Krótka piłka, czyli mini-recenzje
Odnośnie V/H/S to jestem zaskoczony, że to już piąta odsłona. Faktycznie horrory mają tendencję do rozmnażania się jak króliki.

Odpowiedz
(21-10-2022, 21:20)OGPUEE napisał(a): Faktycznie horrory mają tendencję do rozmnażania się jak króliki.

bo tanie, panie!
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”

Odpowiedz
(20-10-2022, 19:47)Lashly napisał(a): Moim ulubionym filmem Val Lewtona jest The Body Snatcher z 1945. Fenomenalna sceneria. Edynburg lata 30. XIX wieku, mgła, mrok, puby oraz Boris Karloff (i Lugosi w małej rólce). Luźno zainspirowany sprawą Burke'a i Hare'a, wykopujących zwłoki a potem zabijających ludzi by dostarczyć świeżych zwłok doktorowi Knoxowi. Czysta, klasyczna, gotycka makabra.

Wielki film i jeszcze większy Karloff, chociaż to bardziej dramat/thriller niż czystej wody horror, ale i tak warto obejrzeć. Skandalicznie krótki film, ale wspaniały pod każdym względem, wciąga jak odkurzacz, mówiąc wprost :) 8/10. 

Odpowiedz
Dorzucam swoją cegiełkę do horrorowego października - Pearl.

Zeszłej nocy znajdowałem się akurat w stanie wzmagającym odczucia audiowizualne, więc wybrałem najnowsze, chwalone zewsząd dziełko Ti Westa. Facet nakręcił dawniej słaby The House of Devil, kupsztal nieoferujący nic ponad stylistykę retro, więc tym większe było moje zadowolenie po seansie Pearl.

W fabule nie ma nic odkrywczego, podążamy wraz z mocno popieprzoną bohaterką utartym szlakiem szaleństwa w coraz mroczniejsze rejony. Choroba psychiczna, kompleksy, opresyjne środowisko, smutek niespełnienia - motywy często obecne w tego typu historiach, takoż i konkluzja nikogo raczej nie zaskoczy, niemniej droga do niej jest nieprzyjemnie satysfakcjonująca. Spora w tym "zasługa" wizualiów - całość zgrabnie udaje starocie z pierwszej połowy ubiegłego wieku, a do równania dodaje elementy baśni, slashera i czarnej komedii. Stylistyka, w porównaniu do wspomnianego House of Devil, nie jest wyłącznie sztuką dla sztuki, wzmaga bowiem absurdalny wymiar opowieści.

Na koniec największy atut - Mia Goth i jej ROLA. Dziewuszka jest absolutnie niepokojąca, a kolejne wybuchy furii czy rozpaczy odgrywa po mistrzowsku. Finałowy monolog na jednym ujęciu to perfekcja. Stawiam ją obok Colette, Clark i Shipki w panteonie najlepszych żeńskich ról w horrorach z ostatnich lat.

7-8/10, z czystym sumieniem polecam.

Odpowiedz
X bardzo mi się podobał, Pearl dopiero jutro będę oglądał :)

Odpowiedz
A dzisiaj co? Bo ja wyjątkowo się zdecydowałem się double-feature, bo praktycznie oglądam ten sam film. No i w cyfrze tegoż dnia wypadają dwójki (zanotować - w następnym spooktoberze 22. października oglądać dwa filmy).

Dr Jekyll i pan Hyde (1931) - o dziwo, nie produkował tego Universal. Tylko Paramount. Mam problem - literacki oryginał czytałem wiele razy, a moim zdanie adaptacje z tym się minęły. Przemiana Jekylla w Hyde'a to był twist i głównym bohaterem był niejaki Utterson, który w większości adaptacji był nieobecny. I Jekyll był chujem, a Hyde był przykrywką do odpierdalania wiksów, na które Jekyll jako eliciarz nie mógł pozwolić. Tak samo wczesne ekranizacje (w tym niema z 1920 z Johnem Barrymore’em) robiły Carewa jako znającego Jekylla, gdy w noweli był jakimś randomem, który miał pecha natknąć się na Hyde'a. No i pieprzone wątki miłosne nieobecne w noweli (w której wszyscy główni bohaterowie to starzy kawalerzy - ktoś obawiał się, że to promocja LGBT?), które naprawdę wyglądają jak wciśnięte przez stereotypowe feminazistki. Jekyll i jego pierwsza dupa mówią co chwila frazesy składające z "kocham cię/miłość" i nic tylko przewijać.

I potem poznaje się z drugą laską. I głównie z jej powodu Jekyll staje się Hyde'em. Zresztą co sobie Jekyll/Hyde myślał? Że w wersji małpoluda z jarmarku osobliwości jakaś lasencja na niego poleci? I ja na jego miejscu bym trochę się martwił, bo jeszcze go wsadzą do zoo. Zresztą czemu Ivy decyduje na związek z tym creepem? Od początku jest nim przerażona. I także nie rozumiem wątów Carewa do Jekylla jako jego przyszłego zięcia. Gość ma dobrą posadę, jest dobroczynny (ma ból dupy  o to, że Jekyll jest zbyt uczynny… a co? Nieokrzesanego i zboczonego Hyde'a byś chciał :P?) i przy pierwszej okazji próbuje zakazać swej córce spotykania się z nim. Zgon z ręki Hyde'a jak najbardziej zasłużony.

Fredric March dostał za swój występ aktorski Oscara… i już wtedy Akademia popełniała babole. Jekyll w wykonaniu Marcha to jakiś bieda teatralny występ z dziwną manierą głosu i teatralną gestykulacją. Ogólnie gra aktorska wszystkich pozostawia wiele do życzenia. Ale już jako Hyde jest lepiej, choć momentami to przesadza z tym ciągłym złolstwem, że aż jest karykaturalny.

Z drugiej strony kodeks Haysa nie podniósł swego cenzorskiego łba i wybrzmiewa ten seksualny ton, gdy druga dupa Jekylla chce go usidlić i ten odchodząc to wciąż jest przebitka na majtającą lubieżnie jej nogę. Co mogę pochwalić, to zdjęcia są świetne (choć nie wiem czemu jest rybie oko w pierwszej scenie). I scena transformacji robi na tamte lata wrażenie. I na pewno Disney się nią inspirował przy tworzeniu przemiany Złej Królowej w Królewnie Śnieżce.

6/10


Dr Jekyll i pan Hyde (1941) - spodziewałem się, że pierwsze zdanie to będzie: "w sumie największa zasługa tego filmu to plakat będący inspiracją dla Two-Face’a z DC Comics": Ale tak oglądam, oglądam. I po obejrzeniu mogę powiedzieć, że to przykład remake'u lepszego od oryginału. Wątki miłosne wciąż nudne, ale są lepiej i naturalniej poprowadzone (dużo tu roboty dają lepsze aktorki i bardziej zniuansowany scenariusz). I odpowiednik Carewa ma bardziej uzasadnione obiekcje wobec Jekylla jako zięcia, m.in. zbytnio okazuje uczucia (oddaje ducha wiktoriańskiej epoki) i jawnie snuje swe bzdurne teorie. A Lanyon nie wychodzi na zdradzieckiego chuja. Zresztą w tej wersji Carew i jego córuś inaczej się nazywają, przez co paradoksalnie większe odstępstwa od książki lepiej podchodzą. Ogólnie Spencer Tracy pokazał Jekylla jako mniej spiżowego i np. chce swą miksturę testować na innym człowieku (a wcześniej ją testuje na puchatym króliczku). I też zaskakująco podczas przemiany Jekyll wyobraża swe obiekty miłosne jako powożone i smagane biczem konie.

Sądzę też, że kodeks Haysa pomógł grozie. Otóż w tej wersji Ivy nie jest jakąś sex-workerką, a barmanką i bardziej człowiek współczuję w jej sytuacji z Hyde'em. I w tej wersji gdy Hyde napastuje Ivy, który od razu spierdala od niego i gdy jakiś koleś chce rozmówić z Hyde'em, to ten mówi że to białorycerzyk napastował Ivy. A wspólne zamieszkanie wyszło naturalniej, gdyż tu zadecydowała zwykła perswazja. Ogólnie Hyde jest bardziej subtelny w złym zlołstwie.

By nie było tak słodko, to powiem, że w tej wersji Hyde jest najnudniejszy jak się da. Po prostu to Jekyll z rozwianą czupryną i krzaciastymi brwiami. Cierpi na tym realizm, bo jest motyw, że barmanka widziała wcześniej Jekylla i nie rozpoznaje w wersji Hyde'a. Ja nie miałem problemu. Mogli twórcy chociaż dać mu wąsy Groucha Marxa. Czyżby kodeks Haysa zakazywał przedstawiania strasznych bestyj? 

Generalnie film polecam i być może w przyszłości do niego wrócę, czego nie jestem w stanie tego powiedzieć o wersji z Marchem.

8/10

Odpowiedz
Ciekawe. Ja bardzo cenię sobie wersję z 1931. Pop kultura trochę zmieniła przesłanie powieści.  Hyde jako potwór trochę mija się z celem, chociaż nie ukrywam, że uwielbiam tego Hyde'a i te zamglone wiktoriańskie ulicę. Nie pamiętam co nowego wprowadziła wersja ze Spencerem Tracy.
March-Hyde jest na tyle popularny, że czasem na siłę albo pewnie przez przypadek był wliczany w poczet potworów Universala (w pełnometrażowej wersji Universala Jekyll/Hyde grany przez Borisa Karloffa pojawił się dopiero w Abbott and Costello Meet Dr. Jekyll and Mr. Hyde).

Ale chciałbym jeszcze wspomnieć o czymś ciekawym. W wersji z 1931 pojawiła się postać lokaja Poole'a, granego przez Edgara Nortona. Ten aktor grał tę rolę przez całe dekady u boku jednego z najsłynniejszych wiktoriańskich aktorów teatralnych - Richarda Mansfielda (jako Jekyll i Hyde). Mansfield był jednym z podejrzanych o bycie Kubą Rozpruwaczem. Nie był nim na pewno, ale takie powiązanie klasyków kina grozy z najsłynniejszą zagadką kryminalną wszech czasów jest zbyt ciekawe by je pominąć. Wcześniej grał jeszcze marcowego zająca w pierwszej teatralnej wersji Alicji w Kranie Czarów, przygotowanej przez samego Lewisa Carolla i z dziewczyną, która go zainspirowała do napisana książki, w roli głównej. No nie wiem, może tylko tak mi się wydaję, ale ja czuję taki sam dysonans jak wtedy, gdy się dowiedziałem że mamuty żyły jeszcze długo po tym jak zbudowano piramidy.
W cyklu Universal Norton zagrał w zasadzie tą samą rolę w Córze Draculi i Synu Frankensteina.

[Obrazek: image-w856.jpg?size=800x]

[Obrazek: Phobe_Carlo_Alice_cast_1886.jpg]

Odpowiedz
Cytat:W sumie mógłbym wpis o Pearl dodać do tematu o X, ale to jest na tyle inny film, że jakoś nie wypada.

I wypada i zdecydowanie należało to zrobić, zwłaszcza jeśli chcesz, żeby ktokolwiek to przeczytał nie tylko w ciągu najbliższych kilku dni.

Odpowiedz
(23-10-2022, 13:50)raven.second napisał(a): W sumie mógłbym wpis o Pearl dodać do tematu o X...

Dopiero wczoraj dowiedziałem się o tym całym X i połączeniu z Pearl. Przejrzę stosowny temat, aczkolwiek jeśli to rzeczywiście sztampowy slasher na modłę horrorków z lat 70., to raczej postoję. Obawiam się drugiego House of Devil.

Pearl za to wciąż siedzi w głowie. Niby nic odkrywczego, historia opowiedziania już wielokrotnie, ale ogląda się to z niesłabnącym zaciekawieniem. O Goth trzeba pisać jak najwięcej, bo babeczka rozwaliła system, naprawdę wielka kreacja. Ten końcowy "uśmiech" jest wspaniały, idealnie podsumowuje film i dodatkowo lekko wyśmiewa powszechny dawniej motyw "smile* for the camera" z wyszczerzonymi do obiektywu gospodyniami domowymi. No, Pearl zdecydowanie zasługuje na własny temat (ewentualnie rozbudowanie tego iksowego).

*Właśnie, smile. Ostatnie ujęcie jeszcze bardziej nakręciło mnie na Smile. ;)

Odpowiedz
King Arthur 2004 w reżyserii Fuqua.

Niezłe to filmidło, choć w etapach zimowych przesterowane filtrami i sztucznym śniegiem. Pompatyczna muzyka ZImmera działa w kilku momentach jednakże wrażenie powtarzalności głównego motywu jest dołujące. Poza tym, z wad jakoś mi Owen tutaj średnio pasuje bo jest aż za cny i jakby przerysowany.
Natomiast ekipa Saksonów i potyczki z nimi już całkiem dobrze wypadły, podobnie jak wątek zadania uratowania rodzinki z północy. Ogólnie film posiada dobre tempo i wyważone akty, które są spójne. Jedna rzecz mnie ciekawi - ile oni tam podróżowali, skoro przechadzkę do Willi mieli w śniegu, a na murze Hadriana panowało lato?

6/10
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”

Odpowiedz
Owen w "Królu Arturze" dał bardzo drewniany występ. To ciekawe, że zaraz po tym filmie wszedł na plan "Bliżej" i tam pokazał aktorstwo przez duże A, rolę godną worka Oscarów.
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.

Odpowiedz
Terrifier 2

Art The Clown powraca siać srogi gnój w sequelu do nieźle przyjętego wśród tzw. koneserów obrazka spod znaku cięcia, gięcia i niestety w tym przypadku też pierdolenia; wydłużony czas seansu w stosunku do pierwszej części to z jednej strony plus, bo tym razem dostaliśmy "jakąś tam" fabułę, z drugiej trochę przekleństwo filmu (który trwa grubo ponad 2 godziny), bo wlecze się trochę, szczególnie w pierwszym akcie. Reżyser starał się dać jakiś sensowny background głównym bohaterom, co w przypadku choćby protagonistki imieniem Sienna wypada nieźle, ale już w przypadku jej brata (tragiczny młody aktor) i jej matki już niekoniecznie. Dodatkowo Leone chcąc jeszcze bardziej uatrakcyjnić postać głównego złego dorzucił do tego gara więcej elementów z tzw. dupy, w pewnym momencie zahaczając nawet o jakieś zupełnie niepotrzebne
Mimo wszystko raczej mało kto odpali ten film, żeby ekscytować się fenomenalną historią i dramatami głównych bohaterów - ogląda się toto ze względu na gor i tym razem też scenki rodzajowe dostarczają i to bardzo mocno. Wszechobecnej makabry jest raczej niewiele (reżyser raczej nie posiadł umiejętności sensownego budowania napięcia czy atmosfery grozy) ale samych krwawych scen jest od groma i w przypadku kilku co wrażliwsi widzowie mogą mieć odruchy wymiotne i poczuć się nieswojo. Całość oczywiście zrealizowana przy pomocy dużej ilości gumy i hektolitrów sztucznej krwi, co należy zdecydowanie pochwalić i docenić kunszt charakteryzatorsko-realizacyjny przy dostępnym budżecie (który dzięki internetowym zbiórkom był zdecydowanie większy niż w przypadku jedynki ale nadal są to rejony, w których trzeba mocnego skilla i talentu). W ucho wpada też elektroniczny i mocno 8'tisowy soundtrack i piosenka kawiarniana zagrana przy użyciu banjo (!).



Koniec końców jest to film, który śmiało mogę polecić fanom podgatunku ze względu na świetną realizację scen gore i postać głównego złola, z drugiej wszyscy inni nie mają tutaj absolutnie czego szukać i powinni odpalać na własną odpowiedzialność. Film, który doceni tylko i wyłącznie wąskie grono zapaleńców, ale zrealizowany z serduchem na dłoni (dosłownie i w przenośni).
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...

Odpowiedz
Narzeczona Frankensteina (1935) to po prostu fajny klasyk, tyle i trochę mi wstyd, że dopiero teraz ten film obejrzałem :) jest tu wszystko, czego można oczekiwać od horroru z tamtych lat, od szalonego naukowca i jego eksperymenty, poprzez przecudowne scenografie i urocze efekty, aż po nieziemski klimat. Nigdy jednak nie przepadałem za Frankensteinem i jego potworem, a sama Narzeczona była już przeorana przez różnorakie parodie i inne filmy czy seriale, że nie robi aż tak wielkiego wrażenie (ale i tak budzi podziw). 7/10 z serduszkiem. Spooktober powoli się kończy.

Odpowiedz
W sumie o horrorach Universala nadawałby się ten temat i na waszym (twoim i Lashlyego) miejscu bym tam przeniósł posty (lub poprosił moderację):
https://forumkmf.pl/Thread-Universal-Classic-Monsters-newsy-i-plotki-czyli-temat-o-Dark-Universe--5485

A co do Narzeczonej... to zgadzam się. I to też rzadki przykład lepszego sequela od oryginału (przynajmniej tak pamiętam, bo wieki ich nie widziałem).

Odpowiedz
Też wolę Narzeczoną..., bo w porównaniu do poprzednika to więcej czasu poświęca się potworowi, niż mdłemu wątkowi obyczajowemu. Jeśli miałbym się czemuś przyczepić to niewłaściwemu tytułowi, bo potwora pojawia się na kilka ostatnich minut. No i nie wysilili się z recastingiem dziewczyny Frankensteina. Nie mogli zatrudnić kolejnej blondynki lub chociaż przefarbować jej włosów, by nie gryzło się z poprzednim filmem?

Odpowiedz
Wtedy to nie przejmowali się takimi detalami. Ojciec przypadkowo utopionej w poprzednim filmie małej Marii  (swoją drogą bardzo smutna historia tej małej aktorki) zmienił imię z Ludwiga na Hansa i dodali mu sporo lat. Dwa pierwsze filmy to oczywiście wielkie dzieła, choć dopiero za drugim razem James Whale miał na tyle dużą renomę, że mógł uczynić ten film na tyle dziwnym jak chciał. Chociaż w obu filmach zmieniono zakończenie oszczędzając Frankensteina (w jedynce dodali niepotrzebną i kiepsko zrobioną scenę z Frankensteinem odpoczywającym w łóżku, co nakręcili z dublerem bo Colin Clive już był zajęty wędrowaniem po Stanach i Europie i zapijając się na śmierć) a w drugim filmie Frankenstein miał zginąć w wybuchu laboratorium, co zresztą widać w filmie, bo w 1935 do głowy im nie przyszło, że w przyszłości te filmy będzie można sprawdzać klatka po klatce.
[Obrazek: 1tywy5dsdgw31.jpg?auto=webp&s=d39f941583...67f049a447]
Syn Frankensteina jest zupełnie inny, ale jakimś cudem to działa. Narzeczona to szczyt rozwoju postaci potwora, pozostało już chyba tylko zrobić taki dobrze zrobiony blockbuster. I na Synie skończyły im się fajne pomysły. Tzn. crossover z innymi potworami to spoko pomysł ale z wykonaniem było różnie.

Chyba też jestem za przeniesieniem dyskusji nawet jeśli miałaby się wkrótce zakończyć i czekać na wskrzeszenie następnego października. No chyba, że znajdę czas wyjaśnić dlaczego Wolf Man wygrałby battle royale pomiędzy wszystkimi potworami Universala ;)

Odpowiedz
(21-10-2022, 19:22)raven.second napisał(a): VHS'99 (2022) to chyba najgorszy film tegorocznego maratonu. Ze wszystkich opowiastek tylko jedna naprawdę przypadła mi do gustu i wydaje się w pełni wykorzystywać potencjał kaset wideo, kamer oraz epoki - reszta to albo totalna głupota robiona jak najtańszym kosztem, albo bzdurka, która ma kilka fajnych elementów.
3/10 to i tak za dużo.

Mogę się pod tym podpisać. Beznadzieja. Z tym, że mnie żadna nie przypadła. Ani jednej dobrej historii. Poprzednia część, przy tym to arcydzieło.
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
The Amityville Horror (1979), bo miałem ochotę na coś z nawiedzonym domem, ale coś starszego, a nie współczesnego, coś... z duszą :) wybór padł więc na oryginalny Amityville, bo widziałem tylko wersję z Reynoldsem, a internet mówi, że tych filmów jest gromada. No i... jest fajnie. Coś stuka, okna się zatrzaskują, drzwi się otwierają, dzieciak ma niewidzialnego przyjaciela, jest zimno, w niektórych miejscach fruwają roje much i tak dalej, by w finale wszystko spłynęło krwią, a mieszkańcy stopniowo zatracali się w szaleństwie. Atmosfera i klimat bardzo dobre, Lois Lane wspaniała, jedna scenka wybitna bym powiedział (oczy w oknie), 7/10. W sam raz na spooktober!

Odpowiedz
(24-10-2022, 12:11)slepy51 napisał(a): Terrifier 2
Obejrzałem wczoraj jedynkę. Poza fajnie wykreowaną postacią klauna i sympatycznym gore raczej nic ciekawego. Ale Art ma potencjał, więc pewnie dam szansę dwójce.

Odpowiedz
Barbarian (2022): zamienić role Skaarsgarda i Longa, wyciąć retrospekcję i byłoby perfekcyjnie, a tak jest tylko bardzo dobrze - nie wiedziałem absolutnie nic o tym filmie, obstawiałem bardziej coś w stylu psychologicznego horroru związanego z przypadkowymi ludźmi połączonymi przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności i srogą burzę, a dostałem... no, nie powiem co, bo to za duży spojler. Polecam w każdym razie, bo to ciekawa, bardzo dobrze zagrana produkcja, którą tylko by zyskała, gdyby potraktować ją na zasadzie X/Pearl, czyli najpierw zwyczajny film, a potem prequel, rozszerzający wszystko (bo potencjał jest olbrzymi). 8/10 :)

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  ALARM! NADCHODZI KOLEJNY REMAKE! czyli wszystko o remake'ach Mierzwiak 1,244 242,947 14-04-2026, 18:15
Ostatni post: shamar
  Pętla czasowa czyli motyw dnia świstaka w filmach Craven 91 23,785 07-08-2025, 14:13
Ostatni post: shamar
  Prekognicja, czyli oceń film, który zaraz obejrzysz military 77 28,193 04-03-2017, 00:43
Ostatni post: Juby
  Dłuższa piłka, czyli coś dla kino maniaków od kino maniaków wika 3 4,446 02-12-2013, 19:10
Ostatni post: Bucho
  Prawdziwy film, czyli istota kina Bodzio 22 8,743 07-08-2011, 20:23
Ostatni post: MauZ
  Starocie filmowe, czyli trochę klasyki Eorath 44 17,344 20-12-2010, 19:03
Ostatni post: szopman
  Krótka piłka, czyli mini-recenzje military 6,447 721,653 11-04-2009, 16:35
Ostatni post: Negrin
  Parada banału, czyli wpływ formy filmu na odbiór fabuły;) Mental 167 31,152 26-03-2008, 09:55
Ostatni post: D'mooN
  [oddzielony] Krótka piłka, czyli mini-recenzje 0 324 Mniej niż 1 minutę temu
Ostatni post:



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
3 gości