(04-06-2011, 20:47)Semi napisał(a): Dopisujesz ideologię tam, gdzie dziecko po prostu wysmarowało kupą ścianę w salonie podczas bankietu ponieważ nikt nie zwracał na nie uwagi.
Jeżeli już używamy takiej metafory, to dla mnie dzieciakowi nieświadomie puściły zwieracze. Zasmrodził cały salon i trzeba go było stamtąd wywalić. Widać było po nim na tej konferencji, że się biedny stresuje i p*erdoli, co mu ślina na język przyniesie.
Jeżeli chodzi o Triera to dla mnie jest to chyba najbardziej obleśny reżyser. Zarówno, jeżeli chodzi o jego filmy, jak i o jego osobę, która ma w sobie coś dziwnego. Gdyby nie robił tych swoich brzydkich filmów, to pewnie by się mocno krzywdził lub robił źle innym. Mówię wam!:)
A poniżej wklejam, krążący po sieci ciekawy wywiad z Dużego Formatu, jak ktoś nie miał jeszcze okazji przeczytać. Lars ma ciekawe plany na przyszłość.
Filtry mi się popsuły
Duży Format nr 122, wydanie z dnia 26/05/2011kultura, str. 14
- Nie jestem szaleńcem. Ale bywam głupkiem. Nie mam współczucia dla Hitlera, a tak powiedziałem
W MOUGINS Z LARSEM VON TRIEREM ROZMAWIA PAWEŁ T. FELIS
Z Larsem von Trierem rozmawiałem w sobotę, dzień przed ceremonią wręczenia nagród, niecałe dziesięć kilometrów od Cannes, w kameralnym hotelu Le Mas Candille w Mougins, gdzie zamieszkał m.in. z 10-letnim synem jeszcze przed decyzją dyrektorów festiwalu, którzy uznali go za persona non grata.
Przyszedł punktualnie. Zamiast irytującego egomaniaka bez żadnych świętości - tak pisała o nim prasa - zobaczyłem złamanego człowieka, który z przerażeniem w oczach słuchał pierwszych pytań. Ręce mu drżały, mówił wolno, robił długie pauzy, jakby z trudem dobierał słowa i myśli. "Przepraszam, jestem dziś w fatalnej formie" - tłumaczył, kiedy przerywał rozmowę, i prosił o chwilę przerwy.
Już po wyłączeniu dyktafonu wrócił do ostatniego pytania: "Postaram się już nigdy nie opuszczać Danii".
Nie zacznę od sprawy z Hitlerem...
- Dziękuję. Od czterech dni nie spotkałem osoby, która wpadłaby na szalony pomysł: porozmawiajmy o filmie!
"To wygląda jak gówno" - powiedział pan podobno, kiedy po raz pierwszy zobaczył kadry z "Melancholii" i plakat filmu.
- Przeraziłem się. Wydawało mi się, że to wszystko jest za ładne. Jak w amerykańskich filmach. Nie zdawałem sobie sprawy, że jeśli wezmę pole golfowe z "Nocy" Antonioniego, piękną kobietę w sukni ślubnej i dużo efektów specjalnych, to otrę się o coś, co jest bliskie kiczu.
Ale ja widzę w tym ironię. Zaczyna pan od efektownej, wręcz efekciarskiej uwertury, w której koniec świata jest wizualno-muzyczną symfonią. Wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Justin, grana przez Kirsten Dunst, w sukni ślubnej płynie rzeką jak Ofelia na obrazie Millaisa. Ale ten prawdziwy koniec świata w finale już tak cudownie nie wygląda...
- Ma pan rację - ta uwertura to fantazja, wyobrażenie o końcu świata. Zapowiedź czegoś, co musi się wydarzyć, tylko nie wiadomo w jaki sposób. Często w filmach domyślamy się, jak to się skończy, a jednak czekamy na finał. Chciałem to odwrócić - skoro już musi być pięknie, kiczowato, to miejmy to z głowy na początku i zacznijmy na nowo inny film.
Czy to ironia? Nie przepadam za tym słowem. Zwłaszcza że na swój sposób tę uwerturę lubię - ma w sobie i piękno, i dziwność.
Finał pana filmu przypomniał mi wiersz Czesława Miłosza "Piosenka o końcu świata". Pokazuje pan zderzenie planet, ale ta "kosmiczna" perspektywa jest najmniej ważna - jeśli zdarza się w "Melancholii" koniec świata, to prywatny, intymny. Nie będzie świec i dobrego wina, jak chciałaby Claire grana przez Charlotte Gainsbourg, tylko zwykłe "bum" i to wszystko.
(Czyta wiersz Miłosza).
- Dobrze, że dał mi pan po angielsku, bo po polsku znam tylko słowo "kurwa". Napisze to pan?
Podoba mi się ten pomysł. Koniec świata to fascynująca idea, ale tylko idea. Jest tylko jeden moment, kiedy świat naprawdę się skończy - śmierć. Dlatego Melancholia jest w filmie planetą, kosmicznym wcieleniem lęków, przeczuć, rozpaczy. Patrzysz na nią i wiesz, dlaczego jest ci tak źle.
Muzykę Wagnera - uwerturę do "Tristana i Izoldy" - wykorzystał pan z powodu Prousta?
- Dla Prousta Wagner był synonimem sztuki doskonałej. Zresztą nie tylko dla niego. Właściwie cała współczesna muzyka opiera się na Wagnerze. Szukałem czegoś podobnego, aż pomyślałem: dlaczego nie wrócić do samego źródła?
Kiedy robiłem "Melancholię", odkryłem prostą zasadę - nigdy nie zostawiaj niczego na później. Wagner nie jest melancholijny. Jest romantyczny, patetyczny, "ogromny". Bałem się tego. Później dowiedziałem się, że w niemieckim romantyzmie historia o Tristanie ma znaczenie symboliczne - oznacza oczyszczenie przez śmierć. A właśnie o tym opowiada mój film.
Dwa lata temu mówił pan w Cannes, że "Antychryst" był właściwie próbą terapii, wyjścia z depresji. Stellan Skarsgĺrd wspomina jednak, że praca przy "Antychryście" bywała męczarnią.
- Moja depresja pojawiła się długo przed "Antychrystem". Potem przechodziła różne stadia, formy. Nie powiedziałbym, że to już przeszłość. Ale jeśli przy "Antychryście" walczyłem sam ze sobą, to przy "Melancholii" pozwoliłem sobie siebie zaakceptować.
W moim przypadku wszystko zaczęło się od coraz silniejszych stanów lękowych. Mam jednak teorię - chociaż może to tylko marzenie - że każdy lęk ma swoją granicę: docierasz do poziomu, w którym już nic nie jest w stanie przerazić cię bardziej. Reaguje tylko ciało, które zaczyna zachowywać się inaczej - tak pojawia się depresja. A w depresji się poddałem. Leżałem i myślałem: niech zjawi się tygrys i mnie pożre.
W najtrudniejszej sytuacji jest rodzina, która nie ma pojęcia, jak się wobec ciebie zachowywać. Ale dla chorego, chociaż ten stan bywa potworny, jest w depresji coś wyzwalającego. Nie musisz już zakładać maski, nie bronisz się przed tym, co czujesz. Może wtedy przychodzi melancholia?
Sto lat temu Freud zastanawiał się, czym różni się melancholia od żałoby. Żałoba to według niego smutek, żal, ból, który ma swój powód. Melancholia - przeciwnie - płacze, tylko nie wie za czym.
- W obu przypadkach najważniejsza jest tęsknota. Ale melancholik tęskni za czymś, czego nie może nazwać. Wystarczy sięgnąć po słynny obraz wilków, które o północy wyją do księżyca. Nie wiesz dlaczego, ale rozumiesz ten ból.
Depresję można wyleczyć. A melancholię?
- Nie wyobrażam sobie świata, w którym jest lek na melancholię. Każda historia o nieszczęśliwej miłości ma w sobie coś melancholijnego. Każde piękno, każde dzieło sztuki - wybitny film, książka, muzyka. Nawet krajobraz. Niech pan spojrzy na te wzgórza... (robi długą pauzę).
Doskonale rozumiem Justine, która świadomie ucieka w melancholię, chce się w niej pogrążyć. Bo dzięki melancholii tworzy swój mit. Mit, który wpędza w rozpacz, a jednocześnie uwodzi, daje gorzką przyjemność.
Pierwsza część filmu, czyli wesele w luksusowo urządzonym zamku, przypomina pierwszy film Dogmy "Festen" Thomasa Vinterberga.
- Ale też wielkie uroczystości u Viscontiego, do którego mam słabość.
Justine wchodzi w te weselne rytuały z uśmiechem, ale szybko jest nimi poirytowana. Po co bierze udział w tym cyrku?
- Prawdopodobnie cierpiała na melancholię przez lata i znalazła się w momencie, w którym myśli: normalność mi pomoże. Potrzebuję czegoś, co zmusi mnie, żeby rano wstać z łóżka. Potrzebuję pracy, małżeństwa, wszystkich tych "normalnych" rzeczy, dzięki którym mogę chodzić po ziemi. Ale jak długo jest w stanie zatrzymać się w tej normalności? Chwilę.
Bo widzi najlepiej, że - jak w "Festen" - każdy gra tu swoją rolę, zakłada maskę. Nawet matka (Charlotte Rampling), która rytuałów nie znosi i na każdym kroku próbuje je obnażyć.
- Nie ma nic wartościowego w rytuałach. Przynajmniej dla nas, melancholików. To jak piękne pudełko puste w środku. Justine świetnie widzi to kłamstwo i zaczyna wpadać we wściekłość, z którą nie umie sobie poradzić.
Ale sama też przyjmuje pewną rolę - chce wszystko zanegować, zagrać innym na nosie.
- Jeśli Justine gra, to sama dla siebie - inni chcą po prostu dobrze wypaść w towarzystwie. Dla niej liczy się nie forma, tylko emocje.
Dlatego przekłada strony rozłożonych w domu albumów o sztuce?
- Nie chce sztuki abstrakcyjnej, konceptualnej, tylko emocjonalnej, a taką znajduje u klasyków. No i ma okazję, żeby zbuntować się przeciwko siostrze, która w jakiś sposób związana jest ze sztuką współczesną.
Ja tak to rozumiem.
Pana bohaterowie często szukają autentyczności przez maski. Jak w "Idiotach", gdzie udawali upośledzonych umysłowo.
- W każdej masce jest jakaś prawda, bo ty ją wybierasz. Nie zrozumiesz siebie, jeśli rozbierzesz się przed lustrem i zaczniesz wpatrywać w osobę, która jest po drugiej stronie. Musisz przyjąć jakąś rolę, zbudować dystans. Ja robię to ciągle w swoich filmach.
Czy dlatego inspiracją dla "Melancholii" była sztuka Jeana Geneta "Pokojówki", w której bohaterki odgrywają po kryjomu role służącej i pani?
- Jeśli tak, to podświadomie. Przeczytałem tę sztukę tylko dlatego, że poprosiła mnie o to Penélope [Cruz], która miała w moim filmie zagrać.
Imię jednej z bohaterek Geneta - Solange - zmienił pan na Justine. Z powodu de Sade?a?
- Tak. Ze wszystkich bohaterek zawsze najbliższa mi była Justyna. Nikt tak jak de Sade nie potrafił opisywać kobiet, które były męską fantazją, ale fantazją zadziwiająco wiarygodną: psychologicznie i erotycznie. Poza tym miał w sobie kapitalną ironię. Może dlatego, że większość życia spędził w więzieniach? Jest w jego książkach coś bardzo francuskiego - dużo seksu i dużo filozofii. Nie ma lepszego połączenia.
Od czasu "Przełamując fale" niemal wszystkie pana bohaterki były - jak Justyna de Sade?a - "świętymi grzesznicami". Ale dopiero "Antychryst" wywołał dyskusję o tym, dlaczego pokazuje pan kobietę w sposób tak bezwzględny.
- Często pytano mnie: jak to możliwe, że tak dobrze rozumie pan kobiety? A nie rozumiem ich wcale. Jedyne, co mogę zrobić, to podstawić w miejsce kobiet siebie. To nie wobec kobiet jestem okrutny, tylko wobec siebie.
Gdyby dobrze poszukać, niemal każda z pana bohaterek - Beth z "Przełamując fale", Selma z "Tańcząc w ciemnościach", Grace z "Dogville" - ma w sobie rys melancholii...
- Bo są wrażliwe. A trudno mi sobie wyobrazić wrażliwego człowieka, któremu obca jest melancholia. To dla niego podstawowy budulec.
Te melancholiczki, uważane za kobiety dziwne, szalone, mają zawsze szczególny dar, o którym mówi wprost Justine: "Wiem różne rzeczy".
- Kiedy czytałem o melancholii, dowiedziałem się, że w dawnych czasach do melancholików chodziło się po radę, jak do kogoś z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Bo melancholik widzi więcej, czuje więcej, widzi rzeczy, które są dla innych niedostępne.
Pan też?
- Jeśli tak, to z powodu pewnej biologicznej właściwie przypadłości. Każdy człowiek ma w głowie naturalny filtr, który pozwala nie przyswajać zbyt dużo informacji, wyrzucać to, co niepotrzebne. U mnie ten filtr jest - mam wrażenie - lekko zepsuty. Przyswajam za dużo i wyrzucam z siebie za dużo. Jestem skrajnym neurotykiem.
I tak jak Justine w sytuacjach skrajnych zachowuje pan spokój, podczas gdy inni wpadają w panikę?
- Trudno powiedzieć. Swój koniec świata mam jeszcze przed sobą. Ale były momenty, kiedy tak właśnie się czułem.
Zgadza się pan z tymi, którzy nazywają pana filmowym demiurgiem, genialnym manipulatorem?
- Jeśli tak się czuję, to wyłącznie nad kartką papieru albo klawiaturą komputera. Ale na planie władzę przejmują postaci. Nie jestem w stanie ich kontrolować. Gdyby Bóg istniał - chociaż w niego nie wierzę - prawdopodobnie miałby taki sam problem: stworzył ludzi, ale oni mu się wymknęli i robią swoje. W ogóle idea stworzenia jest ryzykowna. Bo jeśli Bóg wymyślił świat, to widzi teraz, że z pięknego pomysłu pozostał tylko straszliwy bałagan. Powinna pojawić się Melancholia, która wszystko zniszczy i da szansę na nowy początek. To moja sugestia.
Mówi pan często, że uwielbia kraść od innych. Kogo - oprócz Antonioniego - "okradł" pan przy "Melancholii"?
- Najczęściej w ogóle nie wiesz, od kogo kradniesz. I tak powinno być. Wszystko bierze się z jakichś skrawków, zdań, wrażeń. Instynktownie. Dlatego jestem całkowicie przeciwny walce o prawa autorskie w internecie - wszystko, co istnieje, powinno być wykorzystywane po raz kolejny. W taki sposób budujemy kulturę, prawda?
W "Melancholii" kradłem na pewno od Bergmana i "Uśmiechu nocy". Oczywiście zawsze kradnę, ile mogę, od Tarkowskiego.
Kiedyś powoływał się pan też na Kieślowskiego.
- Nie, nigdy o nim dużo nie myślałem. Na hasło "Kieślowski" przychodzi mi do głowy jedynie niewiarygodnie brzydki polski mężczyzna, który próbuje uwieść niewiarygodnie piękną Francuzkę.
Są jeszcze pisarze. Podobno od kiedy przestał pan pić, zaczął czytać klasykę.
- Przygotowałem sobie listę powieści, które muszę przeczytać. Był na niej Marcel Proust, Tomasz Mann, "Ulisses" Joyce?a. Dzięki "Dziennikom" Manna poczułem się jak w domu - zadziwiające, jak bardzo nasze biografie są podobne. Niewiarygodną przyjemnością był czytany po latach Proust - to jak delektowanie się watą cukrową. Ale największym odkryciem okazał się Dostojewski - pierwszy Rosjanin, którego czytałem. Genialny.
Dzięki książkom myślę teraz trzy razy więcej o tym, jak powinienem nakręcić film. Jeśli nie jestem w stanie robić kina, którego oglądanie porównywalne będzie do czytania wielkiej powieści, nie ma sensu zawracać głowy - sobie i innym.
Po obejrzeniu "Melancholii" Vinterberg powiedział panu podobno: "I jak zrobisz po czymś takim kolejny film?!".
- Będę musiał zrobić coś mocnego.
Planuje pan czterogodzinny film porno. To żart?
- Nie. Próbuję napisać film o erotycznej ewolucji kobiety. Znowu inspirowany de Sade?em - od szlachetnej Justyny do "złej" Julietty. I jedyne, co mogę zrobić, to znowu zacząć od siebie, chociaż tym razem mam trudniej - erotyzm kobiet jest jednak zupełnie inny niż mężczyzn.
A projekt z Martinem Scorsesem? Podobno Scorsese ma zrobić remake jednego ze swoich filmów - lub kilku - według pana wskazówek, podobnie jak w "Pięciu nieczystych zagraniach".
- To inna sytuacja niż z Jřrgenem Lethem, którego dobrze znam i który sam pracuje według kilku żelaznych reguł. Martin robił w życiu wszystko, więc trudniej go będzie "złamać". Projektem był jednak zachwycony, ale teraz... Wszystkie te nonsensy, które pojawiły się w Cannes... Nie jestem pewien, czy w ogóle uda mi się jeszcze zrobić jakiś film.
Pana dzisiejszy stan pokazuje, że wypowiedzi na konferencji prasowej - i skandal, który rozpętały - nie były zabiegiem PR-owym.
- Nie jestem szaleńcem. Ale bywam głupkiem.
Ma pan żal do szefów festiwalu, że uznali pana podczas festiwalu za persona non grata? Obecność Mela Gibsona znanego z ostrzejszych, antysemickich wypowiedzi nikomu nie przeszkadzała.
- Żal? Nie - sam uciąłem rękę, która mnie karmiła. Ale nie jestem Gibsonem. Spędziłem sporą część życia na czytaniu o żydowskiej historii i obozach koncentracyjnych w Polsce. Moje dzieci mają żydowskie imiona, sam wierzyłem przez długi czas, że jestem Żydem. I byłem wstrząśnięty, kiedy jako dorosły facet dowiedziałem się, że moim prawdziwym ojcem był Niemiec. Ale czy to temat do żartów? Pewnie nie. I jest mi cały czas wstyd wobec wszystkich, których mogłem urazić.
Ma pan żal do siebie?
- Nigdy nie powinienem brać udziału w konferencjach prasowych. Koszty są ogromne - za każdym razem jestem tak zestresowany, że plotę same bzdury. To przez neurotyzm, nie jestem go w stanie kontrolować. Nie mam żadnego współczucia dla Hitlera, a przecież ja to powiedziałem. A że ironicznie? W newsach nie ma miejsca na ironię. I na rozróżnienie, że czym innym jest szacunek dla talentu Speera czy Riefenstahl, a czym innym nazistowskie przekonania i antysemityzm.
Przyjedzie pan jeszcze do Cannes?
- Nie mam pojęcia. Dziś niczego nie wiem na pewno.
ROZMAWIAŁ PAWEŁ T. FELIS