Miami Vice (2006)
no to obal go proszę Język
postawię Ci flaszkę jak wykonasz misję :>

P.S. Miami Vidmo
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
nie, to ty obroń swój. nie wiem, czy zauważyłeś, panie "O-Jaki-Jestem-Zajebiście-Niereformowalny":) ale to m. in. moje nawrócenie spowodowało, że spora grupa osób podeszła do filmu po raz wtóry i dostrzegła w nim pozytywy. nie żebym się chwalił:) po prostu stwierdzam fakt oczywisty: jedynie romeck i moja skromna osoba broniliśmy unikatowości MV, podczas gdy cała reszta barbarzyńców obrzucała nas wyzwiskami. a zatem, Mefisto, do dzieła: dlaczego MV się nie udało? tylko nie pisz mi tu, że "czegoś brakuje" - to nie gejowskie kółko poetyckie. formułując argumenty wiedz, iż ja już byłem w piekle niewiedzy, ale wróciłem... olśniony:)

Odpowiedz
wiesz, po pierwsze to jest tylko moje wypierdoliście skromne zdanie Oczko
po 2: film oglądałem tylko raz, więc pewnie nadal jestem w piekle niewiedzy Duży uśmiech
po trzecie dziecie: nie napiszę, że czegoś brakuje, bo brakuje sporo
a czego konkretnie? tego nie da się do końca wyjaśnić. Dla mnie brakuje trzech rzeczy (w zasadzie wszystkie już ktoś gdzieś wymienił):
- odrobiny lekkości - cała ekipa zachowuje i wygląda tak, jakby im matka zmarła. Ja wiem, że praca w policji, undercover brother, etc. ale nosz...nawet ludzie pracujący w kostnicy nie podchodzą tak drętwo do życia i zawodu, że o podstawie, jaką był serial nie wspomnę;
- chemia między postaciami, a raczej jej zupełny brak - ci ludzie zachowują się nie jak partnerzy, nie jak dobrzy kumple, nawet nie jak ludzie. Oni są tak na maksa bezuczuciowi, że gdyby Tubbs był z kartonu, to Crockett by się nie przejął i vice versa. Do tego nie ma emocji między ich kobietami i resztą osób. Ktoś wspomniał o scenie z prysznicem, która wg mnie jest na maksa nienaturalna i po prostu głupia (chyba, że to przez zły montaż i coś wycięli w środku). W tym związku emocje i jakąkolwiek zależność widać dopiero w końcówce, gdy Tubbs ściska rękę walczącej o życie kobity. Poza tym zero. Nieco lepiej jest z Crockettem i japońską dupą - tu już coś widać, choć jest to raczej na zasadzie "porżnijmy się trochę", a nie "kocham cię". Dlatego nawet, gdyby sukę zabili, to byłoby mi wszystko jedno. Crockett w takim wypadku pewnie skrzywiłby się kącikiem ust i wrócił do domu czyścić broń. Zero emocji naprawdę. Zresztą chyba najlepiej ilustruje to scena z wizytą u bossa - scena owszem ciężka i ważna, ale za poważna. Wszyscy ci ludzie ryzykują i każdy tekst może kosztować ich fiuta, ale to nadal są ludzie, a nie roboty. Niestety ich spotkanie wygląda jakby wokół nich tłoczyli się komuniści gotowi do strzału - żadnego pierdnięcia, żadnej luźnej uwagi, żadnego znaku życia. Gdyby Mann postawiłby na miejscu aktorów kaktusy, to scena przyprawiała by o palpitację serca, bo nikt by nie wiedział, który pierwszy wykiełkuje. A tak nuda, jak na farmie zimą.
- nie ma balansu pomiędzy scenami. Raz mamy niby dramat + te wszystkie rzeczy powyżej, a za chwilę pływają sobie motorówkami, jakby nie szło o climax filmu, a o sprzedaż bananów. Jest to też pewna niekonsekwencja, bo albo jedno albo drugie, albo jakoś to łączymy. A tak wiele scen jest jakby z innego filmu.
Ja się wcale nie spodziewałem powtórki z serialu, bo to już było wiadomo, że - patrz zalinkowany artykuł - to se ne vroci. Jednakże tytuł zobowiązuje poniekąd. Jak dla mnie nie dostaliśmy ani Miami ani Vice. Dostaliśmy coś, czego Mann nie zdołął/nie zdążył/nie mógł ukształtować do końca. Forma jest zimna i nijaka i niestety, co jest grzechem najgorszym, nudzi (a film krótki nie jest).
W końcu po 4: moim zdaniem zachwycasz się tym filmem nieco na wyrost i na zasadzie "bo to Mann, a nie Materna" Język
Widać to zresztą po ulubionym kadrze filmu, jaki zapodałeś - rodem z Kryminalnych jak dla mnie. Choć produkcji nie łykam, to pamiętam, że było tam 150 bardziej rozwalających scen/kadrów/jazd czy co se ta zażyczysz. Tak więc może i byłeś w piekle niewiedzy, teraz jesteś w przesłodzonym niebie nadwiedzy. Jak chcesz, to zostań tam, ale ja szybko nie dołączę o ile w ogóle. Dla mnie MV to nieudany Mann - mówię wam (ale chujowy rym Duży uśmiech)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Cytat:moim zdaniem zachwycasz się tym filmem nieco na wyrost i na zasadzie "bo to Mann, a nie Materna"

ja też kiedyś nie znosiłem tego filmu, więc twoja opinia jest wyjątkowo chybiona. po drugie, jesli masz ochote, poczytaj sobie moje impresje na temat Zakładnika - zero taryfy ulgowej dla Manna. nazwisko zobowiązuje.

Cytat:chemia między postaciami, a raczej jej zupełny brak

ja nie potrzebuje tekstu: "cześć stary, jak tam dzieci? żona dupe truje?", żeby dostrzec "chemie między postaciami". może to naturalne, ale na pewno nie jest wyznacznikiem zażyłości czy troski jeden o drugiego. nie wspominam o bardziej luzackich tekstach albo zapraszaniu na obiad partnera, bo to mogloby byc odczytane jako zlosliwosc.

Cytat:ci ludzie zachowują się nie jak partnerzy, nie jak dobrzy kumple, nawet nie jak ludzie.

nigdy nie widziałem w filmie sensacyjnym, żeby jeden z partnerów zagwizdał, a drugi natychmiast reagował. jeśli to nie jest dowód na to, że obu panów łączy głęboką komitywa, to ja już nie wiem, czego ty potrzebujesz - wspólnego wesela i popijawy?

Cytat: film oglądałem tylko raz, więc pewnie nadal jestem w piekle niewiedzy

a żebyś wiedział, że jesteś. jeden raz to zdecydowanie za mało.

Odpowiedz
Mental napisał(a):a żebyś wiedział, że jesteś. jeden raz to zdecydowanie za mało.

jak na ironię mam ochotę obejrzeć ten film jeszcze raz, więc się przygotuj Język
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Obejrzałem wczoraj późnym wieczorem "Miami Vice". Po tych wszystkich krytycznych recenzjach i rzuceniu okiem na kilka sekund filmu, spodziewałem się jakiegoś dziwadła. Jakże się pomyliłem. Lubicie takie "guilty pleasures", takie sromotne pozytywne rozczarowania? Duży uśmiech

"Miami Vice" jest tak jak pisze Mental odhumanizowane, stechnicyzowane, wyciska samo sedno pracy policjanta w wydziale narkotyków (co prawda Farrell i Foxx na spotkaniu z Yero, zamiast się bać śmierci, grają bardzo twardzielsko, ale są w końcu bohaterami filmu), bez zbędnych upiększeń i pseudo-bohaterstwa jak to w policyjnym kinie bywa. Mann pod szyldem "MV" robi reportaż policyjny. Robi to genialnie i bardzo klimatycznie. Atmosfera tego obrazu jest dorównująca zarówno "Gorączce" jak i "Manhunterowi". I te powalające pejzaże i subtelna obserwacja kamer... Przyznam się szczerze, że nie podobało mi się to w "Zakładniku", gdzie sceny nakręcone na tradycyjnym "filmie" gryzły się z szorstkimi, dokumentalnymi w wyrazie sekwencjami kręconymi cyfrówką. Dochodziło do pewnego dysonansu. Natomiast w MV zaginęła ta "szorstkość", zdjęcia są "wygładzone", "miękkie" i wspaniale plastyczne. Najbardziej zachwyciło mnie jak Mann pokazuje nad swoimi bohaterami nocne niebo. Niebo monumentalne, jak gdyby apokaliptycznie nad nimi zawieszone. Te brunatne odcienie czy pastelowe błękity... I te wspaniałe ujęcia z kamerą "zawieszoną" na 'horyzoncie' w scenie z motorówką. Nie wiem czy zauważyliście, ale finałowa strzelanina, choć porównuje się ją do "Gorączki", jest praktycznie całkowitym od niej odejściem. Chodzi mi o głos wystrzału karabinów. Nie wiem czy to kwestia tłumików, czy może taka jest nowoczesna broń (nie mam o niej pojęcia - sorry Uśmiech )ale podczas gdy dźwiękowo strzelanina w "Heat" była zrealizowana bardzo głośno i agresywnie, tak tutaj wystrzały brzmią chyba właśnie tak jak naprawdę brzmią. Dodało to wg mnie jeszcze większego realizmu.

Oczywiście przyczepić się można do paru rzeczy, jak 'chemia' pomiędzy Gong Li a Farrellem (czy nie mogła tego zagrać aktorka latynoamerykańska; z całym szacunkiem dla Gong Li, ale ona nie pasuje do tego filmu), choć jest to chemia bardzo specyficzna, właśnie typowo mannowska. Dla niektórych będzie kiczem czy banałem, ale ma swój emocjonalny STYL. Niektórzy zarzucają brak dialogów między Farrellem i Foxxem. Jest ich niewiele, ale jeżeli już są, świetnie pokazują niuanse ich przyjaźni. To prawdziwa męska przyjaźń, nie debilne rozmówki w stylu "Bad Boys". Jest taka scena, w której Foxx subtelnie daje Farrellowi znać, że jego romans z Li może nie być dobrą rzeczą, na odpowiedź Farrella na końcu dodaje: "nigdy bym w ciebie nie zwątpił". Lub scena odbicia dziewczyny Foxxa - nie pada słowo narady między nimi, robić to czy nie, "spalić" przykrywkę, swoje fałszywe osobowości czy nie, po prostu jadą ją odbić. Robią to co słuszne, ani chwili się nie zastanawiają. I jeszcze portret głównego bossa, Jesusa Arcangelo de Montoyi. Facet ma taką charyzmę, że bije na głowę wszystkich tych mydełkowatych złoczyńców dzisiejszego kina popularnego. Scena w samochodzie, gdy on mówi z kamienną twarzą i przeprasza, że nie ma czasu bo jest bardzo zajęty :wink: a Farrell/Foxx siedzą i wychodzą bez słowa. I jeszcze ten jego wygląd - broda, niemal święty, pozbawiona emocji twarz - jak ikonograficzny Jezus. Czy ta stylizacja Manna jest celowa?

Jedyne, co mi się gryzie, to sposób w jaki kartel ich sprawdził - tylko za pomocą danych zawartych we flashu? Nikt nie zrobił research-u? Nikt nie pofatygował się zadzwonić do ludzi 'ze środowiska'? Czy ktoś ich zna, słyszał? Tak o się pojawiają, i najpotężniejszy baron narkotykowy powierza im towary o wartości milionów dolarów? Czy oni byli aż tak zadufani w nowoczesną technologię? Nie nakryli ich spotkań z szefem i facetem z FBI? Rozmów? To mi śmierdzi i tego nie kupuję.

Odpowiedz
dobra, film obejrzany po raz wtóry i....


...jestem w czyścu niewiedzy Uśmiech
Klimat, zdjęcia, scenografia i cała ta zimna otoczka bardziej mi się spodobały, a film łyknąłem bez większych zgrzytów. ALE zarzuty wciąż podobne - za mało chemii aktorskiej, nieco za mało emocji (i nie mówię tu o akcjach w polu, tylko o zachowaniu poszczególnych bohaterów wobec siebie prywatnie - jedynie sytuacja w szpitalu się broni).
Poza tym razi mnie wciąż końcowa strzelanina - jak z marnego serialu tv i to nie tyle pod kątem kto-kogo (choć to też trochę), co montażu i realizacji. Razi też dużo bardziej wybuch przyczepy - na maksa komputerowy niestety. No i zakończenie takie trochę dziwne - jakby montażysta zapomniał wyciąć ostatniej sceny.
Reasumując - film odbieram lepiej i lepsze mam zeń wrażenia, ale wciąż jest to Mann najsłabszy i tyle.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Cytat:film obejrzany po raz wtóry i....


...jestem w czyścu niewiedzy Smile

jeszcze jeden seansik i bedziemy razem przemierzac krolestwo niebieskie, trzymajac sie za rece i wychwalajac imie Michael:)

Odpowiedz
nie wiem, czy była mowa o tym, ale jestem ciekaw, czy znajdę w Polsce jakieś konkretne wydanie tego filmu? bo jak dotąd nie trafiłem na żadne z chocby jednym dodatkiem

Odpowiedz
Gdyby w ogóle istniało coś takiego jak konkretne wydanie Miami Vice pewnie byś je znalazł. Póki co nie licz na to.

Odpowiedz
Po pierwszym seansie uznałem ten film za pomyłkę Manna - ot takie "samo mięso". Zakup wielgachnego TV sprawił jednak, że musiałm wrzucić na ekran coś z dobrą kamerą i tak padło na MV. Obejrzałem go od tego czasu 4 razy. Zacznę od minusów:

- nie widziałem wersji Uncut (czy też po prostu reżyserskiej), ale wycięto kilka fantastycznych ujęć, które widziałem w trailerze.
- Colin Farell i ogólnie odgrywanie esktremalnych twardzieli w wielu scenach rozmów. Te "groźne miny" są odrobinę drażniące.
- brak emocjonalności... trudno to opisać, bo to także 50% uroku tego filmu. Jest taki "odegrany", co ma swoje zalety, bo przynajmniej nikt się nie sili wielce, żeby mnie wzruszać. Dałem do wad, bo to także sprawiło, że oglądając akcję wisiało mi czy kogoś postrzelą, zabiją itd.

Plusy:

+ Thomson Viper
+ Mannowskie kadrowanie. Nic mnie w filmie pod względem wizualnym tak nie jara jak dobry kadr. Żadne tam wybuchy, pościgi, czy nawet gołe cycki. Biegam sobie na codzień ze swoim wesołym Lumixem FZ18 i pstrykam fotki. Czasem zrobię perłę, na którą patrząc mówię: w lepszy sposób nie dało się tego ująć! Tak mam z większością scen w tym filmie.
+ Ujęcie wytatuowanego nazi-kolesia grzebiącego w lodówce - skoro już przy zdjęciach jestem.
+ Thomson Viper
+ Muzyka, a szczególnie Audioslave
+ Bezkompromisowość filmu, bo to jednak samo mięso
+ Wątek miłosny... może to głupie, ale tutaj daje radę, a zakończenie historii zrobione z absolutną gracją i wyczuciem.
+ BMW M6 w końcówce :wink:
+ Thomson Viper - daję słowo, kupię sobie kiedyś tę kamerę i będę walił teledyski w ciemnych miejscach

Tak więc z poczatkowego 5/10 skoczyło na 8/10. Chyba żaden film w moim rankingu nie zaliczył takiego awansu.
I was always criticized for style and content, but I enjoy trying to tell stories a different way - Tony Scott

Odpowiedz
Cytat:Wątek miłosny... może to głupie, ale tutaj daje radę, a zakończenie historii zrobione z absolutną gracją i wyczuciem.

watek milosny w MV nalezy do moich ulubionych - jest klasycznie odegrany i tak jak mowiesz: przypieczetowany z niezwyklym wyczuciem i klasa.

Cytat:Thomson Viper - daję słowo, kupię sobie kiedyś tę kamerę i będę walił teledyski w ciemnych miejscach

ja kupie dwie. jedna kosztuje cos ponad milion dolarow, wiec akurat mi starczy:)

Cytat:Chyba żaden film w moim rankingu nie zaliczył takiego awansu.

bo w tym filmie tkwi jakas moc nieziemska.

Odpowiedz
napisałem taki tekścik o filmie. zainspirował mnie, co w pracy widać, tekst Mentala

Cytat:bo w tym filmie tkwi jakas moc nieziemska.

nie jest to pisanina najwyższych lotów, ale się ciut starałem. emocjonalna taka bardzo. emo



ten tekst:



Doskonałym z mojego punktu widzenia stwierdzeniem jest, że w ‘Miami Vice’ cytuję ‘tkwi jakaś moc nieziemska’. Ludzie, którzy uważają ten film za słaby oraz jego fani mają w większości przypadków jedno wspólne wspomnienie. Po seansie numer 1, uznawali, że to najgorszy film Michaela Manna. Jednym tak już zostało i tyle w tym temacie, drudzy natomiast z czasem tajemnicze ‘cośâ€™ w tym obrazie odkryli. Należę do tych drugich zdecydowanie. No to teraz pewnie powinienem powiedzieć, co takiego w tym filmie odkryłem. No i problem mam, bo nie wiem. Po prostu uważam teraz ten film za arcydzieło i go kocham, mówiąc bez przesady.

Serial (bo o nim, choćby tylko raz wspomnieć należy wypowiadając się na temat ostatniego filmu Manna) znam wyrywkowo, czasem w telewizji te pastelowe garnitury mi przeleciały. Podobało mi się to, z tego co pamiętam. Było to lekko ironicznie, nie za ciężkie. Film to coś kompletnie innego. Pytanie nasuwa się samo: po co Mann wziął na warsztat bohaterów tego serialu i ten tytuł? Na pewno nie tylko dlatego, że mógł, bo serial współtworzył. Osobiście mam kilka pomysłów. Idąc tropem wyciągniętym z filmoznawstwa na pewno trzeba powiedzieć, że po to, aby ukazać różnice kina połowy lat ’80 a kina z roku 2006. Może to być jakiś cel. Inny trop prowadzi natomiast już bezpośrednio do tego, co się w filmie dzieje. Sonny i Rico ze sobą nie rozmawiają. Zarzut czy atut? Odpowiadam bez wahania – ogromny atut. Tytuł i nazwiska bohaterów sugerują nam od razu kim oni są. Kumple od lat, widujący się codziennie. Znają się na wylot. Mann dzięki odnośnikowi do serialu kompletnie może porzucić jakiekolwiek wprowadzenie bohatera. Od razu mamy na ekranie znanych wszystkim gliniarzy z Miami. Oczywiście można ten sam zabieg zastosować bez nawiązywania do innych produkcji, ale Mannowi wyraźnie zależało na tym, żeby bohaterowie w jego filmie byli bardzo dobrze znani od początku. Nie przyjmujemy ich jako kumpli ‘bo tak’ – przyjmujemy ich jako kumpli, bo to kumple, co widzieliśmy już kiedyś w serialu.

Czy za to podziwiam ten film? Na pewno między innymi tak. Za to, że jest to najlepsze możliwe wykorzystanie silnego odnośnika fabularnego, jakim niewątpliwie jest całkowicie jawne nawiązanie do serialu. Dostajemy bowiem nie po prostu dłuższy odcinek serialu, na dodatek w kinie, ale pełnometrażowy film, który jest czymś innym niż serial, z prostego powodu – film to nie serial. Mądry facet z tego Manna, powalił mnie samym pomysłem na kolana. Na początku tego nie zrozumiałem, teraz rozumiem doskonale. Klimat nocnego Miami jest niepowtarzalny, ogólna kolorystyka filmu jest przepiękna, to jak zbudowana jest relacja na linii Rico-Sonny jest wybitne.

Kolejny atut tego filmu to kamera. Nie znam się jakoś za bardzo na technicznych niuansach tego typu sprzętów, ale tę konkretny model kamery poznam. Po ‘Zakładniku’ to już drugi film Manna, który reżyser zdecydował się głównie nakręcić wynalazkiem o nazwie Thomson Viper. Trochę o tym poczytałem – droga rzecz. To właśnie to narzędzie w rękach świetnego operatora (Dion Beebe) działającego wedle rozkazów genialnego reżysera czyni cuda. Panoramy nocnego miasta, dzięki tej kamerze wypadają imponująco.

Zachwyca mnie wątek miłosny w ‘Miami Vice’. Nie lubię zazwyczaj w mocnym kinie kryminalnym takich rzeczy, ale tutaj jest świetnie. Nostalgicznie, ale ładnie, z ogromną gracją. Romans, jaki ma miejsce nie jest też idiotycznie pozostawiony sam sobie, ale perfekcyjnie łączy się z fabułą, co jest tylko kolejnym jego atutem.

Colin Farell i Jamie Fox. Dwaj aktorzy – filmowi Sonny i Rico. Najczęstsze punkty zrzutu krytyki tego filmu. Moje stanowisko jest takie, jak wobec całego filmu. Są świetni w swoich rolach. Są twardzielami, aż przesadnymi, ale tacy to bohaterowie. Serialowi herosi, którzy w każdym odcinku wygrywają. Kolejny raz jestem pełen podziwu, dla pomysłu, jaki Michael Mann miał na zaadoptowanie serialu do kin. Najwyższy poziom.

Na koniec zostawiłem sobie to, co w tym filmie mnie urzeka najbardziej. Czysta reżyseria. Rozwiązanie jakie Mann wybrał dają piorunujący efekt. Mój faworyt w tej kwestii – scena na parkingu, kiedy następuje w zasadzie zawiązanie fabuły. Kłótnia – jeden przerywnik, ujęcie na Castillo, który mówi stanowczo, ale spokojnie ‘Spokój’. Zagrywka reżyserska mistrzowska. Pewnie nie każdy czytający te wypociny zrozumie dokładnie o co mi chodzi, ale nie mogłem się powstrzymać przed przytoczeniem tego przykładu. Druga rzecz tutaj to dobór utworów do filmu. Muzyka, której na co dzień nie słucham, ale uwielbiam ją w tym filmie. Perfekcyjny wybór, zawsze idealnie wkomponowana w ekranowe wydarzenia.

Ten tekst to nie jest chyba recenzja filmu ‘Miami Vice’ tylko jakaś pieśń pochwalna, ale tak miało być. Ten film to coś więcej, nie wiem, jak to ująć. Nie jest to nawet mój ulubiony film, ale żaden mnie tak nie urzekł. Żaden nie przeszedł takiej drogi od obojętności, to obecnego stanu. Jest to film wyrafinowany, jego potęga tkwi w niuansach, które nie stają się czytelne szybko. To chyba ta tajemnica. No i ta moc nieziemska, to na pewno.

Odpowiedz
Cytat:Po prostu uważam teraz ten film za arcydzieło i go kocham, mówiąc bez przesady.

nie widze w tym zadnej przesady.

Cytat:po to, aby ukazać różnice kina połowy lat ’80 a kina z roku 2006.

tu chodzi raczej o roznice nie tyle miedzy kinem, co miedzy epokami. na esensji jest tekst jednej takiej lasi, ktory kapitalnie oddaje istote Mannowskiego zamachu na kult flamingow. nikt lepiej nie ujal istoty owej przemiany jak autorka rzeczonych dociekan.

Cytat:Sonny i Rico ze sobą nie rozmawiają.

bo MV to bardzo smutny film. absolutnie oryginalne osiagniecie na polu kina sensacyjnego. tylko Mann mogl wywazyc te drzwi. MV to najnowoczesniejszy film, jaki w zyciu widzialem. w nim zamyka sie definicja awangardy.

Cytat:Colin Farell i Jamie Fox. Dwaj aktorzy – filmowi Sonny i Rico.

stala sie rzecz bardzo dziwna. przed obejrzeniem MV nie znosilem Farella. po obejrzeniu MV zaczalem go lubic. z oporami, ale zawsze. aktualnie nie przeszkadzaja mi juz nawet jego podrygujace brwi i placzliwe oczka, kiedy wyzywa przelozonego od "skurwysynow". Farell jako nowe wcielenie Sonny'ego to najlepszy obsadowy wybor ze wszystkich dostepnych. zblazowany, dandysowaty, nadasany, zimny, oszczedny, precyzyjny. Mann to czlowiek blogoslawiony.

Cytat:Czysta reżyseria. Rozwiązanie jakie Mann wybrał dają piorunujący efekt. Mój faworyt w tej kwestii – scena na parkingu, kiedy następuje w zasadzie zawiązanie fabuły.

scena czadowa - fakt. ale dla mnie arcydzielem rezyserii jest egzekucja rosyjskich dilerow na nabrzezu. motyw z ostrzeliwaniem samochodu i rozrywaniem siedzacych w srodku pasazerow - maszyneria zaglady w miniaturze.

Odpowiedz
jasne. racja całkowita, z tym zamachem na kult flamingów. jednak i tak widzę te zastosowania nawiązania do serialu, o których napisałem. nie wyklucza się to na pewno

Cytat:bo MV to bardzo smutny film. absolutnie oryginalne osiagniecie na polu kina sensacyjnego. tylko Mann mogl wywazyc te drzwi. MV to najnowoczesniejszy film, jaki w zyciu widzialem. w nim zamyka sie definicja awangardy.

celne stwierdzenie. czuć na każdym kroku ten, jakby nie było, smutny i ciężki klimat. urzeka mnie to w tym filmie

co do Farella, to ja bardzo lubię jego Sonnego. w 'Aleksandrze' mnie drażni, w 'Śnie Kasandry' jest za to zabawny i ok. w MV to jest dla mnie Sonny, nie widzę Farella.to chyba jest sukces aktora

Odpowiedz
mikisiki09 napisał(a):czuć na każdym kroku ten, jakby nie było, smutny i ciężki klimat. urzeka mnie to w tym filmie

Nie wiem jakie jest Wasze zdanie Panowie, ale ciężki i przytłaczający klimat w serialu też był. Niby była ta otoczka - szybkie auta, ładne garnitury i łodzie motorowe, ale każdy odcinek wgniatał w fotel bardzo skrupulatnie budowanym klimatem zagrożenia i - po dziś dzień tak uważam - niełatwo się to oglądało. Zupełnie za to z serialu nie pamiętam lajtowego, słonecznego klimatu, który to rzekomo jest znakiem rozpoznawczym serii.
I was always criticized for style and content, but I enjoy trying to tell stories a different way - Tony Scott

Odpowiedz
w sumie zasadniczy problem tasiemca polega na tym, ze serialowych gliniarzy czas zwyczajnie przescignal. przestepcy rowniez zmienili strategie - nie szmugluja juz koki w odbytach albo na przylepcach pod pachami. pewne filmy po prostu zyja dana epoka i kiedy ta epoka sie konczy, odchodza do lamusa. ostatnio mialem tak z pierwszym Burtonowskim Batmanem (Returns broni sie znakomicie, zwlaszcza piorunujaca koncowka) - w wieku lat 10 zachwycalem sie Nicholsonem-Jokerem i dekoracjami i w ogole wszystkim, ale obecnie patrze na to z poblazliwymm politowaniem. Burton wyraznie zmierzal w strone jakiegos mega hardkoru i producenci szybko pokapowalii, ze jak tak dalej pojdzie, to moze dojsc do skandalu na miedzynarodowa skale, wiec go zwolnili. Mann na szczescie nie musial borykac sie z takimi problemami. zwolnil sie sam - jako pomyslodawca i producent serialu w pore wyczul, ze "swiat poszedl naprzod" i dluzej sie tego ciagnac nie da. ostatni sezon MV, kiedy bohaterowie coraz czesciej robili wypady poza granice macierzystego polwyspu, wyraznie pokazal, ze czas lokalnych przemytnikow i dilerki na winklu bezpowortnie przeminal, zwlaszcza w tak newralgicznym rejonie, w ktorym krzyzuja sie szlaki handlowe karteli narkotykowych.

ekstra ciekawostka za friko: Mann jest producentem innego serialu policyjnego - Crime Story. naprawde wybitna produkcja (gro scen z Heat to ewidentne zapozyczenia z CS), takze ulokowana w latach 80, ale rozni sie od MV jak dzien od nocy.

Odpowiedz
mikisiki09 napisał(a):Sonny i Rico ze sobą nie rozmawiają. Zarzut czy atut? Odpowiadam bez wahania – ogromny atut. Tytuł i nazwiska bohaterów sugerują nam od razu kim oni są. Kumple od lat, widujący się codziennie. Znają się na wylot. Mann dzięki odnośnikowi do serialu kompletnie może porzucić jakiekolwiek wprowadzenie bohatera. Od razu mamy na ekranie znanych wszystkim gliniarzy z Miami. Oczywiście można ten sam zabieg zastosować bez nawiązywania do innych produkcji, ale Mannowi wyraźnie zależało na tym, żeby bohaterowie w jego filmie byli bardzo dobrze znani od początku. Nie przyjmujemy ich jako kumpli ‘bo tak’ – przyjmujemy ich jako kumpli, bo to kumple, co widzieliśmy już kiedyś w serialu.

ale to FILM - powinien bronić się sam, bez pamiętania czegoś takiego jak serial, który był zupełnie odmienny, nie mówiąc już o tym, że coraz mniej osób go pamięta. Ergo argument do dupy.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
za mocno chyba ująłem sprawę, takie mam wrażenie. w temacie było dobrze powiedziane, że to smutny film i to odnosi się do tego, że bohaterowie ze sobą nie rozmawiają.

zła linia obrony tego motywu z mojej strony. przesadziłem z odniesieniem tego faktu w 100% do serialowej podstawy filmu.

jednak na pewno zdania nie zmienię całkowicie w tej kwestii. taka jest natura filmu, który jest stworzony na bazie serialu. nie po to jako twórca postaci występujących w filmie podany jest twórca serialu. film MV to jakby serial 20 lat później. od musi siłą rzeczy odnosić się do swoich korzeni. on broni się sam, co wyżej wspomniałem, ale nie widzę sprzeczności w odwołaniu się do serialu.

Odpowiedz
Przed chilą zakończyłem seans DVD. Mogę tylko powiedzieć, że film jest genialny. Mann udowodnił mi że jednak jest świetnym reżyserem. Myślałem że The Collateral to jego jedyna perełka w dorobku. Jak dobrze że się myliłemOczko Pierwsza scena jednak nie napawała mnie optymizmem. Oto pierwszy kadr, jest jakaś dyskoteka, a co słyszę w tle?? Spedalone Linki Parki. Na szczęście Mann nie jest głupi i szybko zrezygnował z tego typu podkłady muzycznego. Już póżniej się niedosłyszałem takiego szitu. Cholera Mann jest Mistrzem w ukazywaniu akcji. Jego ujęcia, kadrowanie w jego filmach jest mistrzowskie. Do tego muszę dodać dobór barw, wszystko jest zimne i ciemne. Wciągnąłem się w ten zimny na wskroś zły świat florydy.
Dobór muzyki oprócz wspomnianego wyżej też daje radę, szczególnie w scenach akcji. Jestem świerzo po seansie więc nie jestem nic na razie więcej sensownego napisać. Trzeba obejrzeć jeszcze parę razy by wyłapać sceny perełki których tam jest multum.
Terminator | Aliens | Terminator 2: Judgment Day | True Lies | Titanic | Avatar
Directed by James "THE KING" Cameron

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości