Tak się zastanawiałem, czym sie kierować, przy wyborze najlepszego Bonda. W sumie można wybrać ten, co się najbardziej podoba :)
Było kilka Bondów, jak dla mnie powyżej średniej, ale jak
już przeczytaliście nagłówek wybrałem "Licence to Kill"
Może z góry powiem, że Timothy Dalton nie jest u mnie w rankingu Bondów na pozycji 1, ale trudno, żeby konkurował 2 filmami z Connerym i Moorem. Na pewno jest to pierwszy Bond tak zdeterminowany w tym co robi. Chyba pierwszy film, gdzie się naprawdę mści, a nie tylko wykonuje kolejne zadanie "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości". A w zasadzie działa poza prawem i to pierwszy wyróżnik tego filmu z całej serii.
Niektórzy gloryfikuja teraz Craiga jako świeżą postać Bonda, a tak naprawdę to Dalton był tym pierwszy twardym Bondem. Twardym, chamskim, bez skrupułów, zdeterminowanym, ale jednoczesnie z klasą, inteligentnym. Mówię o samej postaci, bo faktycznie Dalton mógł zagrać w tym filmie nieco lepiej, ale akurat do "Licence to kill" pasował bardzo dobrze. Na pewno znalazły się lepszy aktor, ale teraz nikt konkretny nie przychhodzi mi na myśl.
Piosenka tytułowa tez należy do moich ulubionych, równolegle z Goldfingerem, Living Daylights i Goldeneye.
Kolejny plus to ograniczenie typowego bondowskiego gadżeciarstwa jak z poprzednich odcinków. I znów powiem, że to nie "Cassino Royale" było pierwszym filmem pozbawionym gadżetów (a zestaw
medyczny z Cassino Royal ratujący życie Craiga, to nie gadźet? No chyba, że za gadżet weźmiemy komunikator w grabiach Q :)
Jest jeszcze aparat polaroid z roentgenem, ale na szczescie Bond tego nie używa.
Również w tej części Bond nie używa bajernych samochodów, tylko sie rozbija dlaodmiany ciężarówkami
Na szczęście sam klimat postaci Bonda pozostał, czyli
- My name is Bond, James Bond.
- typowa muzyka w tle, co dla mnie jest wiekszym wyznacznikiem bondowości niż wyżej wymienione gadżety.
Dziewczyna Bonda, to oczywiście jeden z ważniejszych czynników :)
W Licence... są dwie, Carey Lowell jako Pam Bouvier i Talisa Soto jako Lupe Lamora. Obydwie, jak dla mnie b. ładne (pomijam modę i fryzury tamtych lat) i obydwie inteligentne.
Pam Bouvier gra tutaj dość twardą wspólniczkę Bonda. Od pierwszej sceny widać, że ma inicjatywę i nasz bohater nie będzie ona dla niego dodatkiem, jak w starych Bondach. Tak samo Lupe, niby elegancka i delikatna, a potrafiła się przeciwstawić Sanchezowi.
Jak dla mnie obydwie one zagrały powyżej przeciętnego poziomu panienek Bonda, co już jest dużym plusem.
Swoje role świetnie zagrali Robert Davi jako Sanchez i w sumie debiutujący Benicio Del Toro jako Dario. Jak dla mnie, to ten drugi tą grą otworzył sobie drzwi do kariery aktorskiej. Od pierwszej sceny zagrał tak, że miałem ochotę dać mu w mordę :)
Podsumowując "Licence to Kill" jest najbardziej odmiennych Bondów, bez kosmicznych bajerów, tajnych organizacji, ale zarazem z klimatem nie pozwalającym stwierdzić, ze to już nie Bond , jak się mówi o 2 odstatnich odcinkach serii.
Po prostu jest to Bond z krwii i kości.
Było kilka Bondów, jak dla mnie powyżej średniej, ale jak
już przeczytaliście nagłówek wybrałem "Licence to Kill"
Może z góry powiem, że Timothy Dalton nie jest u mnie w rankingu Bondów na pozycji 1, ale trudno, żeby konkurował 2 filmami z Connerym i Moorem. Na pewno jest to pierwszy Bond tak zdeterminowany w tym co robi. Chyba pierwszy film, gdzie się naprawdę mści, a nie tylko wykonuje kolejne zadanie "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości". A w zasadzie działa poza prawem i to pierwszy wyróżnik tego filmu z całej serii.
Niektórzy gloryfikuja teraz Craiga jako świeżą postać Bonda, a tak naprawdę to Dalton był tym pierwszy twardym Bondem. Twardym, chamskim, bez skrupułów, zdeterminowanym, ale jednoczesnie z klasą, inteligentnym. Mówię o samej postaci, bo faktycznie Dalton mógł zagrać w tym filmie nieco lepiej, ale akurat do "Licence to kill" pasował bardzo dobrze. Na pewno znalazły się lepszy aktor, ale teraz nikt konkretny nie przychhodzi mi na myśl.
Piosenka tytułowa tez należy do moich ulubionych, równolegle z Goldfingerem, Living Daylights i Goldeneye.
Kolejny plus to ograniczenie typowego bondowskiego gadżeciarstwa jak z poprzednich odcinków. I znów powiem, że to nie "Cassino Royale" było pierwszym filmem pozbawionym gadżetów (a zestaw
medyczny z Cassino Royal ratujący życie Craiga, to nie gadźet? No chyba, że za gadżet weźmiemy komunikator w grabiach Q :)
Jest jeszcze aparat polaroid z roentgenem, ale na szczescie Bond tego nie używa.
Również w tej części Bond nie używa bajernych samochodów, tylko sie rozbija dlaodmiany ciężarówkami
Na szczęście sam klimat postaci Bonda pozostał, czyli
- My name is Bond, James Bond.
- typowa muzyka w tle, co dla mnie jest wiekszym wyznacznikiem bondowości niż wyżej wymienione gadżety.
Dziewczyna Bonda, to oczywiście jeden z ważniejszych czynników :)
W Licence... są dwie, Carey Lowell jako Pam Bouvier i Talisa Soto jako Lupe Lamora. Obydwie, jak dla mnie b. ładne (pomijam modę i fryzury tamtych lat) i obydwie inteligentne.
Pam Bouvier gra tutaj dość twardą wspólniczkę Bonda. Od pierwszej sceny widać, że ma inicjatywę i nasz bohater nie będzie ona dla niego dodatkiem, jak w starych Bondach. Tak samo Lupe, niby elegancka i delikatna, a potrafiła się przeciwstawić Sanchezowi.
Jak dla mnie obydwie one zagrały powyżej przeciętnego poziomu panienek Bonda, co już jest dużym plusem.
Swoje role świetnie zagrali Robert Davi jako Sanchez i w sumie debiutujący Benicio Del Toro jako Dario. Jak dla mnie, to ten drugi tą grą otworzył sobie drzwi do kariery aktorskiej. Od pierwszej sceny zagrał tak, że miałem ochotę dać mu w mordę :)
Podsumowując "Licence to Kill" jest najbardziej odmiennych Bondów, bez kosmicznych bajerów, tajnych organizacji, ale zarazem z klimatem nie pozwalającym stwierdzić, ze to już nie Bond , jak się mówi o 2 odstatnich odcinkach serii.
Po prostu jest to Bond z krwii i kości.
20-03-2009, 22:29





