Miami Vice (2006)
Ja również planuję powtórkowy seansik MV, razem z Heat i Collateral żeby wprowadzić się w odpowiedni nastrój przed piątkowym seansem Public Enemies.

Mental, widziałem już MV 3 (4?) razy i nie zauważyłem tej zakrwawionej rękawiczki u naziola. Cool szczegół.


Hitch, Solo, skończcie z tymi pieszczotliwymi imionami z SW i od razu dajcie sobie buzi.

Odpowiedz
Mierzwiak napisał(a):Mental, widziałem już MV 3 (4?) razy i nie zauważyłem tej zakrwawionej rękawiczki u naziola. Cool szczegół.

a zauważyłeś, w jaki sposób prowadzone są dialogi po tej scenie? nie?Uśmiech to posłuchaj:

kapitan dzwoni do crocketta, ten akurat prowadzi ferrarke, odbiera telefon:

kapitan: Gdzie jesteście? Jak daleko?
crockett: Kilka przecznic od domu. Widać światła.
kapitan: Zawracajcie.
crockett: Zawracać? Ale my znamy tych ludzi.
kapitan: Spotkajmy się na parkingu za 15 minut.

wyłączają komórki, cięcie, następna scena już na dachu, w tle gmaszysko FBI w miami. jednym słowem elipsa rządzi. maksimum informacji, minimum słów. z filmu wywalane są z nadgorliwością wręcz wszystkie sceny niemające bezpośredniego związku z robotą. guzeppe narzekał, że brakuje ujęcia pokazującego, jak agenci odreagowują spotkanie na haiti (motyw z granatem). całośc wygląda tak: spotkanie się kończy, yero dopija whisky, cięcie, otwierają się drzwi, do pokoju hotelowego wchodzą tubbs i crockett, broń w pogotowiu, sprawdzają pokoje, wypakowują sprzęt (karabiny, strzelby etc). przez cały czas rozmawiają wyłącznie o pracy (bez ogólników, tylko aktualne sprawy), czekają na telefon od yero. konsekwencja, z jaką Mann portretuje bohaterów i trzyma się linii fabularnej, jest godna podziwu.

Odpowiedz
Już 24 godziny minęły od wizyty w kinie na Public Enemies a mnie nie w głowie ten film, bo wciąż myśli mi zaprząta inny tytuł, mianowicie widziane w środę "Miami Vice". Nie należałem do osób, które wyklinały ten film w chwili kinowej premiery, na kolana powalony nie byłem ale generalnie podobało mi się, najbardziej wadziła mi w zasadzie pseudo-dokumentalna forma zdjęć, która wydawała mi się sileniem na oryginalność. Po niedawnym drugim seansie, tym razem już wersji uncut, moje odczucia do przedostatniego filmu Manna znacznie się zintensyfikowały i to na korzyść.

Rozkochałem się w zdjęciach tego flmu (to jest tytuł, który po prostu trzeba obejrzeć w 720p) i jego klimacie. Klimacie będącym ewolucją niespiesznego tempa prowadzenia akcji w "Gorączce", ale podanego w znacznie bardziej rygorystyczny sposób, niemalże obranego z podnoszących adrenalinę scen akcji. Te są jedynie wisienkami na torcie, a nie jego główną strukturą. Jakże inaczej prezentuje się pod tym względem "Public Enemies", w którym niemal co chwilę coś się dzieje i bynajmniej nie jest to zarzut, po prostu znak, że Mann wyciągnął naukę z porażki finansowej "Miami Vice". Porażki nieuniknionej, bo film ten nie miał prawa odnieść sukcesu. Nie dosyć, że taka forma sensacji, ocierająca się raczej o kino festiwalowe jak multipleksowy czasoumilacz nie miała prawa zadowolić ludożerki, to jeszcze z racji tytułu była dodatkowo skazana na rozczarowujące porównania z kolorowym i wesołym serialem. Mann zarazem wykazał się wielkimi jajami dokonując takiej reinterpretacji wymyślonego 20 lat wcześniej motywu partnerów z oddziału antynarkotykowego jak i brakami w instynkcie samozachowawczym, bo zebrałby dwie taczki mniej razów a i możliwe, że więcej kasy by wpłynęło z kas biletowych, gdyby zrezygnował z takiego tytułu.

Jak już powiedziałem, rozkochałem się w stronie technicznej tego filmu, a zatem czy przestała mi przeszkadzać jego "pseudo-dokumentalna" maniera? No ba, powiem więcej, w ogóle nie zwracałem na nią uwagi, co z zaskoczeniem odkryłem podczas oglądania. Szczególnie mnie to uderzyło podczas dyskusji na parkingu, bo pamiętałem jak kilka lat temu patrząc na nią wyklinałem w myślach zamysł artystyczny Manna. Widocznie kilka lat oglądania Bourne'ów, filmów niezależnych i... Michaela Manna przyzwyczaiło mnie do cyfry, rozedrganej kamery i wszystkiego co się z tym wiąże. Jest to ewidentnie znak czasu i coraz częściej przyjdzie nam się zmagać z tym w kinie, im szybciej się do tego przystosujemy tym lepiej dla nas.

Co wciąż mi się nie do końca podoba w filmie? Groteskowy mimo wszystko klimat macho. Tyle że jest to problem samego stylu bycia macho, który nie może nie bawić, więc jego prezentacja w MV jest nie tyle sztuczna, co mocno niefilmowa i pod tym względem Mann zaliczył ftopę, bo za bardzo starał się podkreślić rasowość męskości bohaterów. Ale to szybko się nauczyłem tolerować i specjalnie nie parskałem na kolejne monosylabiczne wymiany zdań pomiędzy bohaterami. Kurcze, im więcej dni mija od seansu, tym bardziej doceniam ten tytuł i nie mogę wyrzucić go z głowy. Wychodzi więc na to, że to małe arcy... a tfu, szybko wypluwam te słowa, na razie pozostańmy przy określeniu: mega zajebiste kino Oczko

Odpowiedz
Również powtórzyłem sobie w środę i znowu podobało mi się jeszcze bardziej. Nie wiem co jest z tym filmem, albo co jest ze mną, ale to jakaś masakra : )

Wizualnie Miami Vice miażdży, pomijam cyfrę której jestem obecnie największym zwolennikiem na tej planecie, ale kolorystyka jest zwyczajnie zabójcza. Ciekawi mnie bardzo w jakim stopniu nakręcony materiał został podrasowany w postprodukcji, bo z jednej strony większość filmu pod tym względem urzeka (fiolety w klubie Yero są nieziemskie), przy czym wszystko wygląda bardzo naturalnie.

[ Dodano: Sob Lip 18, 2009 16:00 ]
Na Apple znalazłem też trzy reportaże (sporo Manna przy pracy! : ):


CODEBASE="http://www.apple.com/qtactivex/qtplugin.cab" height="640" width="425">







CODEBASE="http://www.apple.com/qtactivex/qtplugin.cab" height="640" width="425">







CODEBASE="http://www.apple.com/qtactivex/qtplugin.cab" height="640" width="425">






Bardzo ciekawa dyskusja na temat, krótko mówiąc, sposobach kręcenia filmów, w tym sporo o cyfrze i Miami Vice:
http://www.thehousenextdooronline.com/2007/01/grainy-haze-of-dreams-denby-lynch-mann.html

Odpowiedz
Tyler Durden napisał(a):to jest tytuł, który po prostu trzeba obejrzeć w 720p

tylko raz miałem okazje obejrzeć MV w full hd (1080p) na 60-calowej plazmie. wtedy również po raz pierwszy widziałem MV w wersji directors cut. pamiętam, że po seansie nieźle się słaniałem, choć w trakcie nie wychyliłem ani łyka alkoholu. potem była nocna przejażdżka do chaty, z głośników i po drodze zamiast latarni widziałem palmy, a niebo z czarnego zmieniało kolor na fioletowo-purpurowy. to był moment, kiedy złożyłem filmowi Manna przysięgę wierności na dobre, w zdrowiu i chorobieUśmiech

swoją drogą, obadaj to: http://michael-mann.blogspot.com/2009/07/collateral-best-served-large.html

The moral of this story is, if you want to watch a Mann movie as he intended it to be seen, watch it 50" wide or larger. Any smaller, and you miss half the craft.

Odpowiedz
Czy w Polsce w ogóle można gdzieś kupić ten film na BR? Nie mogę tego znaleźć ani na OceanDVD, ani na Allegro.

Odpowiedz
TiM nie wydało jeszcze u nas MV na Blu, pozostaje ci ewentualnie kupno wersji oryginalnej na allegro.

Właśnie pobrałem sampla w 720p. Cudo.

Odpowiedz
Skąd tego sampla wziąłeś? Chętnie zobaczę.

Odpowiedz
Z mininovy. Możesz spróbować tutaj, nie wiem czy to ta sama scena:
http://rapidshare.com/files/94427176/sh.720p.miamivice-sample.rar

Odpowiedz
Hmmm, to chyba początek tej reżyserskiej wersji, bo bohaterowie spotykają jakiś gangsterów gdzieś w ciągu dnia. W wersji kinowej o ile pamiętam było inaczej.

Odpowiedz
Tymczasem, jeśli sobie można pozwolić na odrobinę prywaty, na Ofilmie opublikowaliśmy właśnie drugą część dyskusji o Mannie, poświęconą Miami Vice Uśmiech

http://www.ofilmie.pl/dyskusje/michael-mann-cz2/
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie

Odpowiedz
ja z kolei w ramach uzupełnienia wklejam dwa teksty: pierwszy o MV (znaleziony przez Mierzwiaka), a drugi to analiza porównawcza Manhuntera i Miami Vice:

http://www.popcornreel.com/htm/vice.htm

http://reverseshot.com/article/michael_mann

Odpowiedz
Bardzo dobry film. Pierwszy raz obejrzałem. Nie nudziłem się dłużej niż przez chwilę. Może zostałem zahartowany przez The Shield i dlatego oglądalo mi się to tak dobrze? Bo dla mnie to był trochę odcinek The Shield. Nie byłbym gotów ogłosić jeszcze tego arcydziełem, ale z pewnością nie minie dużo czasu nim obejrzę ten film kolejny raz i zweryfikuję.

Relacje Sonny'ego i Rico? Ciekawe. Odpowiadał mi ich zwięzły sposób komunikowania się. Jak u starego małżeństwa czy autentycznych wieloletnich przyjaciół - wystarczyły spojrzenia, gesty i krótkie zdania. Podobał mi się wygląd Sonny'ego - całkowicie uncool, trochę obwiesiowaty. Collin w sumie nie raził, ale łatwo dałoby się znaleźć lepszego aktora na jego miejsce.

Póki co jest to mój drugi ulubiony film Manna. Nie wiem czy dlatego przebija Public Enemies, bo obejrzałem go po PE czy autentycznie uważam go za lepszy. Czas pokaże. Na pewno bardziej podoba mi się wątek miłosny w Miami Vice. Tzn. oba mi się podobają, ale ten z MV jest subtelniejszy, bez tylu ważnych słów i cholernie nachalnej melodramatycznej muzyki podkreślającej, że dzieje się właśnie coś romantycznego (słowo daję: jeżeli Mann wypuści unrated director's cut PE bez tej muzyki albo ograniczając ją to go ucałuję).

Świetny film. :)

Swoim emocjonalnym chłodem, jak to nazwał Mental, przypomina mi Eastern Promises Cronenberga, które sobie lada dzień odświeżę. Tam też nie nudziłem się prawie wcale (chociaż wątek Naomi Watts był mało interesujący) i siedziałem zaintrygowany, zafascynowany, ale nie czułem rozsadzających mnie emocji.


PS Polubiłem nawet ten gówniany kawałek Dżeja Zi (zwłaszcza w wersji bez wokalu). ;)


Mental napisał(a):Ten pokocha MV (tak, pokocha, bo w kadrach Manna można się zakochać bez reszty), kto odczuwa nieprzezwyciężony głód POWAŻNEGO kina sensacyjnego. Dla pozostałych będzie to nudziarstwo.
I dlatego nie chcę, żeby Mann robił western. O ile chętnie zobaczyłbym western nakręcony cyfrówką to ciągle poważnych filmów sensacyjnych jest za mało...

Odpowiedz
Oczywiście, że po Heat. :)

Odpowiedz
kurde, Chaciński wymiata:

Mann tworzy w ramach systemu, który w pierwszej kolejności zmusza do myślenia o widzu masowym (co od dawna oznacza: przede wszystkim nastoletnim) i dopiero później, jeśli ma się szczęście, można w ogóle zadawać pytania o cokolwiek więcej. Mann od zawsze kręcił filmy, w których zadawał sobie samemu i widzowi pytanie: co to znaczy być mężczyzną w różnych życiowych sytuacjach – między innymi dlatego nie ma u niego jasno wytyczonej granicy między tym co moralne i niemoralne. Moralna ocena nie ma znaczenia, znaczenie ma fakt, że określony facet wybrał określoną drogę w życiu i według tego wyboru okaże się, na ile jest ze sobą szczery, wierny zasadom, wierny sobie. A przy okazji też jak zachowa się, kiedy zda sobie sprawę, że popełnił błąd. I jaką cenę trzeba w życiu za to wszystko zapłacić – za wierność sobie, za przyznanie do błędu itd. O tym jest kino Manna. I „Miami Vice” też o tym jest. A dodatkowo, dzięki tytułowi odnoszącemu się do niegdyś stylowego, a dzisiaj kompletnie obciachowego serialu kryminalnego, jest też przy okazji komentarzem do kryminału. Co by było, gdyby opowiedzieć historię takich facetów w miarę realistycznie (stąd niewiele akcji) i gdyby im się bliżej przyjrzeć. Mogłoby się na przykład okazać, że bardziej podniecają się swoim własnym wizerunkiem, niż tym, że łapią bandziorów. Adrenalina liczy się dla nich bardziej niż egzekwowanie prawa. A Mann, zamiast stosować przemoc tak, jak większość twórców rozrywkowego kina, czyli w charakterze podniety, robi to tak, jak dorosły człowiek, czyli ze świadomością co przemoc powoduje – stąd w filmie ta dziwnie smutnawa podszewka. Twardziele Manna sprawiają na mnie zawsze wrażenie facetów, którzy wiedzą, że jako twardziele powinni podniecać się swoją męskością, ale są już na to zwykle trochę za starzy i za dużo widzieli, żeby męskość traktować płytko. Wiedzą już, ile trzeba za nią zapłacić. I zastanawiają się, czy było warto.

dla mnie bomba-wypowiedź. szacunek.

Odpowiedz
Film generalnie podobał mi się o wiele bardziej niż Heat - głownie dlatego, że Mann skupił się tu na policyjnej robocie, a nie na kłopotach przybranej córki głównego bohatera. Każda osobista sprawa, która została ukazana, miała wpływ na śledztwo - co było świetne. Ale Miami Vice wpienia mnie z dwóch powodów.

1. Dziewczyna Tubbsa i wszystko co z nią związane - największe idiotyzmy w filmie. Po pierwsze - po jaką cholerę Tubbs przedstawiał ją Yerowi? Ona nie odegrała ŻADNEJ roli w działaniach pod przykrywką, a została zabrana do knajpy chyba tylko po to, żeby można było łatwiej ją wystawić przestępcom. Bzdura, głupota, niedopatrzenie. Po drugie - wybuch przyczepy i następujący po nim przelot kobity nad pobliskimi włościami. W Punisherze też coś takiego było - ale to Punisher, w tego rodzaju kinie podobne akcje uchodzą (choć i tak go za to zjechaliście). U Manna scena wybuchu, połączona z kiepskim wkomponowaniem aktorki w eksplozję, ssie jajca mamuta.

2. Końcowa strzelanina. Wczoraj widziałem Heat, w którym znalazła się - bez cienia przesady - najlepsza strzelanina w historii kina. W Miami Vice mamy za to kopię W-11. Dramatycznie zła scena - nie dość, że wyglądająca kiepsko, to jeszcze zmontowana tak, że przez większość czasu nie wiedziałem, kto, kogo i jak. Rozumiem, co chciał osiągnąć Mann, a ujęcie rozwalenia Yera zostało ładnie podkreślone realistycznymi zdjęciami, ale przez większość czasu ta sekwencja to padaka.

Ogólnie jednak zajefajny film. 8/10

Odpowiedz
military napisał(a):została zabrana do knajpy chyba tylko po to, żeby można było łatwiej ją wystawić przestępcom. Bzdura, głupota, niedopatrzenie

przestępcy wiedzieli o jej istnieniu na długo przed tym, zanim tubbs zabrał ją na spotkanie z yero. tak więc jej przybycie do klubu niczego w tej materii nie zmieniło. jeśli oglądałeś kinówke, to powinieneś odnotować, że w scenie rozmowy z szefem pada tekst: "pozdrowienia dla waszych rodzin" (co oznacza: "wiemy, gdzie mieszkacie, wiemy o was wszystko"). jeśli zaś oglądałeś directors cuta, to tam jest super dodatkowa scena z kwiatami: tuż po rozmowie z bossem tubbs dzwoni do laski, ona mu dziękuje za bukiet, tubbs po chwili kojarzy, o co biega. potem jest scena w restauracji - swoją drogą też świetna.


nawiasem - military sprzed x miechów:

Cytat:Dlatego MV ma u mnie i 10\10 (bo to film perfekcyjny), i 1\10 (bo mam go gdzieś).

rozumiem, że drugi seans to średnia z poprzedniego, czyli 8/10? Uśmiech

Odpowiedz
Nie wyłowiłem tej kwestii o rodzinach. Ogladałem kinówkę. A drugi seans to zupełnie inna sprawa, tak jak i w twoim przypadku - wydawało mi się, że oglądam inny film.Uśmiech Ale to chyba nie film się zmienił, tylko moje podejście. A jak ci leży końcowa strzelanina?

Odpowiedz
końcową strzelaninę od strony technicznej uważam za arcydzieło, ale od strony, nazwijmy to, dramaturgicznej mocno ssie. nie akceptuje sytuacji, w której dwie strony napierdalają do siebie z automatów, a giną tylko ci po prawej. na usprawiedliwienie mogę jedynie dodać to, że gliniarze mieli wśród złych swojego człowieka, który eliminował oprychów cichaczem od tylca (kapitalne momenty, jak wali im w plecy z shotguna i robi unik).

Odpowiedz
Mental, nie wiesz może czy w scenie egzekucji agentów policji użyto manekinów? Bo ta scena wygląda tak realistycznie, jakby po prostu Mann kazał ostrzelać samochód ostrą amunicją, a postacie policjantów z całą apewnością nie były robione komputerowo.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości