Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
Mnie w tym filmie razi Margot Robbie ogladająca film z Sharon Tate. To fajna scena, jasne, ale Margot Robbie nie wygląda jak Sharon Tate, podobieństwo między obiema paniami jest co najwyżej delikatne, więc nie bardzo wiem co Quentin chciał osiągnąć pokazując Robbie oglądającą na ekranie kogoś kto wygląda inaczej niż ona.
Jeśli miał to być hołd dla tragicznie zmarłej aktorki, to dopisuję go do listy innych dziwnych hołdów / zabiegów w tym filmie które uważam za totalnie chybione.
@Szaman
Też nie umiem.sobie wyobrazić Toma, z drugiej strony to mogłaby być jego najciekawsza rola od czasu Zakladnika.
17-08-2019, 21:30
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-08-2019, 21:31 przez Mierzwiak.)
Stały bywalec
Liczba postów: 5,984
Liczba wątków: 6
Wydaje mi się, ze tą plotę z Lawrence obalono jakiś czas temu.
A nawet jeśli była przymierzana do roli, to bardziej prawdopodobne, że to pozostałość z czasów współpracy z Weinsteinem i jego pomysł, a nie samego Tarantino. Nie wiem jak z timelinem, ale afera z tym oblechem wypłynęła już chyba po informacji, że QT będzie kręcił film powiązany z tą masakrą.
zombie001, member of Forum KMF Film.org.pl since Jul 2013.
17-08-2019, 21:30
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-08-2019, 21:31 przez zombie001.)
Samurai Cop
Liczba postów: 4,396
Liczba wątków: 28
Może ktoś zdołał zablokować komputerowe wklejenie Robbie w film z Tate?
17-08-2019, 21:31
.
Liczba postów: 28,128
Liczba wątków: 62
Ja tam doskonale potrafię wyobrazić sobie Cruise'a w roli Cliffa, zwłaszcza że on jakoś tak bardziej mi pasuje na kaskadera, a u Pitta miałem takie poczucie jakie wyraża zresztą jedna dialog: czemu z taką prezencją i charyzmą Cliff jest tylko kaskaderem?
17-08-2019, 21:38
Don Sinatio
Liczba postów: 2,960
Liczba wątków: 11
Dołączam do zachwytów, powiem tylko tyle, że gdy film który się kończy po 3 godzinach , a ja mam wrażenie, że to dopiero połowa i myślę sobie "co? to już koniec? tak szybko?" to jest dowód na to, że Tarantino wrócił do wielkiej formy. Chciałbym oglądać więcej Ricka i Cliffa bo to dwie genialne postaci genialnie zagrane przez dwóch genialnych aktorów. Film z miejsca wchodzi do mojego TOP3 ulubionych filmów Tarantino obok "Pulp Fiction" i "Bękartów wojny". 9/10
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.
17-08-2019, 22:37
TermiGifiernator
Liczba postów: 11,127
Liczba wątków: 57
Najgorszy film Tarantino, przynajmniej z tych co widziałem. Scenopisarski belkot o niczym. Fabula a raczej jej brak nie prowadzaca do niczego. Nuda wiejaca z dialogow co sie Tarantino nigdy nie zdarzylo.
Jedyne plusy to swietny Leo i Pitt.
Ani to klimatyczne, ani ciekawe, malo angazujace. Przez caly seans mialem w dupie co spotka bohaterow i za to Tarantino nalezy sie kopniak w jajca.
Generalnie strasznie sie na tym filmie zawiodlem, za dlugi, zbyt nuzacy a co najgorsze majac takich swietnych aktorow na pokładzie i talent do pisania swietnych dialogow wysmazyc taka parujaca kupe?
Wstydz sie Quentin, wstydz sie.
Terminator | Aliens | Terminator 2: Judgment Day | True Lies | Titanic | Avatar
Directed by James "THE KING" Cameron
18-08-2019, 02:49
Stały bywalec
Liczba postów: 10,412
Liczba wątków: 11
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że zgadzam się z Waszymi zarzutami. A skojarzenie z "Romą" w czasie seansu miałem również, bo to filmy, które powstały z tych samych powodów. Wielcy, uznani reżyserzy, którzy mogą robić, co chcą uznali, że właśnie zrobią, co chcą. No i zrobili. Rozliczyli się ze swoimi światami za pomocą filmów.
Tak, jest tu pełno scen, który teoretycznie można wyciąć. Tak, nie ma to absolutnie klasycznej konstrukcji fabularnej. Całość nawet w pewnym sensie sprawia wrażenie filmu o niczym. W krytyce wszystko się zgadza. I nie ma znaczenia. Zapraszam do przeczytanie mojego tekstu, który pewnie jest niemniej pretensjonalny, co nowe dzieło QT, którego nawet w sumie nie lubię.
Tarantino opowiada swoją wersję bajki o krainie ze snów, która prawie istniała naprawdę. Prawie. Jednak zaistnieć w pełni nigdy nie miała szans, co Quentin mówi w jednym z pewnie stu metakomentarzy, w tym wypadku poprzez filmowego Steve'a McQuenna. Tarantino wyraźnie cierpi z tego powodu. Czuje wyraźną potrzebę rozliczenia się z wydarzeniami, które nie dopuściły by jego kraina ze snów mogła istnieć w rzeczywistości. Jednocześnie jednak rozumie, że pewne rzeczy stać się musiały. Problemem jest jednak sposób, w jaki do niech doszło. Tego on nie akceptuje. To go boli. No i tutaj docieram do kluczowej sprawy, bo gdy artysta cierpi, to zaczynają dziać się różne rzeczy. Czasami rzeczy wielkie.
Quentin buduje w "Once Upon..." klasyczną konstrukcję bajkową. Poza pięknym do podziwiania światem, uwaga skupiona jest na kilku bohaterach. Każdy z nich jest symbolem pewnych wartości. To typowa sytuacja w baśniach. Protagonista nr 1, to grany przez DiCaprio aktor. Aktor, który ogromnie się boi o swoją przyszłość, jednocześnie nie chcąc zmieniać za wiele w teraźniejszości. Nie ma ochoty na dalekie wyjazdy, gardzi przemianą ulubionego gatunku filmowego w jakieś - jego zdaniem - dziwadło. Natomiast na planie setnego telewizyjnego westernu, w którym mu przychodzi grać, dostaje lekcję aktorstwa od dziecka. Przemiany uderzają go z każdej strony. Nie umie sobie z nimi poradzić, nie umie stawić czoła wyzwaniom. Jego życie polega wyłącznie na patrzeniu wstecz, gdzie wbrew pozorom wielu sukcesów też nie widzi. Z nadzieją spogląda na symbolizującego wielkie zmiany młodego reżysera, który został jego sąsiadem. Jednak nawet nie próbuje go poznać. On by chciał, żeby ten go odkrył jakimś cudem sam. Ten gość to nośnik niepokoju. Lęku przed zmianami.
Protagonista nr 2, to kaskader z twarzą Brada Pitta. Gość, który ma teoretycznie wszystko w dupie. Teoretycznie. Bo tak głębiej, to człowiek kierujący się bardzo konkretnym kodeksem moralnym. Skupia się na pomocy protagoniście nr 1. I to go w pełni satysfakcjonuje. Jego misją jest przeprowadzić przyjaciela przez trudny okres przemian. On sam je bowiem bardzo dobrze znosi. Na pierwszy rzut oka nawet nie ma z nimi problemu. Bardzo twardo stąpa po ziemi, zna swoją wartość. Nie załamuje się pod ciężarem oskarżających go o różne ciężkie przewinienia spojrzeń. Umie uczciwie przyznać, kiedy zasługuje na karę. Ten bohater sobie żyje i podziwia swoją piękną krainę. Kiedy jednak dostrzega w niej potwory, to nie odwraca wzroku. Interweniuje. I będzie interweniować zawsze, kiedy nadejdzie taka potrzeba. Ta postać to symbol przyjaźni, odwagi i walki.
Trzecia na plakacie jest Margot Robbie, grająca symbol niewinności, damę w opałach i przy okazji prawdziwą aktorkę, co podbija emocjonalną stronę historii. Ona jest nowa w tej bajkowej krainie. Chce się nią cieszyć. Najlepiej w towarzystwie innych ludzi, bo w końcu na tym polega świat, do którego wskoczyła. Na wspólnej radości. I to właśnie ona symbolizuje. Radość i niewinność.
Jakby tego było mało, to nawet bajkową postać mędrca Tarantino tutaj wrzucił. Gra go sam Al Pacino. To on tłumaczy pierwszemu z głównych bohaterów, co się dzieje. On zwraca mu uwagę, że trzeba zacząć działać. To w końcu on wyśle go w podróż, która zmieni wszystko.
Nie może się to wszystko oczywiście odbyć bez postaci "tego złego". Nie ma on nawet imienia. Mignie on gdzieś tylko na chwilę. Spojrzy. Zaniepokoi i zniknie. Pociągając jednak za sznurki z odległości. Pozornie nieobecny, a jednocześnie od momentu pojawienia się rzucać będzie cień na całą krainę, już do samego końca historii.
Reżyser bardzo długo rozstawia swoje figury. Bardzo długo przedstawia też świat, w którym jego opowieść się odbywa. On chce tu być i chce, żeby widzowie też tu trochę pobyli. Pomaga mu w tym fenomenalny Robert Richardson, który przepięknie ukazuje wspaniały efekty pracy scenografów i kostiumografów. Nad wszystkim czuwa też Fred Raskin, który absolutnie nie zamierza tutaj czegokolwiek swoim montażem przyśpieszać. Jakby mówił, że na wszystko przyjdzie pora. W swoim czasie.
Walka dobra ze złem w każdej bajce być w końcu musi. Jest i w tej. Czające się na bardzo odległym planie zło jest tutaj obecne niemal od początku. Ukazywane subtelnie. Kuszące najtwardszego z bohaterów. Wreszcie nawet się z nim nieśmiało konfrontujące. Bajka jednak zanim dotrze do finału, to musi przeprowadzić drugiego z herosów przez jego wątek. Tarantino konfrontuje tutaj wreszcie swojego bohatera z jego lękami. Z koniecznością zmian. Z nieuniknionym upadkiem jego świata. Jednak upadkiem, po którym można budować, albo przynajmniej powinno się dać.
Upadek i zmiana są nieuniknione. Tarantino to rozumie. Szczęśliwe zakończenie nie oznacza, że upadek nie nastąpi. Od początku kluczowe jest tutaj coś innego. To jak nastąpi. Dlatego zło w tej historii jest tak bardzo złe. Ono nic nie zmienia. Nie wpływa na bieg wydarzeń. Ono wyłącznie niesie ból i cierpienie. To jest zło esencjonalne. Najgorsze z możliwych.
Hollywood w 1969 roku było u progu zmian. Niecały rok później "Midnight Cowboy" dostanie Oscara za najlepszy film - jako pierwszy z kategorią wiekową "dla dorosłych". Przy okazji będąc pierwszą produkcją z takim oznaczeniem wyświetloną w Białym Domu. Równolegle Peckinpah zerwany wreszcie ze smyczy kodeksu Haysa prezentuje "The Wild Bunch", Wexler wyskakuje z "Medium Cool", a Hopper zmienia pewnie świat niejednego młodego człowieka poprzez swojego "Easy Ridera". To wszystko się działo naprawdę. Nie w bajce. Klasyczne westerny odchodziły, hipisi szaleli na ulicach, rewolucja trwała na całego. To był prawdziwy świat. Tarantino z tym wszystkim się godzi. Pokazuje, że należy to akceptować. Że jak chce się w tym wszystkim pozostać, to trzeba jakoś po prostu odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Bo tak było, jest i będzie.
Tarantino nie godzi się tylko z jednym wydarzeniem. Tym, które najszybciej przychodzi do głowy, gdy mówi się o roku 1969 w Hollywood. I o tym jest jego film. O tym, że ten świat się zmienia, bo się rozwija, bo ewoluuje, bo ludzie chcą zmian. Bo ludzie żyją i też się zmieniają – czasami bezboleśnie, czasami z pomocą przyjaciół. I nie potrzebują do tego bandy zwyrodnialców, których nie da się nazywać ludźmi. To nie ich podpis powinien być pod rozdziałem historii świata pt. rewolucja w Hollywood.
Nigdy bym się nie spodziewał, że z filmu Quentina Tarantino wyjdę tak głęboko poruszony.
.
18-08-2019, 03:15
McMillan Man
Liczba postów: 6,532
Liczba wątków: 51
Fantastycznie napisane Srebrnik. Brawo, brawo!
U mnie ocena filmu rośnie z dnia na dzień, na pewno muszę go znowu zobaczyć.
18-08-2019, 14:51
Oskarmeister
Liczba postów: 6,866
Liczba wątków: 18
Również chciałem napisać, że to bardzo dobry post. Sam myślę, czy nie wybrać się ponownie we wtorek, mam cały czas ten film w głowie.
18-08-2019, 15:30
Banned
Liczba postów: 20,755
Liczba wątków: 63
(16-08-2019, 11:28)Mierzwiak napisał(a): - dawno nie widziałem filmu na którym z taką częstotliwością myślałbym "dlaczego ta scena nie została wycięta?" Pierwszy przykład jaki przychodzi mi do głowy to absolutnie beznadziejny epizod ze Stevem McQueenem i jak dla mnie, sorry, niesamowicie denna scena z Brucem Lee
Scena z Bruce'em nie została wycięta, bo w sumie to jedna z najwazniejszych scen, która opisywała Cliffa - pokazuje jaki jest, co potrafi i jak reaguje na niego środowisko.
Cytat:- nie wiem co Quentin chciał osiągnąć takim a nie innym finałem
Jak dla mnie
tak jak zabicie Hitlera było symbolicznym, filmowym, sposobem na zemste, tak tutaj mamy symboliczny, filmowy, sposob na ocalenie Tate. I tyle.
Bo film w ogole jest trochę odą do Tate.
(17-08-2019, 17:53)nawrocki napisał(a): (17-08-2019, 17:42)Krismeister napisał(a): Tak sucha, że i ja i cała sala lała ze śmiechu z perfekcyjnego naśladowania oryginalnego Bruce'a Lee.
A nie przez to, że to średniej jakości slapstick, a jak wiadomo - tego typu humor jest najłatwiejszy do przyswojenia przze większość? 
A co tam było slapstickowego? Że jeden wyrżnął drugim o drzwi? Walka była przecież poważnie nakręcona.
18-08-2019, 16:31
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-08-2019, 16:44 przez Gal Anonim.)
.
Liczba postów: 28,128
Liczba wątków: 62
Scena z Lee czemuś służy, za to jest beznadziejna. Scena z McQueenem ani niczemu nie służy ani nie jest dobra. Ok, służy temu żeby parę osób westchnęło "ooo Steve McQueen, patrz jaki podobny!"
18-08-2019, 16:48
Banned
Liczba postów: 20,755
Liczba wątków: 63
Scena z Lee nie jest beznadziejna.
#zaorane ;)
Temat można zamknąć. :P
(17-08-2019, 21:38)simek napisał(a): Ja tam doskonale potrafię wyobrazić sobie Cruise'a w roli Cliffa, zwłaszcza że on jakoś tak bardziej mi pasuje na kaskadera, a u Pitta miałem takie poczucie jakie wyraża zresztą jedna dialog: czemu z taką prezencją i charyzmą Cliff jest tylko kaskaderem?
A z Cruise'em bys tak nie mial? Bo IMO byloby to bardziej dziwne.
18-08-2019, 16:50
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-08-2019, 16:51 przez Gal Anonim.)
.
Liczba postów: 28,128
Liczba wątków: 62
Pewnie też bym miał, ale Cruise mógłby odpowiedzieć że przystojny jest, tylko mu wzrostu zabrakło żeby zostać gwiazdą.
18-08-2019, 16:57
Banned
Liczba postów: 20,755
Liczba wątków: 63
Ale w Hollywood to chyba nigdy wzrost nie był ważny. ;) No i nie wiem czy Cruise zgodzilby sie na komentarze do jego wzrostu. W przypadku Cliffa to raczej wyglada tak, jakby jemu nie zależało na byciu gwiazdą. Jest duchem, który sobie żyje ze swoim psem i jest z tego zadowolony. Widać w filmie, że on już swoje przeżył i nie potrzebuje szczególnie wrażeń.
(18-08-2019, 03:15)srebrnik napisał(a): Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że zgadzam się z Waszymi zarzutami. A skojarzenie z "Romą" w czasie seansu miałem również, bo to filmy, które powstały z tych samych powodów. Wielcy, uznani reżyserzy, którzy mogą robić, co chcą uznali, że właśnie zrobią, co chcą. No i zrobili. Rozliczyli się ze swoimi światami za pomocą filmów.
Tak, jest tu pełno scen, który teoretycznie można wyciąć. Tak, nie ma to absolutnie klasycznej konstrukcji fabularnej. Całość nawet w pewnym sensie sprawia wrażenie filmu o niczym. W krytyce wszystko się zgadza. I nie ma znaczenia. Zapraszam do przeczytanie mojego tekstu, który pewnie jest niemniej pretensjonalny, co nowe dzieło QT, którego nawet w sumie nie lubię.
Tarantino opowiada swoją wersję bajki o krainie ze snów, która prawie istniała naprawdę. Prawie. Jednak zaistnieć w pełni nigdy nie miała szans, co Quentin mówi w jednym z pewnie stu metakomentarzy, w tym wypadku poprzez filmowego Steve'a McQuenna. Tarantino wyraźnie cierpi z tego powodu. Czuje wyraźną potrzebę rozliczenia się z wydarzeniami, które nie dopuściły by jego kraina ze snów mogła istnieć w rzeczywistości. Jednocześnie jednak rozumie, że pewne rzeczy stać się musiały. Problemem jest jednak sposób, w jaki do niech doszło. Tego on nie akceptuje. To go boli. No i tutaj docieram do kluczowej sprawy, bo gdy artysta cierpi, to zaczynają dziać się różne rzeczy. Czasami rzeczy wielkie.
Quentin buduje w "Once Upon..." klasyczną konstrukcję bajkową. Poza pięknym do podziwiania światem, uwaga skupiona jest na kilku bohaterach. Każdy z nich jest symbolem pewnych wartości. To typowa sytuacja w baśniach. Protagonista nr 1, to grany przez DiCaprio aktor. Aktor, który ogromnie się boi o swoją przyszłość, jednocześnie nie chcąc zmieniać za wiele w teraźniejszości. Nie ma ochoty na dalekie wyjazdy, gardzi przemianą ulubionego gatunku filmowego w jakieś - jego zdaniem - dziwadło. Natomiast na planie setnego telewizyjnego westernu, w którym mu przychodzi grać, dostaje lekcję aktorstwa od dziecka. Przemiany uderzają go z każdej strony. Nie umie sobie z nimi poradzić, nie umie stawić czoła wyzwaniom. Jego życie polega wyłącznie na patrzeniu wstecz, gdzie wbrew pozorom wielu sukcesów też nie widzi. Z nadzieją spogląda na symbolizującego wielkie zmiany młodego reżysera, który został jego sąsiadem. Jednak nawet nie próbuje go poznać. On by chciał, żeby ten go odkrył jakimś cudem sam. Ten gość to nośnik niepokoju. Lęku przed zmianami.
Protagonista nr 2, to kaskader z twarzą Brada Pitta. Gość, który ma teoretycznie wszystko w dupie. Teoretycznie. Bo tak głębiej, to człowiek kierujący się bardzo konkretnym kodeksem moralnym. Skupia się na pomocy protagoniście nr 1. I to go w pełni satysfakcjonuje. Jego misją jest przeprowadzić przyjaciela przez trudny okres przemian. On sam je bowiem bardzo dobrze znosi. Na pierwszy rzut oka nawet nie ma z nimi problemu. Bardzo twardo stąpa po ziemi, zna swoją wartość. Nie załamuje się pod ciężarem oskarżających go o różne ciężkie przewinienia spojrzeń. Umie uczciwie przyznać, kiedy zasługuje na karę. Ten bohater sobie żyje i podziwia swoją piękną krainę. Kiedy jednak dostrzega w niej potwory, to nie odwraca wzroku. Interweniuje. I będzie interweniować zawsze, kiedy nadejdzie taka potrzeba. Ta postać to symbol przyjaźni, odwagi i walki.
Trzecia na plakacie jest Margot Robbie, grająca symbol niewinności, damę w opałach i przy okazji prawdziwą aktorkę, co podbija emocjonalną stronę historii. Ona jest nowa w tej bajkowej krainie. Chce się nią cieszyć. Najlepiej w towarzystwie innych ludzi, bo w końcu na tym polega świat, do którego wskoczyła. Na wspólnej radości. I to właśnie ona symbolizuje. Radość i niewinność.
Jakby tego było mało, to nawet bajkową postać mędrca Tarantino tutaj wrzucił. Gra go sam Al Pacino. To on tłumaczy pierwszemu z głównych bohaterów, co się dzieje. On zwraca mu uwagę, że trzeba zacząć działać. To w końcu on wyśle go w podróż, która zmieni wszystko.
Nie może się to wszystko oczywiście odbyć bez postaci "tego złego". Nie ma on nawet imienia. Mignie on gdzieś tylko na chwilę. Spojrzy. Zaniepokoi i zniknie. Pociągając jednak za sznurki z odległości. Pozornie nieobecny, a jednocześnie od momentu pojawienia się rzucać będzie cień na całą krainę, już do samego końca historii.
Reżyser bardzo długo rozstawia swoje figury. Bardzo długo przedstawia też świat, w którym jego opowieść się odbywa. On chce tu być i chce, żeby widzowie też tu trochę pobyli. Pomaga mu w tym fenomenalny Robert Richardson, który przepięknie ukazuje wspaniały efekty pracy scenografów i kostiumografów. Nad wszystkim czuwa też Fred Raskin, który absolutnie nie zamierza tutaj czegokolwiek swoim montażem przyśpieszać. Jakby mówił, że na wszystko przyjdzie pora. W swoim czasie.
Walka dobra ze złem w każdej bajce być w końcu musi. Jest i w tej. Czające się na bardzo odległym planie zło jest tutaj obecne niemal od początku. Ukazywane subtelnie. Kuszące najtwardszego z bohaterów. Wreszcie nawet się z nim nieśmiało konfrontujące. Bajka jednak zanim dotrze do finału, to musi przeprowadzić drugiego z herosów przez jego wątek. Tarantino konfrontuje tutaj wreszcie swojego bohatera z jego lękami. Z koniecznością zmian. Z nieuniknionym upadkiem jego świata. Jednak upadkiem, po którym można budować, albo przynajmniej powinno się dać.
Upadek i zmiana są nieuniknione. Tarantino to rozumie. Szczęśliwe zakończenie nie oznacza, że upadek nie nastąpi. Od początku kluczowe jest tutaj coś innego. To jak nastąpi. Dlatego zło w tej historii jest tak bardzo złe. Ono nic nie zmienia. Nie wpływa na bieg wydarzeń. Ono wyłącznie niesie ból i cierpienie. To jest zło esencjonalne. Najgorsze z możliwych.
Hollywood w 1969 roku było u progu zmian. Niecały rok później "Midnight Cowboy" dostanie Oscara za najlepszy film - jako pierwszy z kategorią wiekową "dla dorosłych". Przy okazji będąc pierwszą produkcją z takim oznaczeniem wyświetloną w Białym Domu. Równolegle Peckinpah zerwany wreszcie ze smyczy kodeksu Haysa prezentuje "The Wild Bunch", Wexler wyskakuje z "Medium Cool", a Hopper zmienia pewnie świat niejednego młodego człowieka poprzez swojego "Easy Ridera". To wszystko się działo naprawdę. Nie w bajce. Klasyczne westerny odchodziły, hipisi szaleli na ulicach, rewolucja trwała na całego. To był prawdziwy świat. Tarantino z tym wszystkim się godzi. Pokazuje, że należy to akceptować. Że jak chce się w tym wszystkim pozostać, to trzeba jakoś po prostu odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Bo tak było, jest i będzie.
Tarantino nie godzi się tylko z jednym wydarzeniem. Tym, które najszybciej przychodzi do głowy, gdy mówi się o roku 1969 w Hollywood. I o tym jest jego film. O tym, że ten świat się zmienia, bo się rozwija, bo ewoluuje, bo ludzie chcą zmian. Bo ludzie żyją i też się zmieniają – czasami bezboleśnie, czasami z pomocą przyjaciół. I nie potrzebują do tego bandy zwyrodnialców, których nie da się nazywać ludźmi. To nie ich podpis powinien być pod rozdziałem historii świata pt. rewolucja w Hollywood.
Nigdy bym się nie spodziewał, że z filmu Quentina Tarantino wyjdę tak głęboko poruszony.
Klask, klask. Bardzo ładne. Cytuje całość na wypadek jakby ktoś przypadkiem pominął :p
18-08-2019, 16:59
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-08-2019, 17:01 przez Gal Anonim.)
TermiGifiernator
Liczba postów: 11,127
Liczba wątków: 57
Srebrnik, post bardzo fajnie napisany, ale to tylko dopisywanie jakiejs filozofi do czegos czego tam nie ma, aczkolwiek napisane znakomicie. Tak wlasnie porywa sie tlumy, tobie sie udalo, Quentinowi nie.
Terminator | Aliens | Terminator 2: Judgment Day | True Lies | Titanic | Avatar
Directed by James "THE KING" Cameron
18-08-2019, 17:47
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-08-2019, 17:47 przez Danus.)
Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
Nie no, ludzie, nie popadajmy w zachwyty z byle powodu  Takie ogólniki to można o każdym filmie napisać, weźcie na warsztat Bękarty wojny i bez problemu zrobicie z tego bajkę o walce dobra ze złem i bohaterach reprezentujących jakieś wartości. (Odkrywcze  ) Jakbyś ktoś miał problem z tą interpretacją to pierwszy rozdział ma nawet tytuł "Once upon a time... in Nazi-occupied France" co jasno wskazuje na bajkowy trop. Get it?
18-08-2019, 19:25
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-08-2019, 19:30 przez Mierzwiak.)
Stały bywalec
Liczba postów: 2,733
Liczba wątków: 0
Dokładnie, tym bardziej, że QT daje do zrozumienia że to baśń raczej ciężką ręką, zaczynając od tytułu na i żyli długo i szczęśliwie (dosłownie) kończąc.
Tyle że najlepsze baśnie zazwyczaj da się przeczytać w paręnaście minut(akurat przerabiam z młodym Andersena, jestem na bieżąco), bo to sama esensja, a nie trzy godziny zapychacza
Przychylam się do jednej z wcześniejszych opinii, że zabrakło śp. Sally która ewidentnie stanowiła fantastyczną przeciwwagę dla rozbuchanego stylu Tarantino.
18-08-2019, 19:34
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-08-2019, 21:38 przez zdzichon.)
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
Cytat:Bękarty wojny i bez problemu zrobicie z tego bajkę
Ale "Bękarty" to jest baja i nie trzeba nawet uzasadniać tego obszernymi postami. Jedyną poważną postacią w tej bajce jest honorowy nazista, sierżant Werner Rachtman, któremu psychopatyczny Żyd roztrzaskuje głowę bejsbolem. Richard Sammel odtwarza tę rolę, jakby pomylił plany zdjęciowe i zamiast w totalnej głupocie grał w prawdziwym dramacie wojennym.
18-08-2019, 21:16
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-08-2019, 21:18 przez Mental.)
Stały bywalec
Liczba postów: 7,047
Liczba wątków: 61
Dokładnie o to w tej scenie przecież chodziło, aby grał maksymalnie poważnie..
18-08-2019, 21:51
Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
Jak tam obecna ocena Bękartów, Mental? 1? 0/10?
18-08-2019, 22:16
|