Gdzieś tu jest temat "Pamiętne uśmiechy", a jakie są wasze ulubione sceny śmiechu? Śmiać się można na różne sposoby, może to być chichot, rechot, rżenie, gulgotanie czy jakieś niezidentyfikowane opętańcze odgłosy. Śmiech może być wyrazem radości lub przeciwnie, rozpaczy. Może zarażać wesołością albo przerażać demonicznością. Co pamiętacie, co lubicie, jakie filmowe śmiechy zrobiły na was największe wrażenie? Postarajmy się nie robić wyliczanki najsłynniejszych rechotów, tylko zapodawać te, co do których mamy jakieś osobiste uwagi. Moje ulubione trzy, jak widać, są to sceny, przy których gęba się szczerzy od ucha do ucha:
Robert De Niro w Przylądku strachu – gdyby była kategoria Oscarów "najlepsza półminutowa scena", on musiałby bezapelacyjnie zdobyć nagrodę. Niewiarygodny popis ekranowego szaleństwa, przy którym nie sposób zachować powagi.
Crispin Glover w Powrocie do przyszłości – mała rzecz, a cieszy, smuci natomiast fakt, że tego absurdalnie głupkowatego rechotu są w filmie bodaj tylko dwie sceny. Ja leję przy tym od dzieciństwa i zawsze czekam na te właśnie momenty.
Tom Hanks w Skarbonce – kolejne ekranowe szaleństwo, tyle że w innym stylu. Mieszanina śmiechu i wycia, desperacji i wariactwa, która udowadnia, że Hanks już wtedy wielkim aktorem był.
Jako polski akcent wyróżniam Leona Niemczyka w C.K. Dezerterach – jego żandarm i rechot zakończony dobitnym Ruhe!!! to perełka naszego kina. :)