Byłem w kinie na tym "Ballad of Songbirds and Snakes"
Film jest podzielony na 3 rozdziały, z czego pierwsze dwa są... zaskakująco niezłe.
Tom Blyth wyciska ze swojej roli (młodego Snowa) ile się tylko da, niesie ten film na swoich barkach. Rachel Ziegler, po tym wszystkim złym co o niej słyszałem jest... znośna, nie pomaga filmowi, nie przeszkadza, wypada płytko w porównaniu do Jennifer Lawrence, ale też ma mniejszą rolę. Lepiej śpiewa.
Niemniej świat jest całkiem intrygujący, poznanie historii przyszłego dyktatora, jakkolwiek zbędne, dobrze się ogląda.
Sceny akcji są dobrze nakręcone, względnie emocjonujące, podparte dobrą muzyką.
Poszedłem na ten film bo dziewczyna chciała (oglądaliśmy razem całą serię Igrzysk, ona jest fanką książek), miałem niskie oczekiwania, a byłem pozytywnie zaskoczony.
I wtedy pojawia się nieszczęsny trzeci rozdział. Zaczyna się normalnie, a potem bardzo szybko spada równią pochyłą na samo dno.
Kompletny chaos, gonitwa na oślep do finału, próba związania wątków i dłuższej historii przeskakując urywkami scen...
Napisanymi chyba na kolanie przez twórców 8 sezonu Gry o Tron, bo nijak się to żadnej logiki nie trzyma.
Ostatnie sceny relacji/romansu Snowa z Rachel Ziegler są tak bezsensowne, jak wyjęte ze scenariusza Tommy'ego Wiseau.
Niemniej, nie dlatego piszę o tym filmie x czasu po premierze, bo w skali Jeremy'ego Jahnsa to film do zapomnienia po paru dniach.
Oglądam właśnie sceny Prezydenta Snowa z serii Igrzysk Śmierci (lubię czasem oglądać urywki różnych filmów, które już widziałem - raz dla aktorstwa, dwa dla komentarzy na youtubie)
i naszło mnie czego najbardziej w tym filmie brakowało.
Seria "The Hunger Games" mimo całej hollywoodzkiej i błahej otoczki, była zaskakująco... dojrzała i realistyczna.
Można to było przeoczyć oglądając areny przypominające momentami Jumanji, ale gdy seria schodziła na ziemię była bardzo na czasie.
Absurdalna wizja świata okazywała się jak najbardziej możliwa - na pewno pomógł design świata bazowany na książce, bogactwo szczegółów, zarys społeczeństwa i aktorzy.
Ale na dobrą sprawę większość zasługi można przypisać jednemu aktorowi. Tak jak Anthony Hopkins uczynił Westworld wiarygodnym w swoich fe-no-me-nal-nych dialogach,
tak tutaj Donald Sutherland odwalił aktorstwo o kilka poprzeczek wyższe od całego filmu. W całej serii był tylko przez 20 minut, a był dominującą obecnością w każdej scenie.
A przede wszystkim - był w pełni realistyczny, jak dyktator z prawdziwego świata.
Co więc zrobili twórcy prequela - "Ballady ptaków i węży"?
Uczynili przywódcami świata - i shit you not - zapijaczonego karłowatego profesora Petera Dinklage'a, i szarżującą jak w horrorze klasy B szaloną naukowiec
Zła do szpiku kości, eksperymentująca na ludziach, zasypująca arenę kilkoma tonami węży, przy każdym jej monologu brakowało tylko piorunów w tle (raz chyba nawet były).
To tyle z realizmu świata przedstawionego.