Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
o ja cie krece, co za... belkotliwie ekstrawagancki film. tu juz nawet nie chodzi o to, ze nie lubie oniryzmow (bo wcale tak nie jest, ze nie lubie - Paparhouse uwielbiam i doceniam, Donnie Darko tez byl spoko). po prostu ST odbieram w kategoriach przegiecia paly na calej linii. jedynie The Rock daje rade - jest tak drewniany i nawoskowany, ze patrzenie na niego sprawialo mi nieklamana radoche podziwiania w ruchu utykajace kukly. fajowa jest scena, w ktorej przedstawia zarys scenariusza - naprawde solidnie sie usmialem.
czy ja napisalem, ze The Rock daje rade? no dobra, niech bedzie, ze daje, ale tylko wtedy, kiedy nie musi grac, bo juz na przyklad jego wymagajaca szczatkowych zdolnosci aktorskich metamorfoza z Boxera Santarosa w Jericho Cane'a to lipa jakich malo. teatralne miny majace sugerowac... zreszta... o czym tu gadac? przeciez to plastikowy Krol Skorpion w jednej z glownych rol.
swiat przedstawiony ST - sorry za ten nagly przeskok - stanowi bezczelny miks odpustowego budzetu i scenicznej umownosci. panstwo policyjne w wydaniu Kelleya traci kpina: niby w przechadzajacych sie po plazy w Santa Monica "turystow" permanentnie celuja rzadowi snajperzy, a jednak nie przeszkadza to ludziom chodzic z pieskami na spacery i organizowac pol-jawnych marksistowskich wiecow. ale wiecie co? ja chyba nie zajarzylem konwencji. jakkolwiek by nie bylo, jedno jest pewne ponad wszelka watpliwosc: Southland Tales to dzielo postmodernistyczne w kazdym calu i kazdej sekundzie: nagromadzenie potencjalnie wypasionych cytatow i aktorskich wolt zajezdza tak niewyobrazalnie pretensjonalna taniocha, ze leb peka w szwach. o fabule nie wspominam, bo jej poziom zagmatwania i wielowatkowosci przerasta moje skromne zdolnosci kojarzenia.
albo powspominam: jest kilka watkow, ktore krzyzuja sie na rozne fikusne sposoby. mamy wiec motyw III wojny swiatowej (swietna czolowka), mamy grupe naukowcow-szarlatanow, wynajdujaca zrodlo nieskonczonej energii, mamy gwiazde wrestlingu z amnezja, ktora budzi sie na srodku pustyni, wraca do domu i probuje nakrecic film do spolki z gwiazeczka porno, niejaka Krysta Now, mamy tez knyf z Neo-Marksistami porywajacymi policjanta i w jego miejsca podstawiajacymi innego policjanta, blizniaczo podobnego do policjanta poprzedniego (w obydwu rolach czlowiek o chronicznie kretynskim grymasie twarzy - Steve Stifler), otoczke zas calej historii tworzy konflikt miedzy Neo-Marksistami, korporacja Barona Von Westphalena i US-Identem (firma, ktorej prezesuje demoniczna zona senatora)... juz widze te gre interpretacji, jaka rozgorzeje wsrod wyznawcow rezysera Donniego: beda rozciagac jego Southland Tales na prokrustowym lozu gotowego systemu i doszukiwac sie w nim filmowej inscenizacji wlasnej wydumanej tezy. czysta postmoderna.
powiem tak: jesli kogos rajcuje taki kogel-mogel, to ok, nie wnikam. dla mnie to nic wiecej jak tylko deliryczne majaki ujaranego ziolem rezysera. na plus zaliczam klimatowa jak zawsze muzyczke Moby'ego i wspomniany epizodzik The Rocka. reszte zostawiam do rozgryzienia koneserom.
P.S.
w filmie gra amerykanski raper i ex-czlonek boysbandu Justin Timberlake. nie wypada najgorzej. powiedzialbym wrecz, ze jest najjasniejszym (obok The Rocka) punktem obsady. przypadla mu w udziale zaszczytna rola "ducha" opowiesci - siedzac za sterami mega wypas dzialka przeciwlotniczego Justin 'N Sync Timberlake calkiem gawedziarskim glosem opowiada o wydarzeniachi i wywiazuje sie z powierzonego zadania przyzwoicie.
06-05-2008, 02:04