kadrze przez złoli (co prawda zostaje zmieniony zielony kisiel i nie będzie się miało traumy, ale nadal). Szczerze sądziłem, że to oryginalnie miało PG-13, a nie PG. Hero jest dupkowaty i nazywa kosmitów debilami w polskim dubie (wtedy to słowo raczej nie przechodziło w filmach stricte dla dzieci). I Wietnamka prosi o wódkę.

I myślę, że dlatego też poległ finansowo. Mam wrażenie, iż film nie wiedział do kogo targetować. Styl graficzny i komedia przywodzi coś dla młodszego widza, co kłóci się z resztą - skręcanie karku i realistyczne brutalne kopanie leżącego. Plus szorstkością m.in. przytłumiona paleta barw. I treść też bardziej dojrzała. A sułtanka kosmitów też porozumiewa się napisami. Ale też podejrzewam, że problemem było wieloletnie zachodnie zmarginalizowanie animacji do rozrywki wyłącznie dla dzieci, późniejsze niezrozumienie o co chodziło temu Waltowi z kręceniem filmów dla całej rodziny (do lat 60. nie było wstydem pójść jako dorosły na film animowany) i kurczowe trzymanie się demografii dziecięcej. I dorośli ludzie mogą się odbić od animacji, nawet jeśli jest przeznaczona 16+.

Jak tam myślę, to ten film i Książę Egiptu to jedyne takie w pełni "dorosłe" animowane filmy z tego okresu. Ponieważ fabuła spokojnie mogła znaleźć w filmie aktorskim, nawet włączając te bardziej kid-friendly elementy (których też nie jest za wiele). Bluth i Goldman trochę wyleczyli się z żałoby po Judith Barsi i mogli popuścić cugli, dzięki czemu film ten się wyróżnia. Animacja jak to u nich, zwykle dobra - oczywiście ta 2D. Bo ta 3D... tła komputerowe widać, że komputerowe i mocno postarzały produkcję (jak i te wszelakie 2000s white boy metalowe piosenki robiące za soundtrack). Fabuła jest OK. Silna kobieta to faktycznie silna kobieta, ale bez dzisiejszego krindżu i romans między nią a głównym bohaterem wypada całkiem naturalnie. Dobrze też poprowadzili motyw twist-villaina i to podwójny (i osobowości obu postaci są takie same przez cały film. I przy jednej z nich można się domyśleć, że zdradzi tych dobrych).

Z dubbingiem oczywiście. I mniemam, że został zlecony, gdyż pewnie kierowano to u nas jako dla dzieci, bo inaczej w kinie mielibyśmy napisy, a w TV tylko lektora. Wszystkie głosy dobrze obsadzone, a na szczęście celebrytoza jeszcze nie dopadła naszych dubów (najbliżej jest tego Graczykowa jako wkurwiona kangurzyca). I miło, że Ewa Złotowska też miała świadomość z czym ma do czynienia, bo pozwoliła na lekko ostrzejsze teksty (wspomniane debile). 

W innym wymiarze film by nie bombnął i nikt by nie robił halo, że jest robiony w innym medium.

7/10

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Filmy Disneya / Pixara Maik 1,300 245,235 17-04-2026, 22:52
Ostatni post: Mefisto
  Filmy Suzie Templeton Negrin 2 2,993 27-02-2008, 15:16
Ostatni post: Mefisto



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości