Ankieta: Jak oceniasz film?
10/10
9/10
8/10
7/10
6/10
5/10
4/10
3/10
2/10
1/10
[Wyniki ankiety]
 
Uwaga: To jest publiczna ankieta, więc każdy może zobaczyć na co zagłosowano.





Once Upon a Time in... Hollywood
Dawno nie widziałem, z pamięci wydaje mi się to bardzo krótkie i, ostatecznie, niezbyt istotne.

Odpowiedz
Co to za autko którym Brad się woził? Chodzi mi o to kabrio, nie Cadillaca Ricka.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
Volkswagen Karman Ghia Convertible bodaj z 62ego
http://www.filmweb.pl/user/Corn

"Pierdu-pierdu, siala-lala; Braveheart kosmos rozpierdala" - Bucho


Odpowiedz
Dzięki wielki :*

W życiu bym nie zgadł że to VV :o
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
Taki strumień myśli, głównie spoilerowy.

Co do naszego eksportowego bohatera popkultury, mam wrażenie, że jest tam zupełnie niepotrzebny dla całej historii, jego wątki jak wszystko wokół Sharon Tate nadają się do absolutnego wycięcia. Ale co facet przeżył, zobaczył i dolary jakie przywiózł to jego.

Moim zdaniem Leonardo miał znacznie, znacznie więcej do zagrania, Brad jest pociesznym, wyluzowanym twardzielem zdobywającym sympatię widza mimo prób nakreślenia mu dość dziwnej przeszłości i w sumie tyle. DiCaprio ma ataki wściekłości, depresji, zmęczenia i zniechęcenia. DiCaprio dwoi się i troi grając film o filmie w ramach filmu, to jest jego film i szkoda, że brak solidnego skupienia, takiej reżyserskiej soczewki nieco to rozmywa.

7/10, ale nie jest to wcale takie mocne 7/10

Odpowiedz
Ja im dłużej myślę o tym filmie tym bardziej zaczynam doceniać rolę DiCaprio. Pitt jest uwielbiany w tym filmie bo jest właśnie spoko gościem z 2-3 kapitalnym scenami o których będzie się mówić za kilka lat jak np o rozmówce KKK w Django czy pierwszej scenie w IB.

DiCaprio jednak ma do zagrania bardzo prawdziwa postać, która pomimo posiadania jakiegoś tam statusu (zmierzchłej, ale jednak) gwiazdy tv, mierzy się z nałogiem, depresja czy wypaleniem zawodowym. No i do tego dochodzą sceny grania na planie filmowym gdzie zmienia się w innego gościa.

Co do epizodu włoskiego. Wydaje mi się że to było potrzebne w kontekście samej relacji pomiedzy Cliffem a Rickiem i podziękowaniu temu pierwszemu za pracę i pomoc. Ich przyjaźń jeszcze bardziej rozkwita i zostaje spotegowana finałowym rozpierdzielem. Chociaż można to było oczywiście w jakis bardziej sensowny sposób pokazać rezygnując z tego wątku Tate. Tak jak piszesz.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
Dołączam do grona rozczarowanych (chociaż oczekiwania były większe wcześniej gdy było mniej wiadomo o filmie). Na dobrą sprawę dosyć mało czuć Tarantino, film wskakuje na odpowiednie tory właściwie w samej końcowej sekwencji, wcześniej po prostu sobie płynie i wiele z tego nie wynika. Zaczepienie finału w reszcie historii też leży, można to było rozegrać na setkę lepszych sposobów.
Dobrze Szaman pisze, że OUATIH sprawia wrażenie jakby był bardziej realizacją fantazji/wspomnień Quentina niż pełnoprawną fabułą - ja od razu miałem skojarzenia z ostatnim Cuaronem, bo teraz mamy kolejnego szanowanego reżysera, który dostał zabawki w postaci milionów dolarów do wydania i gwiazdorskiej obsady do użycia i nakręcił sobie sentymentalny film, przy czym Meksykanin przynajmniej błyszczał reżysersko, a tutaj, no, ciężko mi wymienić jakieś szczególnie dobrze nakręcone sceny, zapamiętałem więcej irytujących motywów jak uparte filmowanie samych nóg postaci (bo te trzy czy cztery ujęcia ze stopami Margot jeszcze ujdą).
Aktorsko jest tak średnio, chyba nie da się obejrzeć tego filmu i widzieć Ricka, Cliffa i Sharon, a nie DiCaprio, Pitta i Robbie. Według mnie najlepiej wypadł DiCaprio który jako jedyny ma coś do zagrania i sprawdza się po prostu dobrze, Pitt - no jest fajny, ale raczej fajnością swojej osoby niż postaci, wiecie, chodzi mi o to, że jak żart opowie lubiana i przystojna osoba, to jest śmieszniejszy niż gdy powie go ktoś kto jest nikim. Ale, przyznaję, że w końcówce poradził sobie znakomicie. Margot jest w ogóle w tym filmie trochę na siłę, no ale na nią zawsze miło popatrzeć. Zawierucha okazał się nawet nie dalekim planem co zupełnym tłem, tym bardziej dziwi jego jedyna samotna scena, która była po nic.
Nie wiem co dać - może słabe 7, albo nawet 6. Zawiódł mnie Quentin.

Jeszcze dwa zdania:
-wszystkie żarciki z hipisów na plus, brakowało mi tylko żeby Eric Cartman wyskoczył zza kadru krzycząc die hippie, die! Oczko
-co do odwzorowania lat 60. to ja nie jestem specjalnie kupiony, no jest ładnie i tyle, ale może to przez kompletnie nieangażującą historię patrzyłem na całą resztę mniej przychylnym okiem. W każdym razie to wszystko już było i wychodziło lepiej, chociażby w porownaniu do Inherent Vice Andersona to u Tarantino mamy park rozrywki stylizowany na lata 60.

Odpowiedz
Roma to ciekawe skojarzenie i w trakcie seansu nie miałem wątpliwości, że tym razem Quentin zamiast na historię stawia na klimat, chwile, po prostu bycie bohaterów na ekranie bez czysto fabularnego kontekstu, ale Roma jest w swej ulotności i intymności konsekwentna od pierwszej do ostatniej sekundy, a tu mamy groch z kapustą i absolutny brak dyscypliny przy montażu. (Spoczywaj w pokoju, Sally)

---

W piątym odcinku S2 Mindhuntera jest wywiad z Mansonem, jest też rozmowa z Teksem o wydarzeniach w domu Polańskiego.

Odpowiedz
W ogóle jak Cliff zaczął brechać w wiadomej scenie na końcu to od razu miałem w bani Tylera Durdena.

A tak poza tym:
http://www.filmweb.pl/user/tynarus120
Forum światopoglądowe filmowe

Odpowiedz
Tak, ale nie mam pojęcia jakie to ma znaczenie dla filmu i po co w ogóle był ten wątek.

Odpowiedz
(17-08-2019, 16:31)Szaman napisał(a): Tak, ale nie mam pojęcia jakie to ma znaczenie dla filmu i po co w ogóle był ten wątek.

Jako argument, żeby mu ponownie roboty nie dawać Duży uśmiech

Albo po to, żeby w jakiś sposób - pomimo bycia na haju - usprawiedliwić/uargumentować zachowanie w finałowej jatce. Może Cliff nie był do końca normalny Duży uśmiech
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
No i rozjebało mnie to, jak pewny siebie Bruce Lee zapytał:"Serio?".
http://www.filmweb.pl/user/tynarus120
Forum światopoglądowe filmowe

Odpowiedz
Mnie rozjebało, jak bardzo sucha i niepotrzebna byla ta scena.

Odpowiedz
Tak sucha, że i ja i cała sala lała ze śmiechu z perfekcyjnego naśladowania oryginalnego Bruce'a Lee.
http://www.filmweb.pl/user/tynarus120
Forum światopoglądowe filmowe

Odpowiedz
Jak niepotrzebna jak potrzebna. Była po to żeby pokazać dlaczego Randy tak sceptycznie podchodzi do ponownego zatrudnienia Cliffa i tego czemu jego żona go tak bardzo nie trawi. Oprócz oczywiście motywu z żoną.

Moment z Lee i samochodem był świetny Uśmiech
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
(17-08-2019, 17:42)Krismeister napisał(a): Tak sucha, że i ja i cała sala lała ze śmiechu z perfekcyjnego naśladowania oryginalnego Bruce'a Lee.
A nie z tych jego odgłosów? U mnie ludzie śmiali się tylko wtedy gdy je wydawał.

Odpowiedz
(17-08-2019, 17:42)Krismeister napisał(a): Tak sucha, że i ja i cała sala lała ze śmiechu z perfekcyjnego naśladowania oryginalnego Bruce'a Lee.
A nie przez to, że to średniej jakości slapstick, a jak wiadomo - tego typu humor jest najłatwiejszy do przyswojenia przze większość? Uśmiech

Odpowiedz
No ale gdzie jest jakiś gag i puenta w tej scenie, jakaś jej kulminacja, nadanie sensu dla późniejszej części filmu? To zapchajdziura jak McQueen przy basenie, bo cały film to zlepek przeczytanych/wymyślonych anegdot, zaczynam się zastanawiać czy Quentina nie fascynowała konstrukcja taka jak w scenie przemiany z Amerykańskiego Wilkołaka w Londynie. Tam wiemy, że nastała noc z pełnią i czekamy na słynny popis Ricka Bakera, ale John Landis gra widzom na nosie. Bohater posnuje się po domu, przeczyta książkę, zje kolację, obejrzy z "nami" serial w bardzo długim wprowadzeniu. A potem nagle zaczyna się TO, wchodzi z pełną mocą na uśpioną czujność widza. Być może Tarantino chciał aby widz nie mógł się doczekać wiadomego wątku Sharon Tate, ale trolluje go podobnie jak Landis- Brad Pitt zamyśli się na dachu, aż widz zapomni, że to retrospekcja, z Leo włączą sobie serial i będą go komentować jak Beavis i Butthead, Robbie trochę pojeździ po mieście, trochę zrobi zakupy, trochę pójdzie do kina. Kurt Russell opowie nam o zupełnych pierdołach.

Wracając do Pitta, pokazanie jego umiejętności walki miałoby sens gdyby


Odpowiedz
(17-08-2019, 17:57)Szaman napisał(a): Co do wątku żony, już sam kwas wystarczyłby jako usprawiedliwienie absurdalnej brutalności, przynajmniej w oczach widza, który tak jak ja nie ma pojęcia jak to cudo działa.
Ciekawa była reakcja widowni jak kwas zaczął Pittowi wchodzić i machał ręką w powietrzu (kwas sprawia że zostają mocne powidoki) - jakieś 1/5 (czyli pewnie ci co wiedzieli o co chodzi) sali się zaśmiała już na początku, reszta dołączyła przy pierwszych komentarzach Pitta.

Odpowiedz
Tak jeszcze przypomniało mi się, że jeśli rzeczywiście na początku postać Brad Pitta miał zagrać Tom Cruise, a w Sharon Tate miała się wcielić Jennifer Lawrence to Quentinowi zaczynają szwankować już nawet castingi, ale jeszcze się wybronił. Nie potrafię wyobrazić sobie Cruise'a jako takiego luzaka w hawajskiej koszuli, zapewne był pierwszym kandydatem z racji swoich zdolności kaskaderskich i aury dziwnych plotek z życia prywatnego, ale i tak skończyłoby się pomyłką obsadową. Lawrence chyba nie muszę tłumaczyć, nie ta aura, nie ten styl, nie ten typ urody, nie wiem którym okiem zobaczył w niej Tate, jeśli to jest prawdą.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości