Daje 10/10.
バリバリ グシャグシャ バキバキ ゴクン
#Official James Francis Cameron and Christopher Johnathan James Nolan Hejter# :D
26-10-2010, 23:04
|
Public Enemies (2009)
|
|
Kolejny Mann obejrzany i tym razem to Mann doskonały. Słyszałem bardzo różne i to najczęściej nieprzychylne opinie, że obraz nie taki, że aktorzy niedobrzy, że nie ma emocji, że nuda itp. A dla mnie te "wady" są zaletami, film jest zimny bez upiększeń, nie sympatyzujemy z Dillingerem, nie sympatyzujemy z Purvisem bo nie o to chodzi, ma być realistycznie bez zbędnego balastu emocjonalnego. Aktorzy wg mnie są przekonywujący, a obawy o Deppa nie miałem, ten aktor to magnes. Do tego dodać znakomitą muzykę i zdjęcia z "mannowskim" klimatem w którym można się zakochać
Daje 10/10.
Co to jest „FIUT”? FIUT to jest skrót moich zainteresowań „Film I Uwentualnie Telewizja”
バリバリ グシャグシャ バキバキ ゴクン #Official James Francis Cameron and Christopher Johnathan James Nolan Hejter# :D 26-10-2010, 23:04
chciałem obejrzeć Pubic Enemies i dawałem radę przez blisko ponad godzinę, a potem moje wkurwienie sięgnęło zenitu i płyta wyleciała z napędu z prędkością kuli wylatującej z tommy guna.
oto doskonały przykład jak można zarżnąć film kręcąc cyfrówką, bo Wrogowie Publiczni przypominają Ojca Mateusza i patrzyć na to po pewnym czasie już nie mogłem. przez cyfrę każda scena została pozbawiona klimatu i atmosfery, a każda strzelanina, każda scena akcji w tym filmie wygląda totalnie bezjajecznie. k#$%a mać, totalny teatr telewizji. i zdzierżyć nie mogę, że Mann skręcił coś co nawet w drobnym stopniu nie zaangażowało mnie emocjonalnie. oglądanie Wrogów Publicznych przypomina seans jakiegoś ciulowego romansidła z koleżanką. po prostu mam w dupie jak to się skończy, byle skończyło się szybko. dawno mnie żaden film nie doprowadził do takiej nerwicy. odpuścić przykry komentarz mógłbym amatorom, ale nie twórcy z taką renomą. byle dokument z Polsat Crime wciąga bardziej niż to coś. 30-08-2012, 01:48 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-08-2012, 01:50 przez MauZ.) Cytat:k#$%a mać, totalny teatr telewizji.Jak ja nienawidzę tego określenia. Za oknem na ulicy też masz teatr telewizji w takim razie. I w teatrze masz teatr telewizji. I w telewizji masz teatr telewizji. I w kinie masz teatr telewizji. Istnieje tylko teatr telewizji. Rzeczywistość to iluzja. Istnieje tylko teatr telewizji. 30-08-2012, 10:27
Mniejsza o semantykę - filmy kręcone taką ewidentną cyfrówką wyglądają hooyowo. U Manna aż tak bardzo mi to nie przeszkadza, bo facet wie, do czego wykorzystać taki efekt, ale generalnie nie idę do kina po to, żeby patrzeć na świat tak samo, jak po wyjrzeniu przez okno.
30-08-2012, 10:29
Nie wiem, może jestem jakiś dziwny, ale cyfrowe zdjęcia to dla mnie jedna z największych zalet PE, jaki i innych filmów Manna kręconych w ten sposób - chociaż potrzebowałem kilku seansów, żeby zdać sobie z tego sprawę.
https://www.filmweb.pl/user/Nawrocki/activity
https://letterboxd.com/nawrocki/list/best-movies-of-2020s/ https://letterboxd.com/nawrocki/list/2024-movies/ 30-08-2012, 10:36
nawrocki, ja też jestem więc dziwny. Mann doskonale wie, jak pokazać wydarzenia, by były fascynujące dla widza - ostre, cyfrowe zdjęcia według mnie bardziej w tym pomagają, niż przeszkadzają. Teatru telewizji nie oglądam (w sumie to w ogóle telewizji nie oglądam), to i nie mam zbyt dokładnego porównania.
A film chyba sobie obejrzę wieczorkiem. 30-08-2012, 11:27
PE Mannowi zwyczajnie wymknęło się spod kontroli, a cyfra miała w tym akurat najmniejszy udział. Chłop się chyba pogubił w tym co chciał opowiedzieć. PE nie działa jako historia Dillingera, bo całość jest nie angażująca i chłodna. Film zupełnie nie sprawdza się również jako portret Ameryki tamtych czasów, a wystarczy przeczytać pierwszy lepszy przedpremierowy wywiad z Mannem, by zobaczyć, że przedstawienie zmian w Stanach jakie nastąpiły po powstaniu FBI, było jednym z głównych powodów dla których w ogóle zabrał się za tę historię.
Tematyka PE to ewidentnie Mannowski konik, coś co idealnie wpisuje się w jego filmowe zainteresowania. W końcu przedstawianie kawałków jankeskiej historii za pomocą sensacji i dramatów, to chyba coś na czym zna się jak nikt inny w holly. Jeżeli dodać do tego jego reputację reżysera, który zawsze na maksa wgryza się w wybraną tematykę i nie pomija żadnego detalu, to można było się spodziewać po PE wiele. Lub przynajmniej tego, że film będzie opowiadać więcej niż może się wydawać po pierwszym obejrzeniu. I ta cała otoczka Manna, trzymała się ze mną jeszcze jakiś czas po premierze. Bo oglądając PE, od samego początku miałem wrażenie, że coś jest nie tak, ale byłem gotów dać filmowi przywilej wątpliwości "bo to Mann". Myślałem, że to ja czegoś nie czaję, że nie widzę klucza potrzebnego do odbioru tej opowieści. Ale ten film tak naprawdę, nie jest nawet w połowie tak dobrze przemyślany, jak można było się spodziewać. Śmieszne są te liczne analizy, których wysypało po premierze, skupiające się na każdym, najmniejszym detalu scenariusza, dopisując szczegółom dodatkowe znaczenie i historyczny kontekst, chyba tylko na zasadzie "bo Mann na pewno by o tym pomyślał". Praktycznie wszystko to o czym MM naopowiadał się przed premierą, jest w filmie jedynie liźnięte, lub w ogóle nie odczuwalne. Zupełnie nie czaję też argumentów w rodzaju "emocji nie ma, ale jest mega chłodno i realistycznie więc 10/10". WTF? Brak emocji, to nie jest szczegół który można zignorować, na rzecz większego realizmu, zwłaszcza, że prawie całe to pieprzenie o autentyczności PE, można spokojnie o kant tyłka rozbić. By niby w jaki sposób ten film jest bardziej "realistyczny" od reszty filmografii Manna? Wszystko tak naprawdę sprowadza się do tego, że Mann użył tutaj cyfry i nie bawił się w nadmierną stylizację, that's it. Przyznaję, że cyfrowe zdjęcia sprawiają , że niektóre sceny wyglądają bardziej "realnie", a całość nabiera dokumentalnej otoczki, ale to i tak są tylko wizualia. Nie ma tutaj mowy o żadnym wyjątkowym, oryginalnym mega realizmie, który chwyta widza i wrzuca w sam środek lat trzydziestych. Ludzie piszą, że Mann w PE nie ocenia, a jedynie przedstawia. W Gorączce tez nie oceniał ani Mcculeya ani Vicenta, a mimo tego klimatem i emocjami Heat zjada PE na śniadanie. W ogóle filmy Manna zawsze były realistyczne, a mimo tego posiadały mocny klimat i swoja własna stylistykę, czego najlepszym przykładem jest chociażby MV. Przyznaję, że osobiście podoba mi się, to odrobinę bardziej "dokumentalne" podejście do lat trzydziestych w PE, ale w żaden sposób nie rekompensuje to kulejącej dramaturgii. Do tego wydaje się, że sam powód dla którego Mann wybrał cyfrę i tak chłodne podejście do narracji -chęć autentycznego przedstawienia kawałka amerykańskiej historii, gdzieś się w tym wszystkim zatracił. Pod sam koniec PE, scena zabójstwa Johna na ulicy przed kinem, przynosi ze sobą niespodziewany przypływ emocji i stylizacji. Wygląda to jak poruszające zamknięcie jakiejś przejmującej i dramatycznej drogi słynnego gangstera. Jednak oglądając, odczuwa się dysonans pomiędzy tą sceną, a resztą filmu. Wszystko co w PE miało miejsce przed tym momentem, nie zapracowało na taki finał, nie podbudowało go odpowiednio, przez co najbardziej emocjonujący fragment filmu, pasował do reszty jak pięść do nosa. To nie jest zły film. Nadal jest w nim mnóstwo Mannowskich elementów, świetna muzyka, rewelacyjne zdjęcia i aktorstwo. Kiepski Mann, jest wciąż interesujący. A sama cyfra osobiście bardzo mi pasi. Może i nie chciałbym by większość filmów tak wyglądała, ale w rękach Manna, mogę coś takiego od czasu do czasu z przyjemnością obejrzeć. Wcześniej ktoś wspomniał o prezentacji scen akcji w PE. Moim zdaniem to właśnie one najbardziej korzystają z cyfry i zyskują na całej tej autentyczności. Błysk ognia lufowego Thompsonów, jeszcze nigdy nie wyglądał tak dobrze. Nie wiem, jest coś w tym całym stonowanym i realistycznym podejściu Manna do broni palnej, przez co jej użycie na ekranie wywołuje większe wrażenie, niż w przypadku typowej hollywoodzkiej pirotechniki.
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
31-08-2012, 05:18 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-08-2012, 07:52 przez Proteus.)
Mann specjalista od przedstawiania jankskiej historii za pomocą sensacji i dramatów? Szczerze mówiąc nie kumam skąd takie spostrzeżenie. Nie licząc PE i mohikanina, Mann z reguły abstrahowal od kontekstow historycznych czy nawet społecznych. Co innego Scorsese czy Leone.
31-08-2012, 22:25
Informator mógłby się wydarzyć w każdym miejscu na ziemi, więc nie wiem co ma do "amerykańskiej historii".
Ali - tu już cieplej, bo w tle przewijają się kluczowe dla USA wydarzenia ostatnich 40 lat, ale znowu - nie jest to jakaś analiza czy "publicystyczne" spojrzenie, a jedynie dobre tło, bo "sucha" biografia byłaby nudziarstwem. 31-08-2012, 22:39 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-08-2012, 22:40 przez Mental.)
Piramidy finansowe działają zapewne odkąd wymyślono pieniądze, więc komentarz do współczesnej Polski polegałby chyba na tym, że mieszkają tutaj ludzie pazerni, którzy się na to nabierają. No i może jeszcze to, że prokuratury działają jak chcą, ale to nie jest problem tylko polski.
Za cholerę Mann nie przedstawia historii USA za pomocą swoich fabuł, wprost przeciwnie - opowiada o konkretnych osobach, a wydarzenia historyczne są tylko tłem, bo nazwać je katalizatorem działań bohaterów to też ciężko, chociaż się zdarza. 01-09-2012, 13:33 Cytat:Za cholerę Mann nie przedstawia historii USA za pomocą swoich fabuł, wprost przeciwnie - opowiada o konkretnych osobach, a wydarzenia historyczne są tylko tłem, bo nazwać je katalizatorem działań bohaterów to też ciężko, chociaż się zdarza. O czym opowiada Mann, wyjaśnił Matt Zoller w genialnym Lifetime subscriptions: Michael Mann's honor-bound individualists i nic nie da się już do tego dodać. A katalizatorem działań bohaterów Manna są sami bohaterowie - oni podejmują decyzje i oni ponoszą odpowiedzialność. Mann robi filmy o indywidualistach, a nie dupkach zwalających winę na historie/społeczeństwo i mających pretensje do świata, że im się w życiu nie powidło. Mann nie wybrał biografii Aliego bez powodu - Ali był skrajnym indywidualistą, który wywiadach orał białych demoliberalnych ciulików, recytujących wyuczone z New York Timesa liberalne farmazony: 01-09-2012, 21:46 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-09-2012, 21:47 przez Mental.)
Nie miałem na myśli żadnej wnikliwej analizy, czy jakiegoś łopatologicznego wbijania do głowy, historycznego i społecznego kontekstu, ze strony Manna. U niego i tak sprowadza się to wszystko do tła, a bohater jest najważniejszy - oczywista oczywistość.
Ale jednak to tło zawsze jest w jakiś sposób wyczuwalne. Czasami nakreślone mocniej, czasami lżej, a czasami na zasadzie "nie zaczaiłbyś tego motywu, gdyby twórcy nie wytknęli go w dodatkach specjalnych". Ale jest. Let me rephrase. Chodziło mi nie tyle o sam kontekst hist czy społ (bo nie jest on widoczny w każdym jego filmie), ale bardziej o to, że Mann zawsze maksymalnie wgryza się w wybrany temat. Przedstawia tych wszystkich gangsterów, hitmanów, złodziei i chce o nich powiedzieć jak najwięcej, bo zna się na tym jak nikt inny w holly. Pokazuje życie tych twardzieli ze szczegółami, co często prowadzi do do wzięcia na warsztat również ich otoczenia i przejawia się różnie w zależności od danej opowieści. Jego filmy wypełnione są smaczkami, w każdym kadrze czuć, że facet wie o czym mówi. Dlatego pisałem, że PE tak dobrze się zapowiadało przed premierą. Bo to naprawdę wyglądało na potencjalne opus magnum Manna. W jego rękach z historii Dillingera i wszystkiego co się z nią wiązało, mógł wyjść przezajebisty film. Przedstawienie biografii fascynującego faceta, idealnie wpisującą się w Mannowski - za przeproszeniem - "męski etos", plus do tego cholernie ciekawy wycinek Amerykańskiej historii w tle. Obydwie rzeczy nakręcające się nawzajem. Jednak ani jedno ani drugie, nie do końca mu wyszły w PE. Nie żeby historia Diligera była nieciekawa, ale w porównaniu z resztą filmografii Manna, całość jest trochę bezjajeczna. Kontekst historyczny też się gdzieś w tym wszystkim zgubił i jest nieczytelny. Zwłaszcza jeżeli oceniać przez pryzmat tych wszystkich zmian jakie miały miejsce w US and A, do których Mann chciał nawiązać i o których namiętnie opowiadał w wywiadach. Po prostu historia PE była soczysta, wyglądała jak szyta na miarę dla Manna i mogła być czymś naprawdę rewelacyjnym, biorąc pod uwagę to jak zazwyczaj podchodzi on do tematyki w tym tonie. Tak więc wspominając w poprzednim poście o jankeskiej historii, chodziło mi raczej o pieczołowitość z jaką Mann podchodzi do filmów i biografii swoich bohaterów oraz jak potencjalnie zajebistym filmem mogło to zaowocować w przypadku PE. (01-09-2012, 21:46)Mental napisał(a): A katalizatorem działań bohaterów Manna są sami bohaterowie (31-08-2012, 22:39)Mental napisał(a): a jedynie dobre tło, bo "sucha" biografia byłaby nudziarstwem.Nie pisałem o żadnym "publicystycznym" spojrzeniu czy wnikliwej analizie. Jedynie dobre tło, tak jak piszesz. Choć akurat w PE był potencjał na nieco więcej. Biografia Dillingera i kontekst społ, te dwie rzeczy po części wynikały jedna z drugiej i obydwie można było dobrze nakreślić. Tak przy okazji Mental, jestem ciekaw co dokładnie w PE, nie podeszło Ci z perspektywy czasu.
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
01-09-2012, 22:22 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-09-2012, 23:43 przez Proteus.) Cytat:Choć akurat w PE był potencjał na nieco więcej. Biografia Dillingera i kontekst społ, te dwie rzeczy po części wynikały jedna z drugiej i obydwie można było dobrze nakreślić. Zgadzam się. Zwłaszcza że nie byłoby Dillingera, gdyby nie prohibicja, a gdyby nie Dillinger, nie byłoby FBI. I dalej: gdyby nie prohibicja i Dillinger, nie byłoby pierwszego powszechnego ograniczenia dostępu do broni palnej (National Firearms Act of 1934) i tak dalej. Więc masz całkowita rację - w przypadku PE jak na ironię tła historycznego brakuje. Cytat:Tak przy okazji Mental, jestem ciekaw co dokładnie w PE, nie podeszło Ci z perspektywy czasu. 1. konwencjonalne podejście do postaci głównego antagonisty (w postaci Dillingera nic nie zaskakuje ani na plus, ani na minus); 2. wyczuwalny sentymentalizm w scenach, gdzie powinna być krwawa orka na zimno; 3. niewykorzystane postacie teksańskich stróżów prawa; 4. zauważalny brak brutalności, mało krwi, nienaturalne dialogi z minimalną liczbą bluzgów (film wygląda trochę tak, jakby go kręcili pod pg13 i w ostatniej chwili zdecydowali się na R); 5. jechanie na schematach znanych z poprzednich filmów Manna, ogólna odtwórczość; 6. ZA MAŁO EPY 01-09-2012, 23:46
Tym bardziej ciekawa w kontekście opisanych przez was braków byłaby wersja rozszerzona, o której mówiło się w okolicach premiery, a potem ani widu ani słychu - albo nie powstała, albo nie ma planów jej publikować(nie mogę wciąż zapomnieć o trzygodzinnej wersji Czarnej Dali, o której, jako o niezłym filmie wspominał James Elroy). Wielka szkoda, bo chyba wszyscy przyznacie, że dodatkowe 30-40 minut mogłoby zdziałać cuda.
02-09-2012, 00:07 |
| Podobne wątki | |||||
| Wątek: | Autor | Odpowiedzi: | Wyświetleń: | Ostatni post | |
| Public Enemies (2009) | Mental | 661 | 90,987 |
17-07-2009, 00:29 Ostatni post: Glut |
|
| Użytkownicy przeglądający ten wątek: |
| 1 gości |