Krótka piłka, czyli mini-recenzje
Próba miłości - wyrostek i ruski Śmierdzący Pete jadą na poszukiwanie siostry tego pierwszego porwanej przez Indian. Raczej taki sobie western, który ratuje surowość estetyki lat 70. (jak krew na skałach czy zabicie psa). Finał aczkolwiek dość trzymający.
5/10

Odpowiedz
Cytat:Tak samo jak z nocą na prerii - wiadomo, że na ekranie musi być coś widać, choćby minimalnie

To zabawne w dobrze oświetlonych, nocnych scenach, gdzie bohaterowie... Chodzą z latarkami. Ty wszystko widzisz jak na dłoni a masz uwierzyć, że postać potrzebuje latarki. .
UGH.
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
Tristana - pierwsze pół godziny to w zasadzie Trudne sprawy. I Tristana to trochę siksa - najpierw zdradza swego partnera życiowego (którego jak mówi akceptowałaby, gdyby traktował ją jak córkę) z Franco Nero, potem na dwa lata go opuszcza. Potem namawia Nero, by wróciła do partnera, a potem robi mu wyrzuty i zrywa z nim. I wraca do starego, z którym się żeni, ale uznaje że nadal go nie znosi. Choć z drugiej nie dziwota jej - stary grzyb, który nawet będąc lewakiem ma seksistowskie podejście. Właśnie, Don Lope - w sumie to jest najciekawsza postać, gdzie mimo wieku wciąż się oszukuje iż jest młodzieniaszkiem i nie chce się dostosować do nowych czasów. Fajny był ten kontrast, że Don Lope był socjalistą i bezbożnikiem, a jednocześnie jako osoba starej daty jest w pewnych aspektach tą konserwą. I choć kontroluje Tristanę, to kłamstwem byłoby stwierdzenie, że jej nie kochał. Dobra była scena, gdy wyzywa Nero na pojedynek, a ten po prostu daje mu po mordzie (wtedy jest niezła reakcja Lope, gdy orientuje się że jego czasy już minęły).
8/10

Odpowiedz
Dick Tracy (1990)

Warren Beatty wykorzystuje swe nazwisko by producenci rzucili mu workiem pieniędzy na ekranizację komiksu z lat szczenięcych i angażuje w to swych kumpli z branży.

Jak się porówna to z innymi próbami przeniesienia na taśmę filmową komiksowego kiczu, to można film okrzyknąć arcydziełem w swym gatunku. Przerysowana konwencja wyjątkowo działa, wizualnie naprawdę wiele tu błyszczy - made-painting, fikuśne charakteryzacje (zasłużony Oscar), montaż, scenografia... Takie tuzy jak Pacino czy Hoffman wypadają z kolei jakby miały ewidentny fun na planie. Madonna aktorsko oczywiscie drewno i w sumie dostała angaż, bo była dziewczyną Warrena nr. 10459., ale przynajmniej śpiewem wynagradza. Muzyka Efmana także spoko, ale przez nią tylko czekałem aż na pomoc Tracy'emu w udupieniu mafiozów przybędzie Michael Keaton w kostiumie nietoperza.

Z kolei fabuła? Oczywiście pretekst by na ekranie odbywał się hołd w stronę Chestera Goulda, choć są momenty trzymające w napięciu (sekwencja z bojlerem), no i jak na produkcję dla całej rodziny jest całkiem mrocznie. Ambitny eksperyment. Pewnie za bachora byłbym zachwycony, ale i tak szanuję. Nawet obejrzałbym ten sequel, który Beatty zapowiadał z 10 lat temu.

6/10

Odpowiedz
MONSTERS OF MAN

Niskobudżetowy film klasy B o robotach w dżungli. Jakieś pół godziny za długi. Poza tym oglądało się zajebiście.

[Obrazek: Monsters-of-man-Redband-Poster-682x1024.jpg]

+ efekty specjalne, sposób poruszania się maszyn, ich wygląd, wszystko perfekcja. Najlepszy i najdroższy Blomkamp;
+ zabijanie dzieci, kobiet, rozdeptywanie głów rannych, sami rozumiecie - war never changes;
+ maksymalny potencjał wyciągnięty z dostępnego materiału ludzkiego (czytaj: aktorstwo jest ok);
+ gdyby przybrudzić obraz, w sensie nadać mu bardziej analogową fakturę, coś czuję, że byłby klasyk vhs;
+ plusik za tę scenę;

- BRAK DOBREJ MUZY. Tu aż się prosi o ost w stylu "Hardware";
- scenariusz to jedna wielka głupota;
- debilne dialogi między "hakerami";
- sceny akcji ogólnie biedne, nakręcone bez polotu;
- zdecydowanie za długi, wywaliłbym wszystkie momenty roztkliwiania się i dylematy moralne;

Mimo ewidentnych wad i deficytów, POLECAM!

Odpowiedz
Aloha - to film, który tymczasowo "położył" karierę Camerona Crowe i odbił się od box office, ale mi się nawet podobał. Przede wszystkim ile tu jest dobrych nazwisk w obsadzie - Cooper, McAdams, Stone, Murray, McBride, Baldwin i Krasinski. Wątek kosmiczny może za bardzo już pojechał po bandzie, ale to solidne romansidło i dobrze wykonana klisza o "facecie, który wraca do przeszłości, aby się z nią rozliczyć". Stone przeurocza, krajobrazy ładne, pierwsze minuty to taki lekki WTF z wyczuciem klimatu (dużo czerstwych żartów), ale im dalej w las tym lepiej. 

6/10 z małym serduszkiem :) A co do ocen krytyków:

[Obrazek: tumblr_nu1qc7llQp1up42jgo1_500.gifv]
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
Gunda - zerknąłem, bo ponoć arcydzieło. I ponoć film "ważny" tematycznie. W połowie zatrzymałem, żeby poczytać sobie opinie o tym "arcydziele" (polecam zwłaszcza bekową reckę na Filmorgu, gdzie mamy takie mundre zdania zawijasy, jakby chodziło conajmniej o najważniejszy film Bergmana). Potem dokończyłem resztę na przewijaniu. Zatem w skrócie, jakby ktoś chciał zaoszczędzić półtorej godziny życia: są sobie świnki, kurki oraz krówki, które randomowo chodzą sobie po farmie bez pokazania udziału człowieka w tym fakcie. Chodzą sobie, chodzą, po czym tytułowa świnka, na której skupia się głównie kamera, wraca w końcu do swego domciu. The End.
Zero narracji z offu, zero muzyki, zero jakiegokolwiek komentarza. Film pozbawiony konkretnej myśli oraz montażu, więc wlecze się jak dawniej wykłady profesora Miodka na j. polskim (choć z nich coś jednak zapamiętałem). Ideologicznie film dla idiotów pokroju ludzi, którzy latali z siatkami za granicę. Nie polecam i, co gorsza, nie wiem co recenzenci brali podczas seansu, że takie peany.

Zasłużone 2/10 (nie daję 1, bo zdjęcia ładne i zaraz na początku był jeden zwrot akcji, który mnie zaskoczył).
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Kuźwa, Mefi. Tyle lat jesteś na tym forum i wciąż nie nauczyłeś się ukrywać spoilerow!? Wiedząc, że świnka wróci do domciu, to cała moja ewentualna przyjemność z seansu poszła w pizdu.

Odpowiedz
[Obrazek: youre-welcome-you-are-welcome.gif]
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Being the Ricardos - film, który powstał z nastawieniem na nominacje dla Kidman i Bardena, którzy dostają mnóstwo scen w których mogą się aktorsko popisać i cóż, oni dowożą, cały film nie. Dziwaczna konstrukcja z mocno chaotycznym skakaniem po trzech okresach, wybitnie niepotrzebne są te wypowiedzi z czasów współczesnych. Ogląda się bezboleśnie, przyznaję, ale powiem wam, że gdy wjechały napisy końcowe i zobaczyłem, że to autorski film Sorkina, to spytałem sam siebie "serio?". Kiedyś gość miał rzeczywiście rękę do wybitnych dialogów, ale od paru lat, gdy próbuje udowodnić, że jest tak samo dobrym reżyserem co scenarzystą, to wychodzi na to, że już przestał być dobrym scenarzystą.
Można obejrzeć z mamą do niedzielnego kotleta, ale i na tą okazję są lepsze propozycje. 5/10

Odpowiedz
Złodziej z Bagdadu (1940) - ostatnio wzięło mnie na orientalistyczne kino z lat 40. Więc na pierwszy ogień brytyjski remake Złodzieja z Bagdadu z Douglasem Fairbanksem (który widziałem i uwielbiam). Choć wspólny tu właściwie jest jedynie tytuł (i akcja wzięcia klejnotu z hinduistycznego posągu), bo fabuła jest kompletnie inna. Jestem pewien, że Disney tu też zainkorporował sporo z tego filmu do Aladyna, bo jeden z pozytywnych bohaterów nazywa się Abu, a głównym złym jest zły wezyr parający się magią i mający na imię Dżafar. A sułtan to też infantylny staruszek.

Rozmachu i okazji do epatowania kolorem nie szczędzili. Domyślam jakie to musiało robić wrażenie, szczególnie w krajach liżących rany po II wojnie światowej (ciekawostka - był to trzeci film na ekranach PRLu). W dodatku są tu przełomowe efekty specjalne (pierwsze wykorzystanie blue screena). Muzyka z czołówki i początku nie ma tej stereotypowej islamskiej muzyki i bardziej przypomina muzykę Disneya.

Odzworowania bliskowschodniej kultury nie warto sprawdzać, bo wiadomo że w tamtych czasach czegoś takiego nie było - co prawda dżin (będący mało sympatycznym typem) jest zbliżony do pierwotnych wierzeń, gdzie był to odpowiednik czarta, ale to raczej zbieg okoliczności. I pewnie dzisiaj jest w indeksie dzieł zakazanych za sam temat "orientalizmu", dodatku dżin będący tym złym i stający się niewolnikiem złodzieja grany jest przez Afroamerykanina. Jednak co mnie zaskoczyło, to aktorzy faktycznie wyglądają na bliskowschodni lud (jak na tamte czasy). Zaś tytułowy złodziej jest grany przez Hindusa (których jest sporo jako statystów - opłaca się mieć kolonie :)). No dobra, basryjska księżniczka ewidentnie jest adoptowana z Europy i Ahmad, choć opalony i mający argentyńskie korzenie, też ma daleko do Araba.

Najlepsi aktorsko są Conrad Veidt w roli demonicznego wezyra i Miles Malleson jako sułtan. Zaskoczył mnie pozytywnie John Justin grający księcia Ahmada. Koleś dobrze odegrał pięknoducha, który jest suchoklatesem (już mniejszy od niego Abu ma większe bicki) i lekką cipą, którą trzeba ratować. To akurat miła odmiana po księciach z bajki będących zawsze ubermenschami. I też książę nie jest typem hollywoodzkiego przystojniaka - przeciwnie, ma przeciętną gębę i typowe angielskie uzębienie.

Momentami tempo pada i scenariusz nie umiał się zdecydować, kto ma tym głównym bohaterem - Abu czy Ahmad. Potem czytałem na wiki o problemach produkcyjnych, co w sumie widać. Anyway, film wart polecenia i stoi na własnych nogach.

7,5/10


Ali Baba i czterdziestu rozbójników (1944) - widziałem reklamy tego w niemieckim Super RTL ok. 2002-4 roku, gdzie wnioskowałem, że Ali Baba był jakimś księciem (oryginalnej treści baśni wówczas nie znałem), który musi walczyć z tytułowymi rozbójnikami. Jednak go nie oglądałem, bo interesowały mnie wtedy inne rzeczy.

Podczas lurkowania w necie odkryłem, że ten tytuł też był na PRL-owskich ekranach i uznałem, by zobaczyć. Film ma to samo co disneyowski Herkules - zero zgodności z materiałem źródłowym. Ali Baba nie jest tu biedującym perskim drwalem z rodziną, a synem arabskiego kalifa, zaś zbóje są Robin Hoodami. Nawet to nie jest baśń, lecz film bardziej historyczny, dotyczący zresztą inwazji Mongołów na Bagdad w 1258 roku (ale bliskowschodni historycy i arabiści będą łapać się za głowę na widok kilometrów nieścisłości).

Fajna była czołówka z napisami na murach, które zmywała wylana woda. I to jedyna kreatywność od filmu. Typowa taśmowa przygodówka osadzona egzotycznym settingu, którą można puścić dzieciakom w telewizji. Skoro to stary hollywoodzki film to trzeba przyzwyczaić do widoku WASPów, którym nawet nie raczono dać jakiejkolwiek charakteryzacji celem upodobnienia ich do bliskowschodnich i (mongolskich) ludów. Większość aktorów gra dość drętwo. Niespecjalnie też jest epicki - Bagdad ogranicza się do jednego planu i pałacu kalifa. W jednym ujęciu, gdy jakiś książę Achmed z Aladyna przybywa przed oblicze chana to miałem wrażenie, że zastosowali dwutaśmowy Technikolor. Choć Wielki Kanion sprawnie markuje arabskie plenery, a szczególnie wrażenie robi taniec grupowy Mongołów na weselu chana jako dowód, że CGI nie ma podjazdu do analogowej realizacji.

5/10 (EDIT: Z perspektywy czasu to zmieniam ocenę na 6,5/10, bo utkwił mi najbardziej w pamięci i w porównaniu z innymi hollywoodzkimi egzotykami lat 40. był naprawdę w porządku.)

I bonusowo:


:)

Odpowiedz
Mid90s (2018)

Lubię te skromne produkcje A24, a i cenię sobie klimaty 1990s, więc rzuciłem okiem na reżyserski debiut Jonaha. Ma chłop reżyserski talent i na pewno nie mniejszy niż aktorski.

Historia to klasyczne coming-of-age. Dzieciak żyjący w patologii poznaje nowych kumpli i razem zasuwają na desce po dzielnicy. Przyjemnie się to ogląda i zdecydowanie czuć odpowiedni vibe. Film tak nakręcony, że można pomyśleć, iż serio tamte czasy wróciły - format 4:3, obraz-ziarno i garść muzycznych kawałków tamtych lat. Zgaduję, że wielu oburzyłby pewnie fakt, że starszaki częstują tu dzieciaka fajkami i alkoholem. Wcale nie dziwne, że matka robi mu później siarę przed jego gangiem z tego powodu.

7/10

BTW. Lucas Hedges udowodnił mi, że potrafi wiarygodnie wypaść jako wrażliwy gej (Lady Bird), jak i jako osiłkowaty sukinsyn. Już mogę powiedzieć, że ma bardziej wszechstronny warsztat, niż hypowany z każdej strony Chalamet.

Odpowiedz
OGPUEE napisał(a):ostatnio wzięło mnie na orientalistyczne kino z lat 40.

Jesteś zboczony. Wiesz o tym, prawda? ;)

Odpowiedz
Dr. Dollitle 2020 z udziałem Roberta Downeya Juniora

Wielka, dymiąca CGI kupa, która nie ma absolutnie sensu. Wzięli na warsztat sławetną opowieść i postanowili zamienić to w hajsy - na szczęście nie poszło. Bo film ma Disneyowskie podłoże, potem skręca w coś a'la PotC, a potem skręca w czarną dupę durnych pomysłów. Nie jest to zabawne, nie jest to ciekawe i nie jest to atrakcyjne. Fuszerka próbująca złapać ludzi na znany tytuł.

0/10
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”

Odpowiedz
(22-01-2022, 13:24)Mental napisał(a): Jesteś zboczony. Wiesz o tym, prawda? ;)

Zgaduję, że chcesz mnie podpieprzyć lewicowym organizacjom za banalizację rasizmu i wspieranie neokolonializmu? Przejrzałem cię - blog o broni i nawoływanie do białej supremacji to tylko przykrywka :). Moderacja!


White Savage - w przeciwieństwie do innych filmów z Marią Montez i Jonem Hallem (i Sabu) setting jest współczesny i ilość białych aktorów w egzotycznej scenerii jest uzasadniony, bo akcja dzieje się w międzynarodowym porcie. Jednak tym bardziej rzuca się whitewashing niektórych postaci. Montez gra księżniczkę polinezyjskiej wyspy, na którą biali mają bana. A Montez jest tu bledsza od białego protagonisty, australijskiego rybaka. Dominikański akcent nie wystarczy - mogli ją wysmarować pastą do butą :P. Film zaś kiczowaty jak cholera. Początek obiecuje jakąś przygodówkę - szwabski bad guy (bo trwa WW2) chce podbić polinezyjską wysepkę, by zdobyć legendarne złoto. A potem lwia część to australijski rybak chce zdobyć zgodę na połów rekinów i de facto to kom-rom, gdzie nasz hero startuje do księżniczki - ahoj przygodo! To bardzo zła produkcja, którą ratuje jedynie Sabu.
1/10

Cobra Woman - ten film miał większe szczęście do lepszego reżysera niż poprzednik. Czemu postać Jona Halla ma "egzotyczne" imię, gdzie ewidentnie jest białym europejskiego pochodzeniem? Whitewashing jest tu szczególnie bekowy, bo postać Marii Montez znowu jest nie-białą mieszkanką (dokładnie regionu Pn.-Wsch. Azji), a jest to biała jak śnieg kobieta z rudymi włosami. Tak samo mieszkańcy Wyspy Kobry - białasy nie mający chociaż zmrużonych oczu - właśnie to powinien być kontrprzykład lewicy na narzekających na casting Murzynów w rolach europejskich średniowiecznych władców. Film sam wreszcie uderza w przygodowe tony i fabuła dość niezła. Montez dostała trochę materiału, by lepiej zagrać. Nie jest to wybitna produkcja, ale da się oglądać i byłby dobry materiał na remake.
4-5/10

EDIT:
Arabian Nights - z dotychczasowych hollywoodzkich "egzotycznych filmów" lat 40. chyba najbardziej znośny (zresztą który zapoczątkował tą modę). Tu przynajmniej postarali się, by wszyscy wyglądali jak pustynny lud. Z wyjątkiem głównej pary - czy nie mogli dać Marii Montez przynajmniej czarnej peruki, bo z tymi rudymi lokami i jaśniutką skórą wygląda Filip z konopii? Mogli zrobić, że to niewolnica z rubieży Europy - i tak wtedy nasza cywilizacja lubiła gnoić inne za barbarzyństwo :P. Jon Hall mając zarost jeszcze imituje wygląd arabskiego szejka, ale potem goli się i iluzja pada - widocznie brodaty protagonista wtedy budził niesmak i symbolizował jakiś idiotyczne zabobony z tych lat. No dobra. Przyznam, zaskoczyłem się że zły brat Haruna ar-Raszida, którego wysiudłał z tronu nie był w gruncie bad guyem. Ba, jego uczucie do Szeherezady jest szczerze, a głównym antagonistą jest wezyr (bo zawsze to musi być wezyr). Sztandarowa przygodówka z masą humoru (jak gruby odbija bebzonem, to jest dźwięk jakiegoś bębna) i fantazyjnymi akcjami. I po Arabian Nights widać najlepiej budżet i rozmach realizacyjny. Końcowa bitwa robi wrażenie rozmachem, prawdziwą kaskaderką i brakiem BHP (ciekawe ile koni po tym przeznaczono do rzeźni).
6/10

Odpowiedz
Gagarine - sympatyczne, pozbawione nachalności kino. Trochę przeskakujące rekina i jak dla mnie lekko płaskie pod względem nakreślenia relacji między postaciami (pewnie dlatego, że takie krótkie), ale w zamian pozbawione polityczno-społecznych komentarzy. Ciekawe wizualnie, pogodne i mające fajny rytm. Do obejrzenia na totalnym luzaku.

6-7/10
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
S A F E H O U S E

Bardzo dobry film sensacyjny. Jeśli szukacie czegoś od początku do końca poważnego i angażującego, z niegłupią fabułą i akcją, to trafiliście pod właściwy adres. Przeszkadzała mi tylko twarz Reynoldsa (wolałbym w tej roli kogoś innego), ale to pomijalny mankament, który nie psuje odbioru całości.

8+/10

Odpowiedz
Aileen Wuornos: American Boogeywoman (2021)

To jeden z tych filmów, który chciałby być co najmniej przeciętny, ale jest totalnym dnem. To nie samoświadome tworzenie złego kina, to po prostu twór filmopodobny. W każdym możliwym elemencie. Każdy kto oglądał "Cobra Kai" zdaje sobie zapewne sprawę, że Peyton List jest nędzną aktorką (o paradoksie, właśnie dla niej to odpaliłem, bo mimo wszystko lubię, a raczej lubiłem na nią patrzeć), ale w filmie "Aileen Wuornos: American Boogeywoman" przechodzi samą siebie. To nie jest gra niskich lotów, to jest szorowanie po ziemi. A ta otwarta buzia i krzywa szczęka (tak, w "Cobra Kai" również można tego doświadczyć) tylko potęgują złe wrażenie. No, ale staruszek Tobin Bell sobie chociaż przez moment pomacał.

Czarę goryczy przelewa nawiązanie do Hitchcocka oraz CGI burza. Zasłużone 1/10.

Wszystko poszło dobrze (2021)

Tak na dobrą sprawę był to dopiero mój drugi kontakt z Oznem (lata temu widziałem "Młodą i piękną") i muszę powiedzieć, że cholernie mi się podobało (czego nie mogę napisać o tamtym tytule). Jak sobie tak przypominam filmy o starości i umieraniu, które widziałem, to były, to raczej produkcje dosyć ciężkie. "Wszystko poszło dobrze" jest całkiem innym typem - niby też porusza zbliżone problemy, jak właśnie starość czy eutanazja, ale nie jest to w żaden sposób przedramatyzowane, co więcej - całkiem to przyjemne, coby nie napisać... letnie. Feel-good movie o umieraniu i godzeniu się z tym, a wszystko okraszone zabawnymi dialogami - króluje tutaj przede wszystkim André Dussollier. Super rola.

8/10

Odpowiedz
Po "egzotycznych filmach" zdecydowałem poświęcić na początki filmowe Zorro. Gościa, który był dla pokolenia moich rodziców tym samym czym są teraz superbohaterowie DC i Marvela, zaś mój wujek za dzieciaka przebierał się za Zorro. I w zasadzie był też był moim pierwszym idolem, głównie przez serial z lat 90. na Polsacie, wersję Disneya i kreskówkę WB na VHS (i anime na Polonia1 też się załapało). Miałem nawet action figure'a z serii Playmates z 1997, jak Zorro w łańcuchach wymachiwał biczem (kurde, dzisiaj by to nie przeszło :D).


Znak Zorro (1920) - Mental uzna, iż jestem zboczony do potęgi, ale jebać jego uczucia :). Pierwsze podejście do Zorro, adaptujące bezpośrednio świeżo co wydane The Curse of Capistrano. Warto zobaczyć sprzed interpretacji chociażby Disneya, który de facto wymodelował ikoniczny wizerunek Zorro. Nie ma sierżanta Garcii (choć Gonzales trochę tak się zachowuje), kostium Lisa się różni od tego utrwalonego w popkulturze plus używa pistoletu i wycina to słynne "Z" na twarzach wrogów. Nie jest to  origin story, bo Zorro już działa od jakiegoś czasu i fakt, że to Don Diego to twist. Dość zrobili ciekawy myk - otóż Don Diego w cywilu nie nosi wąsów (swoją drogą dziwnie ogląda się Douglasa Fairbanksa gładko ogolonego), ale jako Zorro je nosi (propsy za ogromne próby nie zdradzenia się, ale wyobrażam jakie to niepraktyczne i konsumujące czas). Fairbanksa jak zawsze miło się ogląda, tę jego zręczność (czasy gdy aktor faktycznie wykonywał wszystkie sceny kaskaderskie), humor i urok. Oprócz łotrzykowego Zorro też znakomicie odgrywa zblazowanego i dziecinnego Don Diega. Z drugiej strony momentami zajeżdża to melodramatem, bo sporo tu rozterek miłosnych między Diego/Zorro a Lolitą i główny zły też ma na nią chcicę; w finale ją porywa i brakuje jakichś pociągowych torów, tylko dlatego że jeszcze nie wynaleziono pociągów. I jest parę dłużyzn i przyznam, Fairbanks miał lepsze filmy swashbucklerowe. Niemniej jednak polecam. Jak Fairbanks w finale ucieka prze żołnierzami - kurwa, ale on wyćwiczony i sama kaskaderka robi wrażenie, mimo że to stuletni film.
7/10

Don Q, Son of Zorro - przed wersją z Tyrone'em Powerem zdecydowałem obejrzeć sequel wersji z Fairbanksem (który też tu wraca w podwójnej roli). Tutaj do ikonografii Zorro debiutuje bicz jako broń. Tym razem to Hiszpanie złapią się za głowę, ile tu zapewne nieścisłości jest z ich kulturą i tym okresem w ich historii. Film nie ma nic praktycznie związanego z Zorro, zresztą książka na podst. której go nakręcono dotyczyła czego inny. Już wtedy robili sequele tworzone po latach dla mamony. Już wtedy sequele miały bzdurne fabuły i powroty dziadków, by fani robili pod siebie (bo stary Don Diego postanawia włożyć kostium Zorro, bo tak). Pierwsza połowa to jakaś hiszpańskojęzyczna telenowela będąca zbyt rozwleczonym wstępem. Don Sebastian to trochę tragiczna postać. Wiernie służy koronie hiszpańskiej, próbuje zdobyć awans społeczny, a tu nagle jakiś Kalifornijczyk przystawia się do jego ukochanej, a na dokładkę jakiś szlachciur z Furzlandu jest cockblockerem :P. Sądziłem, że austriacki arcyksiążę (któremu się należało) będzie surprise villainem. Druga połowa to już konkret. Czyli pojedynki, pościgi i kaskaderskie zdolności Fairbanksa. Don Q nosi strój podobny do klasycznego Zorro, ale bez maski i wdzianku przypominający to z Zorro, The Gay Blade. I mimo wszystko fajnie ujrzeć wracającego Zorro kopiącego tyłki.
5/10

Znak Zorro (1940) - co mogę powiedzieć? Łał, już od początku jest spektakularny począwszy od pierwszego ujęcia trenujących fechtunek. Nawet tylna projekcja wypadła naturalnie. Pojedynek Diega i Pasquale'a - już fakt, że aktorzy musieli nauczyć się szermierki bez korzystania z dublerów i sztuczek montażowych, zmusza do docenienie wysiłku filmowców. Twórcy tu zrobili większy research względem hiszpańskiej kultury (przynajmniej takie odnoszę wrażenie) - np. Los Angeles (tu wymawianej przez "g", jako że to nadal Hiszpania) rządzi alkad, czyli hiszpański odpowiednik burmistrza (co też uwzględnili w serialu The Family Channel). Jak wersja z 1920 roku była pierwszym Batmanem Burtona, tak wersja z 1940 roku jest Batmanem: Początkiem, bo widzimy drogę Diega do założenia kostiumu (Fun fact: to z tego filmu wracał mały Batman, gdy zabili mu starych). Chociaż nie, Zorro dość nagle ni zgruchy ni pietruchy pojawia się bez żadnego wstępu czy build-upu. Sam kostium jeszcze nie wykrystalizował, bo nie ma peleryny (za to ma apaszkę). I też w tej wersji nie ma Bernardo, a Diego ma żyjącą matkę. Pięknie odegrano terror i przerażenie Los Angeles. Tu biedotą są faktycznie Hiszpanie w sombrero, a nie jedynie Indianie (którzy też tu się pojawiają) jak u Fairbanksa. Widać ograniczenia kodeksu Haysa, bo Zorro wycina "Z" na ubraniach i tapicerkach. I dlatego zaskoczyło mnie to, że tu nie waha się zabijać (nie kojarzę, by kiedykolwiek Zorro zabijał). Tyrone Power urodził się do roli tytułowego bohatera, Basil Rathbone jak zwykle daje radę jako villain. Wątek miłosny też taki se i raczej obligatoryjny.  Jest też motyw jak żona drugiego złego chce rzucić i zaleca się do Diega. No i dość mało tu scen z Zorro
 i mogło być więcej Pasquale'a, bo główny zły, czyli alkad Quintero to bardziej pocieszna pierdoła potwierdzająca powiedzenie o Bertranda de Jouvenela o władcach. Wciąż to dobry film i udany remake.
8/10

Odpowiedz
(25-01-2022, 11:12)Mental napisał(a): S A F E   H O U S E

Bardzo dobry film sensacyjny. Jeśli szukacie czegoś od początku do końca poważnego i angażującego, z niegłupią fabułą i akcją, to trafiliście pod właściwy adres. Przeszkadzała mi tylko twarz Reynoldsa (wolałbym w tej roli kogoś innego), ale to pomijalny mankament, który nie psuje odbioru całości.

8+/10
Dawno to już oglądałem, ale nie przypominam sobie, żeby fabuła była niegłupia. Sztampowa i bajkowo naiwna owszem.
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  ALARM! NADCHODZI KOLEJNY REMAKE! czyli wszystko o remake'ach Mierzwiak 1,244 242,956 14-04-2026, 18:15
Ostatni post: shamar
  Pętla czasowa czyli motyw dnia świstaka w filmach Craven 91 23,786 07-08-2025, 14:13
Ostatni post: shamar
  Prekognicja, czyli oceń film, który zaraz obejrzysz military 77 28,194 04-03-2017, 00:43
Ostatni post: Juby
  Dłuższa piłka, czyli coś dla kino maniaków od kino maniaków wika 3 4,446 02-12-2013, 19:10
Ostatni post: Bucho
  Prawdziwy film, czyli istota kina Bodzio 22 8,743 07-08-2011, 20:23
Ostatni post: MauZ
  Starocie filmowe, czyli trochę klasyki Eorath 44 17,344 20-12-2010, 19:03
Ostatni post: szopman
  Krótka piłka, czyli mini-recenzje military 6,447 721,695 11-04-2009, 16:35
Ostatni post: Negrin
  Parada banału, czyli wpływ formy filmu na odbiór fabuły;) Mental 167 31,154 26-03-2008, 09:55
Ostatni post: D'mooN
  [oddzielony] Krótka piłka, czyli mini-recenzje 0 324 Mniej niż 1 minutę temu
Ostatni post:



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
4 gości