Filmy Dona Blutha
#21
(18-09-2025, 13:37)OGPUEE napisał(a): I zdecydowanie najlepszy film Dona Blutha. 

9/10

OK, to mnie zaskoczyło. Animacja ładna, ale historia mocno nierówna, film wręcz można podzielić na dwie sklejone na ślinę połowy, tak jakby nagle zmienił im się koncept. No i czy taki mroczny znowu? Już nie przesadzajmy. To jest wszystko bardzo pluszowy mrok, choć są momenty. Generalnie to chyba jeden z tych filmów, które naturalną siłą rzeczy nie siadają już tak dobrze po przekroczeniu pewnego wieku.

6-7/10
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#22
Dla mnie też film tylko niezły. Choć sama Pani Brisby bardzo sympatyczna.

A co do "Titan A.E." i jego porażki w BO, to wydaje mi się, że marketing tego filmu praktycznie nie istniał. Tak jak poprzedni film, "Anastazja", widziało się na zwiastunach, reklamach w TV i plakatach na ulicy, tak w czasach premiery "Titana" nawet nie wiedziałem, że jest coś takiego (dowiedziałem się dopiero, jak film już leciał w TV). A szkoda, bo to akurat taki typ filmu, który na pewno by mnie wtedy ściągnął do kina.

Odpowiedz
#23
Ja za to pamiętam kolekcje ubrań Titan w Levisie czy Wranglerze, więc tam były próby przebicia się do nastolatków, po prostu ten film powstał za wcześnie i dlatego nie przebił się do szerszej świadomości. Dekadę później byłby hit.
http://www.filmweb.pl/user/Corn

"Pierdu-pierdu, siala-lala; Braveheart kosmos rozpierdala" - Bucho


Odpowiedz
#24
Może wyjdę na ignoranta, ale dlaczego dekadę później byłby hit? Jeśli dobrze kojarzę, dekadę później królowały animacje full-CGI, które - prawie wszystkie - były reklamowane jako "komedie dla całej rodziny", więc tutaj "Titana" średnio widzę.

Odpowiedz
#25
Bo publiczność nie patrzyła by na animacje i myślała „baja dla dzieci”. Kultura nerdów swoje zmieniła. Co do stylu animacji to możliwe, że masz rację, ale nie wzialem tego pod uwage :D - możliwe, że dziś byłoby jeszcze lepiej niż wtedy czy dekadę później z animacją w stylu ostatniego Kota w butach
http://www.filmweb.pl/user/Corn

"Pierdu-pierdu, siala-lala; Braveheart kosmos rozpierdala" - Bucho


Odpowiedz
#26
O dokładnie. Wtedy mniej więcej każda animacja była reklamowana tak, że nawet gimnazjalista może pójść na nią bez wstydu. A Tytan: Nowa Ziemia to w sumie znalazłby największy poklask wśród gimnazjalistów.

(18-09-2025, 13:49)Mefisto napisał(a): No i czy taki mroczny znowu? Już nie przesadzajmy. To jest wszystko bardzo pluszowy mrok, choć są momenty.
Jednak miał w sobie coś niepokojącego i mniej było tej przytulności niż w innych animkach dla dzieci z uroczymi zwierzątkami. Np. retrospekcja z laboratorium przywodzi bardziej na myśl Plague Dogs. Finał polega na tym, że dzieci nieomal toną w bagnie, a gdy ich matka chce biec je ratować, jeden z good guyów ją powstrzymuje, by ratowała własny ogon. A i sporym motywem jest, że jedno z dzieci ma chorobę, od której może wyciągnąć kopyta. Patrz na ówczesnego Disneya - W Lisie i psie nie zdecydowali na uśmiercenie jednej postaci, co położyło dramaturgię, no i dali dwóch śmieszków nie pasujących do filmu, bez których film mógł się spokojnie obyć. Taran i magiczny kocioł to też chciał zjeść ciastko, ale wciąż mieć te ciastko (co się na nich mocno zemściło).

Powiem za siebie, ale skoro ja w młodości odczuwałem ten niepokój, to co powiedzieć o dzisiejszym pokoleniu. A nawet Bambi potrafi wzbudzić grozę, że mój siostrzeniec wprost się bał sceny z psami i gdyby nie moja interwencja, siostra pewnie przerwałaby seans. A sam przyznasz, że za Chiny Ludowe Tajemnica IZBY nie dostałaby kategorii G w obecnych czasach. Sama obecność krwi i to dość spora jak na film jednak dla dzieci by ją zdyskwalifikowała. I dzisiaj nie miałaby szans powstać w tej formie jakiej powstała w 1982 roku. Garniturki i organizacje mam nie pozwoliłyby, by Nikodem czy puchacz wyglądały jak potwory, bo "to dobre postacie, a one muszą być przyjazne dla oczek". I też wymusiliby większy czas ekranowy dla Jeremiego i związany z nim slapstick. I najlepiej zmieniliby mu gatunek na jakiegoś wróbelka albo gołąbka, bo panie - gawron kracze i wygląda złowieszczo. Nawet farmera i jego rodzinę tu pokazano jako normalnych ludzi zamiast prymitywnych rednecków. Zresztą w późniejszych filmach to Bluth musiał iść na kompromisy. I nie zapominajmy, że dziś wyższy rating dostają filmy typu Frozen czy Inside out za dosłowne jakieś głupoty.

I w porównaniu z późniejszymi filmami Bluth (zwłaszcza z następną dekadą) ten film na pewno znajduje się w czołówce jego twórczości. Przy czym też powinienem sobie przypomnieć Amerykańską opowieść i Pradawny ląd.

Odpowiedz
#27
(18-09-2025, 19:35)OGPUEE napisał(a): Powiem za siebie, ale skoro ja w młodości odczuwałem ten niepokój, to co powiedzieć o dzisiejszym pokoleniu.

Nie wiem czy dzisiejsze pokolenie byłoby w stanie wytrzymać tempo tego filmu ;)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#28
Mefi kwestionował Tajemnicę IZBY jako najlepszy film Blutha, ale nie zamierzałem kłócić, bo wieki nie widziałem dwóch następnych filmów (bo pewnie o te mu chodziło). Więc czas zweryfikować ocenę.

Amerykańska opowieść - drugi pełny metraż Blutha w karierze i drugi raz o myszach. Tym razem żydowskich uciekających przed pogromami kocich Ukrów. Oczywiście Bucho zacznie te swoje pierdzieluchy o Żydach i subwensjach, mimo że historia jest więcej niż ponadczasowa, a nie licząc wzmianki o chanuce to mogła być każda inna narodowość w Rosji (czy w ogóle Europie). I żydek jest na łasce bardziej rozgarniętych gojów. Nie oszukujmy się - Warren jest tu bliższym obrazem Żyda ;). Co do Warrena, zauważyłem znowu dość mała rolę villaina (podobnie comic reliefa, który tu pojawia się dość późno). I u Blutha wciąż wisi tu smutek i szorstkość świata. Wiele razy nasz Felek ma okazję natknąć się na bliskich, ale scenariusz uznaje okrucieństwo wobec nieletnich. A jest to też całkiem ciekawe i subtelne ukazanie trudnych warunków imigrantów do USA i rozczarowania amerykańskim snem (nawet na granicy zmieniają imiona w dowodzie, bo tak). I zabawne słyszy się słowa ojca, że w Ameryce wolno wszystko mówić patrząc co dzisiaj się wyrabia w Trumpolandii. Mimo to jest znacznie pogodniejszy od Tajemnicy IZBY, a też sama historia nie jest mroczna, choć pozwolono na czarny humor jak czuwanie przy martwym myszonie. Ba, nikt tu ginie bezpośrednio na ekranie. Nawet polityk, któremu bardziej na chlaniu niż na wyborcach, też jest całkiem pomocy. No i Bluth starał być odmienny i stworzył Tygrysa, bo nie chciał ponawiać stereotypu kota-złola.

Są tu musicalowe piosenki, co zbliża do podróby Disneya. W zasadzie można byłoby je wyciąć, bo niczego nie wnoszą i zostawiłbym tylko piosenkę Feivela i jego siostry. I jeszcze "Nie ma kotów w Ameryce" wpada w ucho. Feivel był irytujący, zwłaszcza na początku, no i rozdzielenie wynikło wyłącznie z jego winy, ale widać jego naturalną dziecięcą ciekawość i czuć jego próby emocje. I animacja znakomicie oddała jego zagubienie. Co do animacji, pierwsza scena wzięła mnie z zaskoczenia na widok realistycznego płatka śniegu. I co chwila wita nas piękna sceneria. Mimo, że jest ten sam styl graficzny, to udało się zaprojektować myszy tak, że odróżniają się od tych z IZBY. I co zaskoczyło, to z kolei ludzie są rysowani bardzo realistycznie. Co uwierało mnie, to czasem niekonsekwentne pojawianie się wibrysów, bo Feivel i Tanya mają je, ale już mame nie. No i irytowało mnie co ciągłe montażowe ściemnianie obrazu. Za to muzyka Hornera potężna.
 
I przy okazji to pierwszy raz całość widzę w polskiej wersji językowej. Obu dubbingów widziałem tylko fragmenty w telewizji, a całość wcześniej to po niemiecku. Dostępny w internetach na razie jest ten drugi, więc ten oceniam. Jest generalnie dobra, ale drażnił mnie polski głos Feivela. Są aktorki, które umieją naśladować głosowo małych chłopców, ale Magdalena Krylik do nich nie należy (chyba to jej jedyna męska rola). Nie wiem czemu nie zatrudnili jakiegoś chłopca, jak to było w oryginale (w Zaginionym lądzie tak zrobili). Szczególnie, iż te sieroty dokuczające Feivelowi są grane dzieci. Swoją drogą ciekawe, że także w pierwszym dubie Feivela gra kobieta.

7,5/10


Pradawny ląd - dziwne, że Król lew nie jest o oskarżany o plagiat tego filmu, gdyż dziecięcy protagonista ma więź z rodzicem, którego zabija złol, po czym dzieciak ma traumę błąka się po nieprzyjaznej pustyni i duch rodzica pojawia się, by wesprzeć go w kręgu życia. Widać wyraźnie, że w przypadku tego filmu były tarcia z producentami. Szczególnie to obecne jest w niedorobionym finale, gdzie w scenie jednoczenia się dziadka jest przypominawczy stock footage. Z kolei scena z Kopaczem została specjalnie dorobiona, by dzieciaczki nie miały deprechy (phie, te ejtisowe dzieci były takie delikatne :P). No i ten narrator, który jeszcze się sprawdza na początku, ale potem jest wciśnięty nachalnie i tłumaczący oczywistości. Mamy dramatyczne dzielenie się kontynentu i w środku tej dramatycznej wlatuje narrator z wykładem, zamiast poczekać na koniec. Pewnie to relikt oryginalnego zamiaru Blutha, by dinki nie mówiły.

No i Ostroząb to bardzo jednowymiarowy zły, który ściga młodzież, bo tak. Poza tym powinien zginąć w pierwszej sekwencji i dzieciaki byłyby ścigane przez jakieś inne skurwozaury, bo natura preferuje mafijne metody. Zresztą czytałem, że Ostroząb miał być kimś w rodzaju seryjnego mordercy, co byłoby ciekawsze i dające nieco głębi niż "roślinożercy dobrzy, a mięsożercy zabijające dla przetrwania złole, które muszą mieć obowiązkowe badania psychologiczne". Szczególnie, że liźnięto fakt, że roślinożercy niespecjalnie się lubią między sobą. Realistycznie podszedł do kwestii rasizmu i uprzedzeń. Dorośli różnych gatunków nie będą za pan brat wymyślając wymówki, a ich dzieci niby w teorii podzielają ich zdanie, ale jak przychodzi co do czego, to owe dzieciaki wspólnie się bawią. Co potem też film porzuca, gdy Liliput "jednoczy się" z Cerą. I o ile oboje są jakoś zarysowani, to reszta ferajny jest dość jednowymiarowa. Pteruś trochę jest słabym comic reliefem, ale uchodzi i Bluth przynajmniej umiał uzasadniać obecność takowych. Też pochwalę odwagę Blutha i Spielberga, że nie tylko zabili matkę, ale i jej śmierć odbywa się w kadrze, gdy ówczesny Disney dygał się nawet, by uśmiercić drugoplanową postać pozytywną. Wczesny Don Bluth to był Smarzowski, tyle że dla dzieci i o większym wyczuciu.

Co nowszy film Blutha i bardziej zjawiskowa animacja. Wstęp kojarzy się z "Świętem Wiosny" Fantazji, a nie licząc cukierkowych projektów młodych czuć tą naturalistyczną szorstkość (np. widoczny szkielet parazaurolofa), która jest obecna przez resztę filmu. I mimo, że w większości to kamienista pustynia, to zaskakująco jest sporo soczystych kolorów. Muzyka Hornera nadal dobra, ale z tą podniosłością też czasem przesadza i jest nachalna.

Też znowu pierwszy seans z polskim dubbingiem, bo wcześniej widziałem dwa razy po niemiecku (raz w Berlinie na wystawie animatronicznych dinozaurów, które robiły wrażenia dla kilulatka, a drugi raz w wieku 11 lat na Super RTL). Też znowu dorośli grają dzieci, ale Cera i Kaczusia są dobrze dobrane, Bończyk też jest lepiej dobrany jako Pteruś, bo można zakładać że jest nastolatkiem przechodzącym mutację/ No i ten najważniejszy, czyli Liliput, jest grany przez dzieciaka. Może nie jest najwybitniejszym aktorem, ale wypada naturalnie i dobrze odegrał sceny rozpaczy. Też dla mnie ironiczne jest to, że w oryginale aktor co dubbingował Liliputa, później grał tego małego chujka z Robocopa 2.

7,5/10

Cóż, jednak Tajemnica IZBY nadal obroniła swą pozycję w moim rankingu i na jej korzyść wypadły brak kompromisów. Ale i tak trzeba przyznać, że dwa następne filmy Blutha są na podium i jak ktoś stawia któryś z nich na pierwszym miejscu, to ja widzę argumenty dlaczego one się znalazły. I wielka szkoda, że w latach 90. Bluthowi posypała się kariera i dopiero za Anastazji jakoś się odbił.

Odpowiedz
#29
Sequeli Pradawnego lądu nie zamierzam oglądać i powtarzać (a parę widziałem na Super RTL), bo jest ich milion, a wszystkie poza dwoma czy trzema to oczywisty chłam wyłącznie dla dzieci. Ale Amerykańska opowieść to inny temat (i mniej do przerobienia). Czy żałuję? Cóż...

Amerykańska opowieść. Fievel jedzie na Zachód - Bluth w wywiadzie z Dougiem Walkerem wspominał kurtuazyjnie, że krindżował na widok tego sequela. To wolę nie myśleć, co sądzi o innych. Bo to chyba jest najsolidniejszy sequel do któregokolwiek z jego filmów. Na pewno pomogło dwójce to, że to produkcja kinowa, więc o jakość techniczną można być spokojnym. A film jest prześliczny i w nim sporo kadrów do oprawienia. Rzadki przykład, gdzie animacja jest lepsza niż w pierwowzorze. Też trochę pamiętał, że dzieci rosną. Tania ma nieco inny fryz i już jest w fazie dojrzewania. Podobnie Fievel też ma inne proporcje twarzy. Chociaż ich niemowlęca siostrzyczka dalej ssie cyca. Swoją drogą w jedynce niemowlak zniknął w połowie filmu i nikt o tym nie wspomina (patrząc na sytuację finansową Myszkiewiczów i ówczesną śmiertelność, na pewno zmarło). Zaś Tony i Bridget (zjawiający się jako "mrugnij, a przegapisz") mają już dziecko.

Co jest gorsze, to scenariusz. Nagle teraz Tygrys i Fievel są najlepszymi kumplami. Gdy na logikę to Tony pasował na best frienda, ponieważ on i Fievel są w zbliżonym wieku i więcej spędzili czasu w jedynce, której Tygrys był dawno dorosły i przyjaźń z Fievelem ograniczała się do tego, że nic nie miał do dzieciaka i nie był mordercą. Tyle. I miał on krótki występ. Z kolegi idolem Fievela ijest pies (który okazuje się Lukiem z The Last Jedi). Który jest heroiczny i wogóle. Oczywiście znam ten amerykański kult psów, ale naprawdę. Psy też nie pogardzą gryzoniami, którym nie robi różnicy, jakiego gatunku jest ich oprawca. Bardziej by pasował jakiś inny gryzoń. Może szczur, bo ten potrafi się rzucić z pięściami do gigantycznego zbira. Chyba tylko Bambi z hollywoodzkich animacji pokazał psy jako jednoznacznych skurwysynów (i jeszcze Bad Luck Blackie  Texa Avery'ego). Fievel niczego się nie nauczył z jedynki i znów pcha się w niebezpieczeństwo i na własne życzenie zostaje rozdzielony z rodziną (przynajmniej ta część jest relatywnie krótka i szybko się jednoczy). I myszy jednak są głupie, bo wszyscy zawierzają mysiemu Pinokiowi, a także jest ten trop, gdzie nikt nie wierzy głównemu bohaterowi w prawdziwe intencje złych. Co mogę jednak pochwalić, sequel też stara się być inny. I pisząc inny nie mam na myśli "róbmy bieda-musical disneyowskiego renesansu". Idzie w western przygodowy. Też pokazuje, że w Ameryce dalej jest chujowo i jak pozbędziemy jakichś gangsterów, to ich niszę zastąpią inni. Villain bardziej pamiętny. Podoba scena, gdzie zły autentycznie zachwycił się śpiewem Tanyi.

Do tej części też powstały dubbingi, ale w internetach nigdzie nie można znaleźć obu dub, więc znów ten z DVD. Znów zarzutów do obsady nie mam. Dziwi mnie, że piosenki w pociągu nie zdubbingowali. To chyba ostatni występ Bukowskiego przed jego śmiercią.

6/10


Amerykańska opowieść. Skarb wyspy Manhattan - cofamy do wydarzeń sprzed dwójki, bo Myszkiewicze dalej mieszkają w NYC. Bo gdyby musieli kontynuować wydarzenia po Fievel Goes West, to Fievel musiał być nastolatkiem po mutacji i zginąć na froncie WW1. Wielkie zaskoczenie. Bo wita nas piękna animacja telewizyjna pasująca do Bajkowego Kina TVN, chujowe numery muzyczne, i olanie oczywistego rozwoju - Skoro w jedynce Fievel ocalił całą społeczność przed kotami (co zauważył nawet ten skorumpowany polityk), to jego rodzina powinna mieć jakieś granty, a nie kiszenie się na pół etatu w Fabryce Szczurex spółka zoo. A potem fabuła się rozwija i... jest ona dobra. Wiele motywów pasuje tematycznie do jedynki - zawyżone oczekiwania, knujący psiembiorcy korumpujący nawet policję, wykorzystanie ksenofobii, relacje tubylcy-osadnicy... I jest całkiem realistyczny pod względem przemocy. Np. jakiś strajkujący dostał ostry wpierdol, że aż ma widoczne czerwone rany. I to jedyna część w serii, gdzie padają trupy (dokładnie dwa). Tanya dostaje ciągle po dupie - stary wyładowuje na niej frustrację, nie może iść na wyprawę i musi prać majty i jest na ostrzu z bratem.

Plus głównym wątkiem jest to jak Indianie wycierpieli i lepiej, żeby nie przyjmowali kultury Europejczyków. Co jest nawet zabawne w kontekście dwójki, której mieliśmy mysich Indian, dzikich i pazernych i ogólnie niezbyt poprawnie politycznie ukazanych ;). Przy czym zachowali uczciwość, bo wśród imigrantów hejtających Indian są też stereotypy z nie-europejskich krajów, a wodzu Lenapów też poprawnie powiedział, ze rdzennych mieszkańców wyrżnęły m.in. choroby. I realizm, bo profesor mówi, że Indianie to prostu błędna nazwa, a i tak więcej mówi się "Indianie", no bo tak wtedy mówiono.

Co jest kulą u nogi to jednak ta telewizyjna animacja i słabe projekty postaci. Większość nowych postaci wygląda jak ludzie w dogfaces (choć w tym wypadku mousefaces); nie uwzględnili wibrysów nawet przy postaciach męskich. Dwa poprzednie filmy jakoś potrafiły zaprojektować antropomorficzne myszy zachowując ich cechy gatunkowe. Dochodzi do tego jeszcze, że nie ma wizualnego rozróżnienia między myszami a szczurami. I tylko Dyderko wygląda szczurze. O, kontynuując wątek złymi są szczury-kapitaliści. Bo skoro idziemy w banały, to z gryzoni szczur ZAWSZE musi być złym (choć dla równowagi dali dobrego szczura - archeologa używającego poprawnego określenia na Beringo Amerykanina). Powiewem świeżości byłaby historia, gdzie to szczur jest heroiczny i szlachetny, a mysz jest najgorszego sortu złoczyńcą.

Dać kinową animację, zmienić parę rzeczy w skryptu i mamy przyzwoity sequel. 

6/10


Amerykańska opowieść. Tajemnica potwora z Manhattanu - no i ostatnia cześć za mną. Wszyscy jechali po tej części, a mi się całkiem znośnie oglądało. Jak tytuł mówi, Myszkiewiczowie nadal siedzą z NYC. I skoro już ten pobyt ten trwa, a sytuacja finansowa pewnie się nieco ustabilizowała, to Fievel już dawno powinien już nosić jakieś lepsze ciuchy, skoro Tania nosi przyzwoite suknie do pracy. Także są te przebłyski komentarza społecznego, bo jest dziennikarka śledcza, która chce badać spiski polityczne, gdy jej szef rzuca fejk niusy, by polepszać sprzedaż gazety. Jako, że to jeszcze końcówka lat 90., to leje na poprawność polityczną, gdyż dalej mamy chamskie stereotypy, bo chińska mysz mówi "Ja mieć dosyć kocica" :). A Nellie robi znak krzyża przed analizą kłaczków potworka.

Scena koszmaru, znalazła by się i u Blutha, gdyby była lepsza animacja. Ta cześć już bardziej traktuje psy jak we Flow, bo główną złą jest pudlica z dredami (pomylona że szczurem), ale żeby nie robić zamachów na świętości, to potem mamy watahę nobliwych bezpańskich psów. Nie spodziewałem się też nawiązania do Pancernika Potiomkina z upadającym wózkiem po schodach. Mimo to jednak sequel straight-to-video, bo fabuła to bardziej to rozbudowany odcinek serialu telewizyjnego i jak w poprzedniej części też są wciśnięte na siłę numery muzyczny, no i chujowe projekty postaci, zwłaszcza kotów urwanych z Wunschpuncha niż do Dona Blutha. Najsłabsza z części, ale mogło być jednak gorzej, zwłaszcza jak się porówna to z analogicznymi disneyowskimi sequelami.

5/10

Odpowiedz
#30
Anastazja (1997) - miałem ilustrowaną nowelizację, ale filmu nigdy nie widziałem na kinowym ekranie. Ba, wcześniej widziałem na TVP Anastazję od Golden Films (jedną z tych mockbusterowych wytwórni animacji, co grasowały w latach 90. po wideach). A bluthową Anię widziałem jakieś fragmenty na Polsacie, z lektorem (yuck!). I dopiero w pełni Anastazję widziałem też w TVP, i na szczęście z dubbingiem. Nie wiedząc nawet, że był to drugi dubbing. I dopiero koło liceum obejrzałem z tym kinowym dubem.

Wiele osób zżymało się na ahistoryczność filmu i przerobienie na bajkę. Przyznaję, cukierkowy początek, gdzie hucznie świętujemy imprę ówczesnego odpowiednika oligarchów i mamy przejmować się uprzywilejowaną (i zapewne rozwydrzoną :)) smarkulą, ogląda się dziwnie patrząc jaka była historia. I rewolucja, nie wiadomo z którego miesiąca, wybuchła za sprawą złego maga, a nie że ludzie się wkurwili, bo car (bardzo tragiczna postać skądinąd) był bardzo chujowym władcą. Ale jak przymknie się oko na nieścisłości, to film wypada całkiem nieźle.

I choć korzysta z wszelkich możliwych ówczesnych tropów Renesansu Disneya, to jest najlepsza jakościowo podróba Disneya, która rozumiała w czym tkwił sukces Myszy. Piosenki czemuś służą (i są naprawdę dobre, nawet piosenka o Paryża służąca do cameosów ówczesnych celebrytów), Anka jest dość aktywna i jak są sceny zagrożeń nie siedzi bezczynnie. Romans między nią a Dymitrem wypada całkiem naturalnie i wiarygodnie, postacie w większości czemuś służą (nawet zwierzęcy sidekick jest umotywowany fabularnie i ma udział w finale). Comic relief, czyli Bartok, mimo że na dobrą sprawę nie musiał tu być, to jest niecodzienny, bo nie drze japy, nie rzuca one-linerów i zaskakująco aż tak komediowo się nie zachowuje. A przypomnę, że dodatkowo jest przydupasem złola. I też odświeżająco to gruncie rzeczy to postać pozytywna, która nie pochwala działań Rasputina. Zresztą spotkałem się z ciekawą teorią, że Bartok dołączył do Rasputina, bo był wówczas edgy-nastolatkiem, a po 10 latach naturalnie zmądrzał (i faktycznie jest rozsądny). Z kolei Rasputin to słaby złol bez większej motywacji i to on bardziej zachowuje jak śmieszny sidekick złola niż faktyczny śmieszny sidekick złola w filmie. I można było się obyć bez niego, bo aż tak nie wnosi nic do fabuły. Do samej fabuły nie mam większych zastrzeżeń, a co na korzyść wypada, to fakt, że animowana Anastazja to w zasadzie liar revelaed, ale nigdy nie jest wymieniana jako przykład i widz tego nie odczuwa (już raz pisałem, że Bluth jako jedyny robił tę kliszę znośnie). O wspaniałej animacji nie muszę mówić, bo to oczywistości. Zwłaszcza scena wyobrażeń w Pałacu Zimowym robi wrażenie.

I tym razem powtórzyłem z dubbingiem nie tym kinowym, a telewizyjnym, gdzie Anastazją jest Alutka z Rodziny zastępczej (jest na cda, jakby ktoś był ciekaw). Też jest dobry, głosy są dobrze dobrane i nie ma uczucia dyzonansu (jak z Księżniczką łabędzi). Jak to dubbing TVP, dziecko gra osoba dorosła, w tym przypadku Trzepiecińska gra małą i dorosłą Anię. Ale dobrze sprzedaje iluzję małolaty i jako dorosła lepiej wyszła od Skrzyneckiej, która brzmiała czasem jak z fandubu. Rasputin i Bartok też lepiej dobrani, Sophie i cesarzowa słabsze, Dymitr i Władymir dobrzy w obu wersjach. Przy czym słychać, że słychać, że Kozłowicz aż tak utalentowany w śpiewu nie jest (Kawalec lepiej zaśpiewał piosenkę) i nic dziwnego, że Calineczce i Dzwonniku miał dublera. Ale ma w głosie jakąś pasję. Ogólnie oba duby mają dobre i słabe strony i oba oceniam po równi. BTW, czytałem, że w oryginale zapisy rosyjskich patronimów był nieco pofolgowane, a oba polskie duby to poprawiły.

(05-08-2016, 23:01)al_jarid napisał(a): Tak że generalnie ja najbardziej lubię te najpóźniejsze filmy Blutha - "Anastazję" i "Titan: A.E.". Zgadza się, w momencie, gdy fani jego twórczości stwierdzili, że Bluth obniża loty, mnie się dopiero to co robi zaczęło wreszcie naprawdę podobać.
Serio, ktoś tak twierdził? Anastazja jednak jest wymieniana w tych "dobrych filmach" Blutha, miała dobre recenzje i obiektywnie jest to jego najlepszy film z lat 90. Titan A.E. też częściej wymieniany jest w kategorii "niedoceniony".

Nie bez powodu to za Anastazji Bluth odbił się od finansowego dna i wciąż po latach się ją mile wspomina.

7/10

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Filmy Disneya / Pixara Maik 1,300 247,414 17-04-2026, 22:52
Ostatni post: Mefisto
  Filmy Suzie Templeton Negrin 2 2,997 27-02-2008, 15:16
Ostatni post: Mefisto



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości