10-07-2014, 08:32 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-07-2014, 08:33 przez Turus.)
|
Gry
|
|
Skończyłem wczoraj Shovel Knight i gorąco polecam każdemu tę grę. Co mnie urzekło, to to, że gra nie udaje jak by była robiona na starusieńkie konsole typu NES a po prostu jest taka. Muzyka, animacje, to wszystko wygląda jak byśmy grali w jakąś produkcję z początku lat 90tych. Swietna gra.
![]() Enslaved: Oddysey to the West Naczytałem się sporo opinii, że ta gra to niedoceniona perełka i jedna z najlepszych historii w przygodówkach, więc postanowiłem sięgnąć. Na papierze zdecydowanie wygląda to nieźle: scenariusz od Alexa Garlanda, Andy Serkis za głosem i mocapem głównego bohatera, do tego przygodowa podróż z dwójką skrajnie odmiennych postaci, oraz świetny koncept-samograj jakim jest pomysł reinterpretacji chińskiej legendy o Małpim Królu, w formie postapokliptycznej przygodówki sf. Brzmi nieźle. O samym gejmpleju wprawdzie nikt peanów nie pisał, ale wszystko co docierało do mnie o tej grze, zapowiadało tytuł, który z charakterem i ambicją podchodzi do bohaterów, przedstawionego świata, opowiadania historii. No i miało być dobrze, a wyszło jak zwykle. ENSLAVED niby ma te wszystkie elementy, za które się go chwali, ale są one powierzchowne, nęcące gracza potencjałem, tylko po to by go zmarnować. Weźmy dwójkę głównych bohaterów - gra wygląda jakby sprzedawała nam klasyczny już koncept podróży widzianej oczami faceta-gracza i towarzyszącego mu żeńskiego sidekicka, pomiędzy którymi rodzi się fajna relacja. Podróż w duchu gier takich jak The LAST OF US, BIOSHOCK INFINITE, czy HL2. Dodać do tego dobry voice acting, mocap, filmową reżyserię i mamy przepis na udany duet bohaterów, right? Tyle, że ENSLAVED tę relację jedynie udaje. Dynamika pomiędzy dwójką postaci, sprowadza się tu po prostu do perfidnego szczucia cycem. To przykład historii w całości jadącej na schemacie "Damsel in Distress". Rudowłosa Trip jest bezradna i potrzebuje naszej pomocy. I tyle. Zero chemii, zero fajnych dialogów, zero jakichkolwiek interakcji pomiędzy postaciami, które miałby w sobie jakąkolwiek dramatyczny siłę i nie zalatywały tandetą. Ktoś mógłby się kłócić, że w tym naszym śmierdzącym siusiakami, sausage-festowym przemyśle jakim są gry, każda relacja pomiędzy męskim głównym bohaterem, a żeńskim sidekickiem, będzie miała jakieś znamiona "eskortowania królewny", a każda postać kobieca będzie tak zaprojektowana, by się gimbaza śliniła. Tyle, że w dobrych grach, nie sprowadza się to w całości do tego. Ellie z TLOU, Elizabeth z INFINITE, Alyx Vance - to są pełnokrwiste, dobrze napisane postacie, które mają coś graczowi do powiedzenia od siebie. W ENSLAVED natomiast Trip jest totalnie pusta jako bohater. Pozbawiona jakichkolwiek cech charakteru, oprócz bijącej od niej, wyraźnie wykalkulowanej przez twórców, aury "zagubionej sarenki". W ogóle widać, że postać została zaprojektowana, by gracz wszedł w protective Prince Charming mode. Rudowłosa, z wyglądu urocza, seksownie ubrana. Nawet jej animacje, są tak perfidnie ułożone, że laska przy całej tej platformowej podróży, rusza się jak modelka na wybiegu. Można nabrać do niej sympatii, ale będzie ona napędzana, najbardziej tanimi pobudkami. I właśnie na takich najprostszych instynktach, opiera się cała ich relacja w grze. Pomiędzy nią a Małpą, nie ma jakiejkolwiek chemii czy iskrzenia. Jedynie ten początkowy niezręczny dyskomfort, gdy dwójka nieznajomych, musi współpracować. Szkoda też, że te fabularne momenty miedzy nią a graczem, ograniczają się głownie do cutscenek (słabych), bo to o czym gadają podczas rozgrywki, to po prosty zbiór użytkowych tekstów z rodzaju: "naciśnij tę wajchę", "skocz tutaj", "wyczuwam wrogów". W takim np. UNCHARTED podróżowanie razem z Eleaną czy Chloe, wypełnione było świetnymi rozmowami i dowcipnymi docinkami. Generalnie relacja miedzy Trip, a Małpą jedynie udaje fajny, niby-romantyczny związek, ale tak naprawdę jest zle napisany i jedzie na najbanalniejszych schematach. Wygląda dobrze jedynie na screenach, w grze został kompletnie zmarnowany. Druga niewykorzystana rzecz to fabuła. Gdy przeczytałem, że ENSLAVED oparty jest na legendzie Małpiego Króla i opowiada o podróży (hence Oddysey w tytule), to spodziewałem się epickiej przygody, która zaciągnie gracza po różnych ciekawych lokacjach i postawi na jego drodze mnóstwo charakterystycznych postaci, wyciągniętych z szablonu "how to tell an epic journey" (gdzieś tam skojarzeniowo mrugał mi pierwszy Dragon Ball, który przecież też inspirowany był tą samą legendą). Jednak Enslaved nie zabiera gracza w żadną ciekawą podróż. Lokacje w grze są raczej nudnawe, mało różnorodne i nie jest ich dużo. Gra przez większość czasu ciągnie nas po tych samych ruinach Nowego Yorku, które zalatują nudą. Natomiast co do postaci, to oprócz Trip, w grze spotykamy tylko jednego bohatera. Brakuje tu kilku rozdziałów, kilku story beats, kilku dodatkowych postaci i specyficznych fabularnych motywów, zamiast rozdziałów złożonych z ciągłego skakania po ścianach. Tak więc na polu wykorzystania elementów archetypicznej opowieści przygodowej, jest tutaj straszna posucha. Całość jest zdecydowanie za pusta i z krótka. Fajny koncept spuszczony w kiblu. Do tego dochodzi też tajemniczy motyw SF, którego twórcy sugerują od początku i który rozwijają w końcowym twiście. I też nie jest to nic specjalnego. To pomysł, który nęci wyobraźnię przy pierwszym kontakcie, ale chwila bliższej analizy i całość traci moc. Co do samego gejmpleju.....to on sobie jest. Nic konkretnego o nim nie mam do napisania. Ot, średniawa, mechanicznie nie wyróżniająca się niczym, słabo przemyślana platformówka, z dość zbugowanym sterowaniem. Uncharted to to nie jest. Pojechałem po tej grze, w rozdmuchanym poście, ale tak właściwie, to ja ENSLAVED polecam. Gra nigdy nie osiąga swego potencjału, ale jakiś tam klimat i szkielet filmowej fabuły ma, a pomysł wyjściowy jest na tyle ciekawy, że warto się z nią zaznajomić. Niech będzie 7/10 za chęci. PS. Osobę która podjęła decyzję by tak zbugowaną, zrobioną na szybko, konwersję PC wrzucić na Steama za pieniądze, powinno się powiesić za jaja.
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
12-07-2014, 02:56 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-07-2014, 03:11 przez Proteus.)
No i okazało się, że odłożyłem LA Noire nie skończywszy jej. Dlaczego? Gra jest super -tzn. tak mi się wydawało - ale zabiło ją dla mnie fabularne zamknięcie wątku z morderstwami. Godzinami uganiam się za śladami w różnych sprawach, rozwiązuję je, dostaję punkty za dobre lub złe wybory i wskazywanie winnych i niewinnych, a tu nagle z dupy wyjeżdża twist i okazuje się, że cała ta robota była na nic, bo AHA!
Efekt - poczucie totalnej straty czasu i oszukania przez grę. Ostatnio tak miałem lata temu przy Mass Effect 2, kiedy mi arbitralnie w scence przerywnikowej gra ujebała jednego członka drużyny, bo 15 godzin wcześniej pominąłem misję poboczną (a mimo tego byłem tak napakowany, że bez problemu przechodziłem końcową walkę). To są gry polegające na scenariuszu - i takie scenariuszowe oszukiwanie gracza jest nie fair. Gdyby LA Noire była strzelanką, a filmiki były krótsze... Ale nie - to dla nich się gra, to one przykuwają do ekranu, to one są sednem gry. Taki twist oznaczał pokazanie mi faka. Gra powiedziała, że zmarnowałem na nią czas. W takim wypadku - dziękuję, kończymy znajomość. 21-07-2014, 21:27
Przesadzasz. Od początku te sprawy były grubymi nićmi szyte, wszelkie dowody bardzo poszlakowe, a podejrzani nie do końca pasowali do profilu mordercy :)
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
-- Laozi 21-07-2014, 22:33
Owszem, więc tym bardziej była to strata czasu. Na dodatek mimo że każda odpowiedź była zła, można było "rozwiązywać" te sprawy lepiej i gorzej. Mogłeś przegapić dowody, zadawać złe pytania, wskazywać złych winnych i dostawać gorszą ocenę na koniec sprawy - choć przecież WSZYSTKO, co robiłeś i co mogłeś zrobić, było błędną decyzją. Po jednej sprawie dostałem opieprz od tego Irlandczyka, bo źle wskazałem mordercę. No kurna, nawet jakbym wskazał tego drugiego, też bym wskazał źle! Wiedziałem o tym, podejrzewałem że taki będzie wynik, ale nie mogłem tego zakomunikować grze. Mogłem tylko być pchany po ścieżce, która i tak prowadziła do złych decyzji. Słabo.
Tak samo z tym tymczasowym pracownikiem, który pojawił się w dwóch miejscach zbrodni. Od razu wiedziałem, że będzie w coś zamieszany, ale nie było opcji przyjrzenia mu się bliżej. Część z zabójstwami była długa, męcząca i fatalnie napisana, nie wspominając o tym, że pięć identycznie popełnionych morderstw to strasznie monotonny ciąg. Zniechęcił mnie ten fragment tak samo, jak Meksyk zniechęcił mnie do RDR. To była bezsensowna, męcząca praca, a nie rozrywka. Rozumiem, że reżyser gry chciał taką intrygującą serię morderstw wprowadzić, ale kurde - pięć takich samych?! I nic pomiędzy? Nuda, nuda, nuda. 22-07-2014, 08:41 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22-07-2014, 08:46 przez military.)
Warto też zauważyć, że pierwsza połowa "L.A. Noire" to symulator służbisty. Cole to patafian, którego interesuje tylko zadowalanie przełożonych i notki w gazetach na temat jego bohaterskich czynów.
Mimo wszystko nie skreślaj tej gry. Jest naprawdę zajebista. Cole zacznie mieć ludzkie odruchy, a i pojawi się Jack Kelso, który nie jest takim lamusem :)
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
-- Laozi 22-07-2014, 09:47
Nie chodzi o to, że są podobne ze względu na mechanikę - to jest OK. Taka gra proceduralna, trochę jak odcinki serialu kryminalnego. One są nudne fabularnie. Serio - nie wiem, jak komukolwiek mogło przyjść do głowy, że poświęcenie dobrych 5 godzin na 5 takich samych śledztw dotyczących takiej samej sprawy to dobry pomysł. W ogóle lepiej byłoby, gdyby gra miała różnych bohaterów w różnych wydziałach i skakała między nimi - raz morderstwo, raz narkotyki, raz coś jeszcze innego - zamiast całej serii spraw z tej samej półki.
22-07-2014, 10:53 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22-07-2014, 10:55 przez military.)
W polskim poletku dziennikarstwa growego i gejmdevu, kolejna draka. Tym razem mniejsza, niż ta z Polygonem, ale nie mniej zabawna.
Jest sobie polska gra Cargo 3. Wygląda jak gówno (zwiastun . Nie dość, że wygląda jak gówno, to w dodatku twórcy reklamują je jak wypolerowane gówno, pisząc farmazony o rewelacyjnych walorach produkcyjnych. Marcin M. Drews. zobaczył, ocenił, napisał, że wygląda jak gówno (tzn. był bardziej dyplomatyczny w słowach). Tak zwyczajnie, jak to krytycy growi robią, z grami, które uważają za słabe. Marcin M. Drews dostał później wiadomości od kiklu osób z butthurtem, w tym od prezesa firmy produkującej grę, z żalem, że dlaczego krytyka i z konkluzją, że polscy recenzenci growi powinni wspierać polskie gry ("Amerykanie się wspierają, niemcy się wspierają, anglicy się wspierają. Dlaczego my Polacy nie mamy się wspierać."). M. Drews pisze o tym na fejsie. Prezes filmy od Cargo 3, wkracza do komentarzy, i rozpoczyna butthurt bardziej przypominający internetowy meltdown jakiegoś dzieciaka, któremu skrytykowano filmik na YT, niż dorosłego prezesa jakieś spółki. Hilarity ensues. Po więcej, odsyłam na profil fejsowy. Zaczyna się spokojnie, ale żenada w komentarzach z czasem nabiera rozpędu: https://www.facebook.com/doktor.ews Prezes firmy atakuje w komentarzach, również na profilu Chmielarza. https://www.facebook.com/adrian.chmielarz
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
24-07-2014, 18:27 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24-07-2014, 18:40 przez Proteus.)
Przeszedłem Wolf Among Us i jest dobrze, ale nie zajebiście dobrze. Epizod 3 (najlpeszy) i 4 są świetne, ale końcówka zawodzi. Ja rozumiem, że twórcy chcieli uzyskać typowy dla czarnego kryminału efekt moralnej szarzyzny, gdzie nikt nie ma do końca racji i wszyscy są jakoś tam winni, ale przez to finał rozłazi się i robi mętny. O końcowym cliffhangerze nie wspomnę, bo jest tak naciągany, że sam Steven Moffat byłby z niego dumny. No i walka z Mary, niby epicka, ale w grze z taką dawką wszechobecnego sadyzmu akurat tej jędzy chciałoby się zafundować boleśniejszy koniec. Ogólnie jestem nieusatysfakcjonowany. Za to klimat gra ma wyśmienity do końca, przy tym znacznie mroczniejszy niż komiks. No i Bigby to jednak zajebista postać.
Także tego, 8/10. Mogło być lepsze niż Walking Dead, ale ostatecznie wygrywają trupy. 24-07-2014, 21:18
Dlaczego końcowy cliffhanger jest naciągany? Wręcz przeciwnie, ja nie widze w nim niczego naciąganego. Idealnie pasuje. Ja chyba tutaj swojej opinii o finale nie wyglosilem, ale dla mnie jest super. Moze brakuje jakiegos wiekszego walniecia, ale zwieńczenie to koniec dobrego kryminału sensacyjnego. Bardzo, bardzo mi sie podoba.
24-07-2014, 22:59
Albo
Ja czekam na drugi sezon bardzo. Mam nadzieje, ze zapowiedza go prędko. Bo jednak komiksy ze świata FABLES nigdy mnie nie jarały szczegolnie, a klimat kryminału sensacyjnego z wizualnymi elementami kina Refna oraz odrobiną "buddy movie" w wykonaniu Wilka i Drwala bardzo mnie tu zajarał.
25-07-2014, 00:16
No no. Wejstland 2 jest świetny, a to zapowiada sie rownie dobrze, choc mniej w moim klimacie. To bedzie dobry rok dla RPGów.
25-07-2014, 15:55
http://www.pssite.com/news-34939-pierwszy_raz_w_biedronce___gry_na_ps3_za_39_99_zl_.html
Ha! Kiedyś tam z kumplem żartowaliśmy, że w końcu w Biedrze i filmy na Blu-ray się pojawią. Teraz nie brzmi to wcale tak nieprawdopodobnie. 26-07-2014, 20:24
Średnio raz na rok i dwa miesiące zachciewa mi się odkurzyć blogaska.
http://kultturystyka.blox.pl/2014/07/Ani-survival-ani-horror.html Cytat:Pierwszy Resident Evil spędzał mi sen z powiek. Ciągnęło mnie do niego, ale zwyczajnie się go bałem - czego nie mogę powiedzieć o żadnym survival horrorze z minionej generacji konsol. 27-07-2014, 20:40
Splinter Cell: Blacklist - rok temu porzuciłem tę grę z uwagi na modernizację kompa, dzisiaj sobie ją odświeżyłem. O ile za pierwszym razem nowe przygody Sama Fishera były dla mnie dobre, tak teraz...są zwyczajnie zajebiste! Serio, to chyba mój drugi ulubiony SC w serii po Chaos Theory. Dowolność w preferencji stylu rozgrywki (można robić wszystko cichaczem, a można rozwalać każdego pod drodze jak leci), świetna oprawa dźwiękowa, filmowość, w fabułę też się lepiej wkręciłem jak zacząłem oglądać cutscenki. Tytuł jest fajowski i choć widać kilka kompromisów po Conviction to jednak uważam że to pozycja w serii, która nadaje postaci Fishera nowej głębi, a zastępca Ironside'a wypada bardzo znośnie i ma swoje mocne momenty. Do tego kapitalny motion capture i ciche zdejmowanie wrogów. Od dawna uważałem, że to kapitalny materiał na film i ciesze się, że wreszcie coś się dzieje w tym temacie. Tym bardziej, że fabuły jest tutaj na trylogię.
![]() Lekką ręką daje 9/10 BTW. w każdej recenzji je...e się Blacklist za słabą grafikę. Może i najlepsza nie jest ale przynajmniej ma odpowiedni balans i nie wali po oczach super bloomem oraz blurem jak połowa gier obecnej generacji.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
27-07-2014, 21:12
Też skończyłem tego Fishera gdzieś na początku tego miesiąca. Mnie taż tak nie podjarała, nie była oczywiście zła, bo to naprawdę bardzo dobra gra. Co do grafiki to będę stał za tym co mówią recenzenci, ta na mnie szału nie zrobiła a momentami tekstury potrafiły odstraszyć.
Szkoda, że aktor podkładający głos za Fishera się zmienił, wolałem mimo wszystko starego. Nie kupiła mnie za bardzo również historyjka i motywy głównego bad guy'a. Z resztą się zgadzam w 100% 8/10 28-07-2014, 11:23 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28-07-2014, 11:23 przez Turus.) |
|
|
| Użytkownicy przeglądający ten wątek: |
| 1 gości |
![[Obrazek: VTm1Y6F.jpg]](http://i.imgur.com/VTm1Y6F.jpg)

Spoiler
![[Obrazek: 20120718082419.jpg]](http://img6.gram.pl/20120718082419.jpg)





