The Wire
Kto narzeka, ten narzeka. Ja uważam, że w "The Wire" słabych ról nie ma.
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
5 sezonów, 60 odcinków w 8 dni. Podtrzymuję swoją poprzednią opinię, że jest to jedna z najlepszych rzeczy, którymi uraczyła nas w swojej historii telewizja.

Ten serial NIE MA słabych punktów (tyci minusik za Brata Mouzone'a). Wszystkie te drobnostki, które momentami mi przeszkadzały po prostu przestają mieć jakiekolwiek znaczenie po obejrzeniu całości, a scenarzystom powinno się postawić pomnik w każdym większym mieście.

Co do konkretnych sezonów, to jeszcze będę musiał ochłonąć, żeby wskazać swoje ulubione, bo jak na razie nie potrafię. Na początku psioczyłem trochę na 2, ale to on chyba najbardziej wrył mi się w pamięć. Jeśli chodzi o ulubione sceny, to jest ich całe mnóstwo. Mój number uno to ta z 7 odcinka sezonu 3, kiedy Bubbles przechadza się nocą po Hamsterdamie - poezja. Nie ma co wskazywać ulubionego bohatera, bo wszyscy są napisani po mistrzowsku i tak samo zagrani (tak - nawet Faison mnie do siebie przekonał).

"The Wire" to także pierwszy serial podczas którego zacząłem zwracać uwagę na osobę reżysera i z moich niedokładnych obliczeń mogę powiedzieć, że najbardziej podobały mi się epizody wyreżyserowane przez Joe Chappelle'a i Elodie Keene. Agnieszka Holland dała mi za to chyba najzabawniejszy odcinek (4x8).

Podsumowując - Arcydzieło do którego z pewnością jeszcze nie raz wrócę.

Odpowiedz
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=-Sgj78QG9Bg[/youtube]

Ale czad. Spoilery.
Bodie: He's a cold motherfucker.
Poot: It's a cold world Bodie.
Bodie: Thought you said it was getting warmer.
Poot: The world goin' one way, people another yo'.

Odpowiedz
najbardziej zarąbiste spojlery ever.

Odpowiedz
Zacząłem oglądać. Teraz już na poważnie i z odpowiednim nastawieniem. Za pierwszy odcinek brałem się już w sumie 3 razy i jak popatrzyłem jakie głupoty pieprzyłem na pierwszej stronie tematu to mi wstyd :cry: No ale młody był człowiek, głupi to mógł nie docenić.

Teraz jestem po 5 odcinkach i jest masakrycznie dobrze - oczywiście wszystko się dopiero rozkręca, więc scenariusza nijak nie można póki co docenić, ale postaci, dialogi i reżyseria, zwłaszcza reżyseria to mistrzostwo świata. Ulubione sceny, na podstawie których podręczniki można pisać:
-D'Angelo uczący grać swoich ziomków w szachy
-Felerny, nocny wypad trójki policjantów na blokowiska, szczególnie krótki, ale niezwykle intensywny moment, gdy do funkcjonariuszy padają strzały i latają butelki - koszt tej sceny to pewnie parę dolców, a emocje sporo większe niż w większości znanych mi strzelanin.
-McNulty i Bunk na miejscu zabójstwa czarnej dziewczyny - trzeba niesamowitego wyczucia, żeby w takiej, nieczęstej sytuacji myśli widza podążały dokładnie tam, gdzie myśli bohaterów, żeby miał wrażenie, że wymyślił coś dokładnie wtedy co oni. Genialnie nakręcona scena, brawa też dla aktorów. Dodatkowy atut, to, że nie pada w niej żadne inne słowo oprócz "fuck" i "motherfucker" :razz:

Odpowiedz
Wymieniłeś chyba najlepsze sceny pierwszego sezonu, może poza ostatnimi sześcioma minutami finału.

Odpowiedz
Buuu, to chcesz mi powiedzieć, że przez następne parę odcinków nie trafię już na takie perełki :(

Odpowiedz
Prawda taka że te sceny najlepiej zapamiętałem.. Nie ma się co martwić, Bodie będzie wymiatał, a końcowa scena finału (MUZA!) jest przewspaniała, widziałem ją z 10 razy spokojnie.
Ja właśnie skończyłem 4 sezon i nie mam nic więcej do powiedzenia poza tym że jeśli 5 sezon utrzyma poziom, Six Feet Under schodzi z zaszczytnego miejsca 1 pośród produkcji HBO.

Odpowiedz
Dbałość o szczegóły rozwala - krakowski Rynek Główny na ścianie u Sobotki.
[Obrazek: sobotka.th.jpg]
Tak dla formalności napiszę, że póki co mistrzostwo świata.

Odpowiedz
Ja powtarzam całość pierwszy raz. Zaczynam właśnie trzeci sezon i tak jak Simka, rozwala mnie właśnie dbałość o szczegóły. Ale nie ta detaliczna, tylko ta związana z przedstawieniem świata. Doskonale ilustrował to odcinek, gdzie Bubbles tłumaczył Sydnorowi (który z kolei sądził, że wystarczy nie myć się dwa dni, a golić cztery) i reszcie jak powinien wyglądać narkus z osiedla. Także cieszy fakt, że nikt z głównej policyjnej ekipy przez cały serial nie wystrzelił ani razu z broni (no, prawie nikt ;)). True police work.
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
Takie pytanko do tych, którzy oglądali, albo oglądają właśnie po raz drugi. Czy w pierwszym sezonie idzie domyślić się, że
? Pewnie było jakieś chociażby drobne ujęcie, jakieś zachowanie Carvera, które o tym świadczyło, ale trzeba albo to wiedzieć, albo maksymalnie uważnie oglądać. Było coś takiego?

Odpowiedz
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
"The Wire" jest jak życie. Szare, bure, dołujące, na każdym kroku sprowadzające czarnucha na ziemię. Ale też jednak czasami daje nadzieję na lepsze jutro i pozwoli się uśmiechnąć. Najlepsza humorystyczna scena?
Zaiste najlepsze dzieło powstałe za pomocą kamery. Nigdy więcej nie będę czekał tyle czasu z powtórką całości.

50/10
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
"I'm in a world of shit... yes. But I am alive. And I am not afraid"

Odpowiedz
Skończyłem 4. chyba najlepszy z dotychczasowych sezonów. Tyle wystarczy, żeby uznać to dzieło za najwybitniejszy serial w historii. Najlepszy, najmądrzejszy, ale ulubiony i tak pozostanie SFU. Powiedzcie, czy 5. sezon kończy się tak samo jak wszystkie poprzednie(parominutowa sekwencja podsumowująca całe śledztwo z cool muzyką w tle), czy czuć różnicę? W sensie, czy kończy się sezon, czy cały serial?

Odpowiedz
Simek, po co to beznadziejne pytanie? Przeciez, jak mniemam, po skonczeniu czwartego, zabierzesz sie za piaty sezon? No to jak sie zabierzesz, to sie dowiesz. ;)

Odpowiedz
Będę szybciej oglądał jeśli jakoś zajebiście się kończy :razz:

Odpowiedz
Pomiatał mną ten serial bite pięć sezonów. Odpuszczę sobie daremne wybieranie, która seria jest najlepsza, a która najgorsza, zostawiam takie praktyki na seriale nierówne, mające coś do powiedzenia od święta. Prawo ulicy zamiata widza niezależnie od tego, czy pokazuje ulice, szkołę, politykę czy komisariaty. Każdy sezon pokazuje coś, co obnaża zgniliznę, stęchliznę i zepsucie na wszystkich piętrach społecznej piramidy – i przy tym serial jest odważny, szczery i cięty jak ostatni mutherfucker. Nie mam siły wybierać nawet najlepszych elementów, bo składowe są tu małymi arcydziełami samymi w sobie. Począwszy od genialnych portretów wszystkich bohaterów, nawet tych drugoplanowych, przez dialogi, które zachowują naturalność na poziomie wręcz niespotykanym, stronę techniczną (surowa forma pełna jednak ujęć-smaczków, jak lubię je nazywać), a na konsekwencji w budowaniu świata Baltimore skończywszy. Tu warto zatrzymać się na chwilę, bo mając za sobą pięć serii połkniętych w trzy tygodnie, szczególnie ta konsekwencja właśnie rzuciła mi się w oczy. Twórcy potrafią w jednym sezonie zaakcentować jakieś nieistotne gówno fabularne, by wyciągnąć je kompletnym epizodem dwie serie dalej.
To co jednak czyni ten serial absolutnie genialnym, to jego puenty zawarte w najlepiej skonstruowanych finałach serialowych, jakie dane mi było oglądać. To jedyne sekwencje opatrzone muzyką inną, niż źródłowa, zresztą zawsze mistrzowsko dobraną. W kilkuminutowych teledyskach serwuje się nam obrazy przejmujące, zabawne, wzruszające, wkurwiające, wybornie zmontowane. Mój faworyt to epilog czwartej serii. Po tym jak na początku sezonu przedstawia się nam dość przewidywalną w swym składzie grupkę małolatów, wyrabiamy sobie już pewien pogląd co się z nimi stanie na koniec. Ale w The Wire takie rzeczy jak „filmowe rozwiązanie” nie mają miejsca. Tutaj rządzi rzeczywistość, a to potrafi rozpieprzyć światopogląd jednym celnym pierdolnięciem w samo sedno.
Tragedia, machlojstwo, nieudolność, dobre chęci bez szans na realizację i ogólne świństwo ludzkie jakimi toczy się fabuła Prawa ulicy jest bliska prawdy tak bardzo, że po seansie tylko bezduszne złamasy i nieuważnie oglądający kretyni mogą wyjść bez żadnego piętna na świadomości. Lektura obowiązkowa.
Nic paskudniejszego iż gdy pierwszy przybywający gość snuje się i nie wie, co ma począć, a jego ślubna megiera szeptem wierci mu dziurę w brzuchu za to, że przyjechali za wcześnie.

BezSzans - Kampania społeczna

Odpowiedz
don Bubas napisał(a):dobre chęci bez szans na realizację
Niezwykle podoba mi się scena z finałowego odcinka 4. sezonu gdy Carv z bólem serca oddaje dzieciaka do schroniska:
-It's okay
-What?
-You tried. No need feel bad. Thanks.

Niby banał, ale po TAKICH czterech sezonach ta prościutka scena ma niesamowitą siłę i ładunek emocjonalny. Pamiętacie Lot nad kukułczym gniazdem i McMurphy'ego próbującego bezsensownie podnieść jakąś ciężką umywalkę? Chodzi dokładnie o to samo, tylko w Kablu trzysta razy lepiej zrobione i uzasadnione.

Odpowiedz
don Bubas, pięknie napisane. Nic dodać, nic ująć. Tylko spoilery oznacz. : )
Bodie: He's a cold motherfucker.
Poot: It's a cold world Bodie.
Bodie: Thought you said it was getting warmer.
Poot: The world goin' one way, people another yo'.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości