Są cztery opcje.
1. Ktoś o duszy artysty nazwał wątek o tym filmie "L A C O N F I D E N T I A L" albo podobnie i szukajka go nie widzi.
2. Szukajka jest do dupy i nie wyszukuje "confidential".
3. Nie umiem korzystać z szukajki.
4. Nie było jeszcze wątku o tym zacnym filmie.
Jeśli opcja 4, oto i wątek. Jeśli 1-3, proszę o przeniesienie do wątku właściwego.
Tak czy inaczej: szczerze mówiąc, za każdym obejrzeniem moja ocena LAC troszkę spada. Pierwszy seans wyrwał mnie z butów - to był kopniak podobny do Training Day. Ale potem powiększała się lista rzeczy, które mi nie podchodzą. I właśnie po raz kolejny się rozrosła.
1. Minimalna stylizacja. Niby rzecz dzieje się w latach ...50? No ale właśnie - nie pamiętam, bo w ogóle nie czuję, że to film "historyczny".Próbowałem sobie wmówić, że to zaleta, że dzięki temu lata 50. wydają się bardziej wiarygodne, bliższe nam - ale nie, sorry. Crowe i spółka wyglądają tak "neutralnie", że na pierwszy rzut oka, oceniając po strojach czy fryzurach, można ten film osadzić w latach 90, 80, 70...
![[Obrazek: o4MYsyN.jpg]](http://i.imgur.com/o4MYsyN.jpg)
Tylko samochody nie pasują, ale w scenach, w których ich nie widać, zapominam, że to niby dawne dzieje.
2. Powierzchowność fajnych motywów. Na początku ważny wydaje się wątek bogacza prowadzącego burdel z sobowtórami gwiazd, który jednak zostaje spuszczony w kiblu. To tylko red herring. Podobnie potraktowano wątek detektywa współpracującego z brukowcem. To jest genialny temat na osobny film, Spacey w swojej roli wymiata, ale go zabijają i w sumie nikogo to nie obchodzi. Postać i jej śmierć służą tylko temu, żeby kapitan przypadkiem zdradził się przed bohaterem.
Najgorsze, że te świetne, wciągające wątki idą do kosza w celu wyeksponowania wątku najbardziej przewidywalnego, banalnego, ogranego do nieprzyzwoitości. Po co komu tajemnica nietypowego burdelu dla elity, skoro możemy mieć SKORUMPOWANEGO KAPITANA POLICJI. O rany, to jak wyjebanie do kosza kaczki po andaluzyjsku, żeby przejść do deseru, którym jest batonik Mars.
3. Zakończenie. Oczywiście wielka strzelanina. Ooooczywiście. Nie mam nic przeciwko dobrej jatce, ale tutaj, w filmie, w którym najlepszą sceną było przesłuchanie pokazujące błyskotliwość głównego bohatera, scena akcji w finale wydaje się... prostacka. Hoooy tam z intelektem Pearce'a, dzięki któremu zaszedł tak daleko. I tak ostatecznie chodzi o to, kto celniej strzela i potrafi przyjąć więcej kulek na klatę.
A, no i byłbym wdzięczny za choćby szczątkowe wyjaśnienie, jak wytłumaczyli, że szef policji został zabity strzałem w plecy. Bo sorry, ale to już wykracza poza "zatuszowanie sprawy". Cięcie i przejście do "obróciliśmy kota ogonem" ma walory komediowe, ale nie wystarcza, żeby wiarygodnie wydostać bohatera z czarnej dupy, w którą sam się wpakował.
4. Opowieść Crowe'a o zdarzeniu z dzieciństwa, które sprawiło, że dostał pierdolca na punkcie ochrony kobiet. To jest kawałek pasujący do filmu trzy klasy gorszego. Do czegoś z Chuckiem Norrisem. Koszmarny, tandetny monolog, który ma wytłumaczyć obsesję bohatera i dac mu motywację. O ile lepiej wypadłaby postać Crowe'a, gdyby po prostu pominięto "DLACZEGO". No chłopak jest jebnięty na punkcie kobiet, po co drążyć? Po co mu motywacja z komiksu o Kapitanie Ameryce?
8/10 obecnie, a film wyjeżdżał ze stacji 10/10. Aż się boję kolejnego seansu.
1. Ktoś o duszy artysty nazwał wątek o tym filmie "L A C O N F I D E N T I A L" albo podobnie i szukajka go nie widzi.
2. Szukajka jest do dupy i nie wyszukuje "confidential".
3. Nie umiem korzystać z szukajki.
4. Nie było jeszcze wątku o tym zacnym filmie.
Jeśli opcja 4, oto i wątek. Jeśli 1-3, proszę o przeniesienie do wątku właściwego.
Tak czy inaczej: szczerze mówiąc, za każdym obejrzeniem moja ocena LAC troszkę spada. Pierwszy seans wyrwał mnie z butów - to był kopniak podobny do Training Day. Ale potem powiększała się lista rzeczy, które mi nie podchodzą. I właśnie po raz kolejny się rozrosła.
1. Minimalna stylizacja. Niby rzecz dzieje się w latach ...50? No ale właśnie - nie pamiętam, bo w ogóle nie czuję, że to film "historyczny".Próbowałem sobie wmówić, że to zaleta, że dzięki temu lata 50. wydają się bardziej wiarygodne, bliższe nam - ale nie, sorry. Crowe i spółka wyglądają tak "neutralnie", że na pierwszy rzut oka, oceniając po strojach czy fryzurach, można ten film osadzić w latach 90, 80, 70...
![[Obrazek: o4MYsyN.jpg]](http://i.imgur.com/o4MYsyN.jpg)
Tylko samochody nie pasują, ale w scenach, w których ich nie widać, zapominam, że to niby dawne dzieje.
2. Powierzchowność fajnych motywów. Na początku ważny wydaje się wątek bogacza prowadzącego burdel z sobowtórami gwiazd, który jednak zostaje spuszczony w kiblu. To tylko red herring. Podobnie potraktowano wątek detektywa współpracującego z brukowcem. To jest genialny temat na osobny film, Spacey w swojej roli wymiata, ale go zabijają i w sumie nikogo to nie obchodzi. Postać i jej śmierć służą tylko temu, żeby kapitan przypadkiem zdradził się przed bohaterem.
Najgorsze, że te świetne, wciągające wątki idą do kosza w celu wyeksponowania wątku najbardziej przewidywalnego, banalnego, ogranego do nieprzyzwoitości. Po co komu tajemnica nietypowego burdelu dla elity, skoro możemy mieć SKORUMPOWANEGO KAPITANA POLICJI. O rany, to jak wyjebanie do kosza kaczki po andaluzyjsku, żeby przejść do deseru, którym jest batonik Mars.
3. Zakończenie. Oczywiście wielka strzelanina. Ooooczywiście. Nie mam nic przeciwko dobrej jatce, ale tutaj, w filmie, w którym najlepszą sceną było przesłuchanie pokazujące błyskotliwość głównego bohatera, scena akcji w finale wydaje się... prostacka. Hoooy tam z intelektem Pearce'a, dzięki któremu zaszedł tak daleko. I tak ostatecznie chodzi o to, kto celniej strzela i potrafi przyjąć więcej kulek na klatę.
A, no i byłbym wdzięczny za choćby szczątkowe wyjaśnienie, jak wytłumaczyli, że szef policji został zabity strzałem w plecy. Bo sorry, ale to już wykracza poza "zatuszowanie sprawy". Cięcie i przejście do "obróciliśmy kota ogonem" ma walory komediowe, ale nie wystarcza, żeby wiarygodnie wydostać bohatera z czarnej dupy, w którą sam się wpakował.
4. Opowieść Crowe'a o zdarzeniu z dzieciństwa, które sprawiło, że dostał pierdolca na punkcie ochrony kobiet. To jest kawałek pasujący do filmu trzy klasy gorszego. Do czegoś z Chuckiem Norrisem. Koszmarny, tandetny monolog, który ma wytłumaczyć obsesję bohatera i dac mu motywację. O ile lepiej wypadłaby postać Crowe'a, gdyby po prostu pominięto "DLACZEGO". No chłopak jest jebnięty na punkcie kobiet, po co drążyć? Po co mu motywacja z komiksu o Kapitanie Ameryce?
8/10 obecnie, a film wyjeżdżał ze stacji 10/10. Aż się boję kolejnego seansu.
30-11-2016, 21:40 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-11-2016, 21:47 przez military.)

Spoiler




