Miyabi
Liczba postów: 695
Liczba wątków: 3
La Jetée\Filar ( 1962 )
Kawałek dobrego, francuskiego, krótkometrażowego s-f z sugestywnym klimatem postapokaliptycznym, którego historia podana jest w formie nieruchomych kadrów. Film jest wyrazem ówczesnego lęku przed zimną wojną. Miłośnicy "12 małp" pewnie obejrzeli więc można polecić pozostałym fascynatom s-f i miłośnikom oglądania rzeczywistości po wojnie nuklearnej.
L.A. Confidential - 8/10
He liu - 7/10
The Insider - 8/10
Dredd - 6/10
Total Recall ( 2012 ) - 5/10
G.I. Joe: The Rise of Cobra - 5/10
31-03-2010, 16:58
Miszczu AVTAKa 2014/18/22
Liczba postów: 30,116
Liczba wątków: 67
The Soloist - takie sobie, niby ciekawa historia, ale wieje nudą, niby sporo fajnych zabiegów technicznych i mnóstwo muzyki, ale wieje nudą, niby wielcy aktorzy, ale wieje nudą i sztampą. Obejrzeć można bez większego bólu - jeszcze szybciej można zapomnieć.
5/10
31-03-2010, 21:44
Stały bywalec
Liczba postów: 3,408
Liczba wątków: 23
Paranoia Agent - serial Satoshi Kona, liczyłem więc na coś co najmniej bardzo dobrego. Gdzieś tak do odcinka szóstego autentycznie oglądałem z rozdziawioną gębą - klimat niszczy, a fabuła wciąga i nie pozwala się oderwać. Za tą połowę serialu 10/10 ode mnie. Po przesłuchaniu babci i rewelacjach z nim związanych zaczyna się ostry zjazd w dół. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Kon miał pomysł na 6-7 odcinkowy serial, względnie dłuższy niż zwykle pełny metraż - a kazano mu rozciągnąć fabułę na 13 epizodów. W rezultacie większa część drugiej połowy to prawdopodobnie garść pomysłów wyskrobanych z dna szuflady, doczepionych do głównej linii fabularnej raz bardziej udanie (studio anime) raz mniej ("urban legends", samobójcy). W końcówce serial wraca co prawda na z grubsza właściwy tor, ale wkurzyła mnie zmiana konwencji z realistycznej (no, powiedzmy) na typowo animowo-godzillowo-japońskie motywy w stylu "COŚ wypełzło z podświadomości i rozwala miasto". W Paprice jakoś to jeszcze uzasadnione było, ale tutaj... Chociaż powiązanie Shanon Bata z maskotką czy elegancka pętelka narracyjna w ostatnich scenach - klasa.
Serial summa summarum mocno nierówny, zachwycający i irytujący na przemian. polecać jak najbardziej polecam, bo całościowo rzecz jest jednak na tyle hm... mądra i nieszablonowa, że warto poświęcić jej te 6 godzin życia.
Why are you firing wallnuts at me?
01-04-2010, 01:00
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,524
Liczba wątków: 374
Icarus - najnowszy i zarazem najbardziej żenujący film z Dolphem Lundgrenem, jaki widziałem w całym swoim życiu.
i teraz słuchajcie tego:
w "Icarusie" Dolph... płacze. tak, wiem, nieprawdopodobne. ale możliwe!
01-04-2010, 05:53
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,524
Liczba wątków: 374
simek napisał(a):opowiadają głębokie historyjki o tym jak jeden spuścił się na brzuch swojej nauczycielki gdy umarł jego ojciec.
spuścił sie na brzuch ojca, gdy ten umarł?
musze to obejrzec!
01-04-2010, 07:33
.
Liczba postów: 27,497
Liczba wątków: 60
Głodnemu chleb na myśli...
A tak na serio to parę scen dla Ciebie by się w Libanie znalazło - jest rozczłonkowany facet po spotkaniu z ostrzałem czołgu i odpędzanie płaczącej kobity przy pomocy kałasznikowa.
01-04-2010, 14:26
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,524
Liczba wątków: 374
to drugie szczególnie dobrze brzmi. pierwsze - e tam, banał. w Kompanii braci byl motyw jak gąsienice czolgu rozgniatają zolnierza, ktory mial pecha znalezc sie na jego drodze. pamietam, jak kumpel wyslal mi kadr z tej akurat sceny z dorysowanymi dwiema strzalkami: nie kojarze, jaki podpis widniał przy strzałce wskazujacej czolg, za to przypominam sobie, co mowila strzalka wskazujaca zolnierza. mowila "Solidarnosc" :)
01-04-2010, 15:16
.
Liczba postów: 27,497
Liczba wątków: 60
To chyba najlepsza scena Libanu, z dobrego serca Ci ją opiszę, żebyś nie musiał oglądać 90 minut artystycznego kina:
Kobita podchodzi do żołnierza narzekając, że zastrzelili jej córkę, ten nie mogąc się od niej odpędzić strzela w powietrze pare razy kałachem, potem popycha ją na jakiś ogień, zapala się jej sukienka, inny żołnierz ją zrywa, chodzi sobie przez chwilę naga, aż jakiś dobry żołnierz ją czymś przykrywa. Może nie brzmi szczególnie, ale nakręcona naprawdę dobrze, emocjonująca, prawdziwa. Tylko w tym fragmencie filmu czuło się prawdziwą wojnę.
A Kompania dla mnie ewidentnie do powtórzenia, pewnie tuż po Pacyfiku. Oglądałem za szczyla i gówno pamiętam, zwłaszcza takich motywów.
01-04-2010, 21:58
Dużo pisze
Liczba postów: 516
Liczba wątków: 6
Rashomon (1950), reż. Akira Kurosawa
W latach 40. Kurosawa nakręcił dwa znakomite dramaty Pijany anioł i Zbłąkany pies. Jednak za pierwsze arcydzieło reżysera uznawany jest Rashomon, co jest dla mnie dziwne, gdyż moim zdaniem jest to filmie znacznie słabszy. Bardzo dobre jest w nim aktorstwo oraz sam pomysł na pokazanie ludzkiej natury. Człowiek kłamie, by obronić swój honor, pokazać się z jak najlepszej strony, a ludzie kupują te kłamstwa, bo "nieważne czy historia jest prawdziwa - ważne, by była ciekawa".
W miejscu o nazwie Rashomon trzech mężczyzn myśli o pewnej tajemniczej zbrodni, zastanawiając się, kto jest mordercą. Cztery osoby opowiadają swoją wersję wydarzeń: bandyta, żona ofiary, świadek zdarzenia i ... ofiara morderstwa. Każda wersja jest inna, więc na pewno ktoś kłamie, może nawet wszyscy.
Jednak sposób realizacji niektórych scen mi się nie podobał. Bohaterowie wybuchają głośnym śmiechem, choć sytuacja wcale nie jest zabawna, kobieta ciągle płacze, a szczytem głupoty jest scena, w której kobieta wariuje, bo jej mąż się na nią dziwnie patrzy. Kiepsko wykonana jest scena walki na miecze, w której bohaterowie pokazują, że nie tylko nie umieją walczyć, ale też nie umieją chodzić (przewracają się i walczą na leżąco). Dotyczy to drugiej sceny walki, bo ta pierwsza jest całkiem dobra. Znacznie lepsze filmy samurajskie Kurosawa robił później (Siedmiu samurajów, Tron we krwi, Straż przyboczna). Rashomona widziałem dwa razy i za każdym razem nie potrafię się do niego przekonać.
02-04-2010, 08:58
Nowy
Liczba postów: 47
Liczba wątków: 0
Dagon (2001)S.Gordon - słyszałem skrajnie różne opinie o tym filmie, od ochów i achów po totalne zjebki. Mi ten film się bardzo podobał. Jest to dość luźna adaptacja opowiadań H.P.Lovercrafta w konwencji horroru-fantasy. Ryboludzie, prastare kulty, Dagon - bóg morza... słowem jest tu wszystko co fan H.P.La chciałby znaleźć w filmie w konwencji mitologi Cthulhu. Jednak osoba, która nastawia się na maksymalną ilość mrocznego klimatu może poczuć się zawiedziona, bo obraz obfituję w elementy fantasy, dotykające czasem konwencji baśniowej. Jednak jest klimatycznie, a momentami bardzo strasznie (np. scena obdzierania żywcem ze skóry robi wrażenie). Polecam :)
Remember depravity I give you the sun
Remember debauchery and the orgies of Rome
02-04-2010, 11:22
Dużo pisze
Liczba postów: 516
Liczba wątków: 6
Cytat:[Rashomon] Kiepsko wykonana jest scena walki na miecze, w której bohaterowie pokazują, że nie tylko nie umieją walczyć, ale też nie umieją chodzić (przewracają się i walczą na leżąco). Dotyczy to drugiej sceny walki, bo ta pierwsza jest całkiem dobra.
Cytuję sam siebie, ale tu trochę przesadziłem. Reżyserowi zapewne chodziło o to, że bandyta w swojej opowieści przedstawia siebie jako mistrza miecza, który pokonuje samuraja. Dlatego pierwsza scena walki jest tak dobra. Natomiast w opowieści kogoś innego został on przedstawiony jako łamaga, który nie umie walczyć. Dlatego druga scena walki jest taka koślawa. I wtedy to miałoby sens. Mimo zalet trochę przeszkadza to, że film trwający niecałe 90 minut jest tak rozwleczony, więc nie postawię oceny wyższej niż 6/10.
02-04-2010, 15:44
Stały bywalec
Liczba postów: 13,238
Liczba wątków: 77
The Firm - film o chłopaku który stał się dresem. Londyn, koniec lat 80. Dominic wraz z kumplem robią na dyskotece jazdę gościowi o ksywce Bex. Nie wiedzą, że Bex to lider chuliganki West Hamu. Młody przeprasza za błędy i wstępuje w ich szeregi. Świetna muzyka, soundtrack jest pyszny i świetnie dobrany do poszczególnych scen. Do tego klimat dresiarstwa i pseudokibiców, którzy jak wiadomo siali popłoch na wyspach w swoim czasie. Film nie jest żadną laurką ani moralitetem kibicowskim, choć w końcówce reżyser (Nick Love, autor Football Factory) funduje trochę tandety. Przymykam jednak oko na parę szczegółów, bo ponoć fabułę oparto na faktach. W filmie scen z piłką jak na lekarstwo, 100% burd dzieje się poza stadionem, na dzielnicy. A międzyczasie balety ala eightees, dziwki, browar i gadka-szmata. Tu chodzi o honor, szacunek i zasady. Aktor w roli Bexa zagrał perfekcyjnie. Na minus realizacja walk ulicznych i trzęsawka kamery.
7/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
02-04-2010, 19:43
Stały bywalec
Liczba postów: 3,408
Liczba wątków: 23
Paperhouse - dziewczynka w czasie snu przenosi się do narysowanego przez siebie domku, gdzie rezyduje jej sparaliżowany od pasa w dół rówieśnik. Ten film to miks horroru z kinem, powiedzmy familijnym - chociaż bez morałów gadanych z ekranu i ogólnej łopatologii charakteryzującej produkcje hallmarkowskie i inne im podobne. Pomysł sam w sobie prosty, fabuła niespecjalnie oryginalna (chociaż schemat "schizy oddziałują na rzeczywistość" w kilku momentach został ciekawie podkręcony); siła tego filmu tkwi w klimacie i wizualu. Reżyserowi (Bernard Rose od Candymana, jeśli ktoś ciekaw) udało się wykreować super atmosferę dziwności i odrealnienia, wykorzystując do tego odjechany, choć jednocześnie minimalistyczny design papierowego domku oraz ciekawą muzykę Zimmera, zmiksowaną często z różnymi innymi dźwiękami. Świetnie to wszystko jest przemyślane i współgra ze sobą, tutaj każdy element (np. odgłosy helikoptera pojawiające się w pewnym momencie) wcześniej czy później okazuje się mieć znaczenie. Sceny w realu też momentami mocne i emocjonujące, jak choćby cała sekwencja szukania rysunku.
Film polecam wszystkim, nawet forumowym hardkorom. Poziom Candymana to co prawda nie jest, ale i tak ze świecą takich filmów współcześnie szukać można.
8/10
Why are you firing wallnuts at me?
02-04-2010, 23:19
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,524
Liczba wątków: 374
Paperhaouse to znakomity film - również polecam. kiedyś o nim nawet pisałem, ale topic gdzieś wcięło. pewnie masoni zadziałali:)
03-04-2010, 01:01
Oksytocyna
Liczba postów: 2,199
Liczba wątków: 1
Men of Honor
Bardzo dobry film. (Świetne) Kreacje Goodinga i DeNiro absorbują uwagę, zwłaszcza pierwsza połowa trzyma poziom, gdzie dramat jest z krwi i kości, a od drugiej części niestety staje się nieco ckliwy i "tańszy" niż pierwsza połowa. Niemniej jednak historia bardzo ciekawa i czasu poświęconego na seans nie żal.
7+/10
22.04.2011
03-04-2010, 11:15
Dużo pisze
Liczba postów: 516
Liczba wątków: 6
Gandhi (1982), reż. Richard Attenborough
Biografia człowieka, który walczył o niepodległość Indii. Jednak w słowniku Gandhiego słowo "walka" nie oznaczało konfliktu zbrojnego. Gandhi walczył zgodnie z zasadą "nadstaw drugi policzek" - przyjmował ciosy, ale ich nie oddawał. Jak na ironię takie działania powodowały przemoc ze strony Brytyjczyków walczących o dominację w Indiach. Chociaż reżyser jest Anglikiem przedstawił swoich rodaków w złym świetle. Gandhi jest inteligentnym przywódcą, któremu należy się szacunek. Wierzy on, że opór i walka za pomocą broni spowodują jeszcze większe zniszczenia i więcej ofiar. Film stawia pytania, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Czy Hitlera można było pokonać bez wojny, za pomocą słów i protestów? Chociaż Indie w końcu uzyskały niepodległość Brytyjczycy dopięli swego i opanowali świat - dlatego wszyscy uczą się angielskiego. Podczas oglądania filmu myślałem, że film jest za długi, ale z drugiej strony - trudno wybrać scenę, którą należałoby wyciąć. Richard Attenborough udowodnił, że to on, a nie David Lean, jest mistrzem dzieł epickich, specjalistą od scen zbiorowych - w filmie występuje 300 tysięcy statystów (rekord nie do pobicia).
03-04-2010, 11:26
Dużo pisze
Liczba postów: 516
Liczba wątków: 6
Ostrzegam o spojlerach:
Dersu Uzała (1975), reż. Akira Kurosawa
Każdy człowiek może łatwo sobie wyobrazić, że ludzie mieszkający w mieście, w ciepłym domu, mogą mieć trudności z przystosowaniem się do trudnych warunków, gdzie panuje zimno, głód, samotność, dzika przyroda. Trudniej jednak sobie wyobrazić, że człowiek żyjący w trudnych warunkach może sobie nie poradzić w cywilizowanym mieście, gdzie panują pozornie lepsze warunki. Wiele filmów przekonuje, że jest to możliwe: w westernach cywilizacja niszczy tych, którzy żyją po staremu, a w filmie Skazani na Shawshank jeden z bohaterów po wyjściu z więzienia popełnia samobójstwo, bo na wolności jest nikim, a w więzieniu był szanowany. Tytułowy bohater filmu Kurosawy to myśliwy, który pomaga grupie rosyjskich badaczy w pokonaniu trudnych terenów. Początkowo badacze śmieją się z niego, ale z czasem zdają sobie sprawę, że bez niego by zginęli w puszczy i lasach, zabici przez dziką przyrodę lub rozpętane żywioły. To także film o przyjaźni i starzeniu się. Upływ czasu powoduje, że Dersu Uzała starzeje się i zaczyna tracić wzrok, nie potrafi już wytropić zwierzyny, ani pocelować do celu - wcześniej nawet sznurek przestrzelił z dużej odległości, co wprawiło w zdumienie obserwatorów. Z czasem jednak tajga stała się dla niego nieprzyjazna, zaczął się bać o swoje życie i dlatego zgodził się na wyjazd do miasta. Jednak miasto to także nie miejsce dla takich ludzi jak on. Chociaż Dersu Uzała pomagał Rosjanom swoją wiedzą i doświadczeniem, Rosjanie nie potrafią mu pomóc w przystosowaniu się do miejskich warunków. To z całą pewnością jeden z najlepszych filmów Kurosawy - prosty, ale niebanalnie opowiedziany, z pięknie przedstawionymi krajobrazami i relacjami pomiędzy bohaterami.
03-04-2010, 16:18
Ninja Dinozaur
Liczba postów: 258
Liczba wątków: 0
Cytat:Richard Attenborough udowodnił, że to on, a nie David Lean, jest mistrzem dzieł epickich
A ja sie bede klocic. Lean zrobil epy maksymalne i Attenborough, mimo, ze swietnym tworca jest to jednak nadal w tyle. Lubie jego kameralnego Chaplina, Ghandi tez zachacza o takie klimaty, ale czysta epa ktora urywa szczeke to jednak Lawrence z Arabii czy Most na Rzecze Kwai. W ogole Lean epil wszystkie warunki klimatyczne [pustynia w Lawrence, dzungla w Moscie czy zasniezone tereny w Zywago] :D.
Ale co tam, fajni tworcy obaj, musialem moja Leanowskocia sie uniesc.
"Imagine that you could save a family by sacrificing a child... but that you had to explain it to the child. What would you say?" - Black Bolt
04-04-2010, 01:30
Dużo pisze
Liczba postów: 516
Liczba wątków: 6
Jak by się tak zastanowić to oczywiście Lawrence jest lepiej zrealizowany od Gandhiego, a Most na rzece Kwai jest lepszy od filmu O jeden most za daleko. Chociaż Gandhi zachwyca rozmachem to nie jest to film, do którego chętnie wrócę - widziałem go raz i wystarczy, natomiast Lawrence'a oglądałem kilkakrotnie i jeszcze mi się nie znudził.
04-04-2010, 15:01
Stały bywalec
Liczba postów: 13,238
Liczba wątków: 77
Lake Mungo - fabularyzowany dokument o duchu zaginionej nad tytułowym jeziorem młodej dziewczyny, który zaczyna nawiedzać własny dom. Nagrania policyjne mieszają się z wywiadami z członkami rodziny zmarłej, sąsiadami, osobami postronnymi. To powoduje, że klimat zaczyna się zagęszczać, a historia przybiera na wadze. Każdy z bohaterów przedstawia własny punkt widzenia na sprawę. Ponadto reżyser zastosował kilka prostych i skutecznych trików znanych z typowych straszaków np. niewyraźna sylwetka na zdjęciach i materiałach wideo, niepokojące odgłosy itd. Oczywiście nie zabrakło postaci Pana-medium, który bada sprawę niezwykle profesjonalnie. Szkoda tylko, że czas pryska i całość ma wydźwięk bardziej "Mody na sukces" niż typowego ghost story. Od biedy można obejrzeć, zachwycać niekoniecznie.
4/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
04-04-2010, 17:31
|