![]() |
|
Bondy sprzed ery Craiga - Wersja do druku +- Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe (https://forumkmf.pl) +-- Dział: Działy tematyczne (https://forumkmf.pl/Forum-Dzia%C5%82y-tematyczne--5) +--- Dział: Serie filmowe (https://forumkmf.pl/Forum-Serie-filmowe--21) +---- Dział: JAMES BOND (https://forumkmf.pl/Forum-JAMES-BOND--57) +---- Wątek: Bondy sprzed ery Craiga (/Thread-Bondy-sprzed-ery-Craiga--2918) |
RE: Bondy sprzed ery Craiga - shamar - 30-03-2022 Ale niżej/później już dobrze napisałeś
RE: Bondy sprzed ery Craiga - Melvin27 - 31-03-2022 Ten wątek z Felixem ogólnie zawsze mnie rozwalał, najpierw w dzień ślubu zabijają mu kobiete a jego rzucają rekinom na pożarcie a tydzień czy dwa później wszystko jest super, Felix w zajebistym humorze i chce mu się iść na ryby lol RE: Bondy sprzed ery Craiga - Corn - 31-03-2022 No przez takie głupoty Licencja jest strasznie średnim filmem. Początek z akcją w czasie ślubu to już w ogóle komedia. The Living Daylights jest superior RE: Bondy sprzed ery Craiga - Dirk - 31-03-2022 Ale to jest w zasadzie typowe dla gatunku. Podobna sytuacja jak to, że bohater zabija iluś tam bandziorów i też nic sobie z tego nie robi. Choć zgodzę się, że mogli sobie darować ten dobry humor gościa, któremu dopiero co rekin odgryzł nogę, a jego żonę bestialsko zabili podczas nocy poślubnej. Początek jest owszem przesadzony, ale jak dla mnie ma w sobie wystarczająco dużo cool faktora, by nie zahaczać o śmieszność. Ot, typowy dla Bonda dzień, podczas którego bierze sprawy w swoje ręce. RE: Bondy sprzed ery Craiga - szopman - 31-03-2022 @Dirk Też ostatnio wróciłem do Młodego Indiego, mam duży sentyment do tych filmów Żeby nie robić tylko off topa, ostatnio obejrzałem ponownie YOLT i scena z dużym magnesem t9 jakiś kosmos
RE: Bondy sprzed ery Craiga - shamar - 31-03-2022 (31-03-2022, 08:45)Corn napisał(a): No przez takie głupoty Licencja jest strasznie średnim filmem. Początek z akcją w czasie ślubu to już w ogóle komedia. The Living Daylights jest superior Eee... Nie. "Living Daylights" jest bondowskie do bólu. Szczelają się, latają, skakaja, gadżety. Nie pamiętam już żartów w "Licencji" ale to chyba typowe dla sensacji 80's. RE: Bondy sprzed ery Craiga - Corn - 31-03-2022 No jak oglądasz Bonda to oceniasz film jako Bonda, jak Ci się Bond nie podoba to nie rozumiem narzekania na filmy. TLD ma spójniejszą atmosferę i jest poważne od początku do końca. To, że jest akcja z samochodem czy gadżety nie umniejsza powagi scenariusza (Goldeneye czy Casino też ma gadżety i Bondowskie motywy ale są zrobione z głową). W Licencji też są gadżety, a do tego masz mega niepoważne sekwencje, które gryzą się potwornie z próbą zrobienia przyziemnego Bonda. To uwielbienie dla Licencji to chyba dlatego, że Bond nie walczy o uratowanie świata a jedynie z zemsty. Przecież to jest jak z Franka Drebina I ta okropna tylna projekcja Film z ambicjami, ale nie dojeżdża do poprzednika RE: Bondy sprzed ery Craiga - Dirk - 31-03-2022 (31-03-2022, 10:26)szopman napisał(a): @Dirk Ja już od dawna chcę sobie to przypomnieć, a od premiery minęło trzydzieści lat (dokładnie 04.03), więc to idealny moment, by do tego wrócić. Pamiętam serial jeszcze z czasów, gdy pierwszy raz puszczali go w TV z polskim dubbingiem (jako "Kroniki młodego Indiany Jonesa" z klamrą w postaci opowieści starego Indy'ego na początku i końcu każdego odcinka). Wtedy najbardziej nie pasowało mi, że Jones spotkał te wszystkie znane postacie. Oczywiście wynikało to z charakteru serialu, który miał być również edukacyjny. Ale wyszło strasznie sztucznie. A co do różnic między TLD, a LTK, ten pierwszy to w zasadzie dość typowy Bond w urealistycznionej wersji, a ten drugi to klasyczny niemalże akcyjniak 80's style z wszystkimi tego wadami i zaletami. Ja tam lubię oba. Corn napisał(a):Przecież to jest jak z Franka DrebinaAle w TLD też masz takie sceny (od 0:50): Moment z korozją też wygląda jak żywcem wyjęty z parodii ZAZ. Przy czym ja to uwielbiam
RE: Bondy sprzed ery Craiga - Dirk - 10-05-2022 Goldeneye, 1995, reż. Martin Campbell Nobody Does It Like Bond Poprzedni film przyniósł mniejsze wpływy niż oczekiwano, ale wciąż planowano kontynuować serię. Timothy Dalton miał zakontraktowany jeszcze jeden film i wszystko wskazywało na to, że prace na planie wkrótce ruszą. W 1990 roku, w Cannes zawieszono nawet pierwsze plakaty, ustalające datę premiery na 1991 rok. Tytuł produkcji zaczerpnięto z jednego z opowiadań Fleminga - „Własność pewnej damy”, a do ról czarnych charakterów przymierzano między innymi Anthony’ego Hopkinsa i Whoopi Goldberg. W międzyczasie wydarzyły się jednak dwie rzeczy, które mocno przyhamowały twórców – pojawiły się związane z marką problemy prawne oraz upadł Związek Radziecki, zmieniając równowagę sił na świecie. Albert Broccoli zaczął się nawet zastanawiać, czy jest jeszcze miejsce dla Jamesa Bonda, choć przecież 007 rzadko kiedy mierzył się bezpośrednio z wysłannikami ZSRR. Zniecierpliwiony przedłużającym się okresem zawieszenia, Dalton odczekał aż wygaśnie jego kontrakt i ogłosił swoją rezygnację. Przyszłość serii rysowała się w ciemnych barwach. Na szczęście kolejny odtwórca roli Bonda znalazł się szybko i był to oczywiście pochodzący z Irlandii, Pierce Brosnan. Na reżysera wybrano Martina Campbella, dotychczas realizującego się głównie na małym ekranie, a osiemdziesięciopięcioletni Broccoli przekazał stery serii swojej córce Barbarze oraz Michaelowi G. Wilsonowi (którzy zawiadują nią do dzisiaj). Twórcy zdawali sobie sprawę, że muszą nakręcić naprawdę dobry film, bo inaczej Bond będzie musiał udać się na zasłużoną emeryturę. „Goldeneye” (tytuł pochodzi od jamajskiej willi Iana Flemniga, na tarasie której pisał kolejne powieści) weszło do kin 13 listopada 1995 roku. I już pierwsze reakcje widzów sprawiły, że producenci mogli odetchnąć z ulgą. Film spodobał się widzom, a Brosnan z miejsca został uznany za godnego następcę swoich znakomitych poprzedników. Twórcy postanowili uwzględnić na ekranie zmiany geopolityczne, które zaszły w rzeczywistości, a symboliczne przejście do „nowych czasów” spełnia czołówka (ze świetną piosenką Tiny Turner), w której widać spadające czerwone gwiazdy, przewracające się socjalistyczne pomniki i cmentarzysko radzieckich monumentów. Jedynie Bond pozostał ten sam, co zresztą zarzuca mu M (Judi Dench), w ich pierwszej wspólnej scenie. Pomysł, by na czele MI6 stanęła kobieta zgłosiła już dekadę wcześniej ówczesna odtwórczyni roli Moneypenny – Lois Maxwell, ale musiało minąć jeszcze trochę czasu, nim słowo się ciałem. Nie zmienił się za to aktor wcielający się w Q. Na ekranie nie brak charakterystycznych elementów serii – humoru, pojawiają się bon moty, piękne kobiety (głównie pod postaciami drapieżnej Famke Janssen i rozkrzyczanej Izabelli Scorupco) oraz bardzo widowiskowe sceny akcji, na czele z fantastycznym pościgiem z użyciem czołgu. Przeciwnikami Bonda uczyniono tym razem skorumpowanego rosyjskiego generała (Gottfried John) oraz zbuntowanego szpiega Jej Królewskiej Mości (Sean Bean). Szczególnie ten ostatni zasługuje na uwagę, ponieważ jest to równorzędny 007 antagonista, wyszkolony w ten sam sposób i posiadający podobne doświadczenie. Ponadto duża część akcji toczy się w Rosji i całość ma przez to bardzo zimnowojenny klimat, niepozbawiony jednak elementów nowoczesności. Wszystko w „Goldeneye” zagrało, a jednak ja jakoś nigdy nie mogłem się całkowicie przekonać do tego filmu, właściwie sam nie wiem dlaczego. Potrafię dostrzec jego liczne zalety, ale wolę inne odsłony przygód 007. Zdecydowanie nie podobała mi się natomiast muzyka, wzbogacona o elektroniczne brzmienia. Nawet James Bond Theme w początkowej sekwencji został zniekształcony (na szczęście w kolejnej części wrócono do klasyki). Generalnie jednak to bardzo solidny Bond. Ocena między 7, a 8/10 (rozsądek mówi 8, serce 7) RE: Bondy sprzed ery Craiga - Corn - 10-05-2022 Ja za to nie rozumiem narzekań na muzykę. Jak dla mnie we wspaniały sposób uzupełnia obraz. Utwory „fabryczne” dodają niepokój do scen w Rosji a taki pościg Astona z Ferrari do muzyki a ala stare porno dodaje scenie drugiego dna. Z drugiej strony może to efekt grania po milion godzin na nintendo 64 :) RE: Bondy sprzed ery Craiga - Dirk - 10-05-2022 Dla mnie, podczas ostatniego seansu, muzyka była niestrawna. Zamiast podkręcać klimat, całkowicie z niego wyrywała. O ile jeszcze ten industrialny feel pasował do tych ruskich fabryk, jak piszesz, to melodia towarzysząca "pościgowi" Astona Martina z Ferrari była straszna ![]() W grę niestety nie grałem, choć jestem świadom jej kultowości. Może kiedyś nadrobię na jakimś emulatorze. RE: Bondy sprzed ery Craiga - Corn - 10-05-2022 No to pomyśl o tym, że to nie jest pościg tylko żart z tego, że w życiu Bonda wszystko kręci się w okół seksu, nawet pościg jest tutaj przedstawiony jako stosunek. Wtedy wybór muzyki ma tutaj znaczenie, jej pornofeel to nic innego jak żart twórców, coś co pasowałoby do ery Moore'a jest wykorzystane w momencie gdy James przechodzi badania na temat tego czy nadaje się dalej do służby ;) RE: Bondy sprzed ery Craiga - Dirk - 10-05-2022 Ciekawe spostrzeżenie, tak o tym nie myślałem. Ale po prostu ta muzyka tak całkowicie mnie wybiła z rytmu, że nie mogłem myśleć o niczym innym niż o tym jak bardzo mi się to gryzie. Na szczęście później było już lepiej. Zresztą pornos z tą ścieżką dźwiękową też byłby niestrawny ![]() Zapomniałem jeszcze wyżej napisać, że w "Goldeneye" bardzo mocno korzystano z makiet i miniatur, ale wygląda to wszystko bardzo dobrze. A sam pościg czołgiem to zdecydowanie jedna z lepszych sekwencji akcji w całej serii. RE: Bondy sprzed ery Craiga - Melvin27 - 11-05-2022 Lubie Goldeneye ale podczas ostatniej powtórki serii to Świat to za mało mi się w chuj spodobało i jest teraz moim ulubionanym Brosnanem RE: Bondy sprzed ery Craiga - Mefisto - 11-05-2022 (10-05-2022, 21:34)Dirk napisał(a): Zapomniałem jeszcze wyżej napisać, że w "Goldeneye" bardzo mocno korzystano z makiet i miniatur, ale wygląda to wszystko bardzo dobrze. Nie bardzo mocno, tylko praktycznie w całości. Ujęcia z CGI można na palcach jednej ręki policzyć, a i tak ostatecznie one uzupełniają efekty praktyczne. To zresztą rok 95 czyli zmierch tego typu rozwiązań, które pociągnięto w takiej formie jeszcze tylko przez następny sezon (choć nawet w pierwszych MIB jest sporo efektów praktycznych). RE: Bondy sprzed ery Craiga - Dirk - 11-05-2022 To jest jasne, chodziło mi o to, że w "Goldeneye" wyjątkowo dużo z tych makiet korzystano (nie sprawdzałem dokładnie, ale chyba najbardziej z całej serii). Ale gość za nie odpowiedzialny (Derek Meddings) wykonał kawał świetnej roboty. RE: Bondy sprzed ery Craiga - Dirk - 30-06-2022 Wiem, że bardzo się stęskniliście, więc oto kolejna recka ![]() Tomorrow Never Dies (Jutro nie umiera nigdy), reż. Roger Spottiswoode, 1997 The Man. The Number. The License...are all back. Pierce Brosnan świetnie sprawdził się jako 007, więc szybko ruszono z pracami nad kolejną, osiemnastą już (licząc oficjalne produkcje EON), przygodą Bonda. Odpowiedzialni za serię Barbara Broccoli oraz Michael G. Wilson zaproponowali stołek reżysera Martinowi Campbellowi, ale ten grzecznie, choć stanowczo odmówił. Po krótkich poszukiwaniach posadę dostał Roger Spottiswoode, najszerzej znany jako twórca „Air America” (a wcześniej między innymi montował filmy Sama Peckinpaha). Pierwotnie intryga rozgrywała się w Hongkongu, ale Henry Kissinger (tak, ten Kissinger) zasugerował, by przenieść ją do Chin. Producenci na to przystali, co wiązało się jednak z przepisaniem wszystkich wątków. Zresztą nawet w momencie, gdy zdjęcia znajdowały się na zaawansowanym etapie, ciągle coś poprawiano. Między innymi z powodu przedłużających się prac nad scenariuszem z roli głównego antagonisty zrezygnował Anthony Hopkins. Jego miejsce zajął Jonathan Pryce, znany chociażby ze współpracy z Terrym Gilliamem („Brazil”). Wcielił się w magnata prasowego Elliota Carvera, który pragnie wywołać III wojnę światową, by wzbogacać się na doniesieniach medialnych na temat konfliktu. Sam pomysł na intrygę zdawał się być mocno zakorzeniony w rzeczywistości i współczesności, choć jego wykonanie oraz przeszarżowana miejscami kreacja Pryce’a są typowo bondowskimi chwytami, zahaczającym wręcz o filmy Moore’a. Jeśli chodzi o towarzyszki 007, tym razem mamy w zasadzie dwie. W pierwszą, Paris Carver, wciela się Teri Hatcher, która pojawiła się wcześniej u boku MacGyvera oraz Supermana (a później świetnie odnajdzie się w „Gotowych na wszystko”). Scenarzyści próbowali odrobinę pogłębić postać Bonda, wprowadzając jego byłą dziewczynę, do której 007 wciąż coś czuje, przy czym nie ma to większego znaczenia ani dla serii, ani dla bohatera. Drugą natomiast, Wai Lin, odtwarza pochodząca z Chin Michelle Yeoh, tancerka i aktorka znana z tego, że większość scen kaskaderskich wykonuje sama (partnerowała między innymi Jackiemu Chanowi). Wśród antagonistów warto wyróżnić obdarzonego radiową urodą Vincenta Schiavelliego, wcielającego się w dr. Kaufmana, specjalistę od tortur oraz niemieckiego aktora Götza Otto, jako Stampera, osiłka na usługach Carvera. W trakcie castingu Otto miał do dyspozycji dwadzieścia sekund na prezentację, ale tylko wszedł i mruknął: „Jestem wielki, zły i jestem Niemcem”. Wystarczyło, by dostać angaż. Obsadę dopełniają Judi Dench jako M i Desmond Llewelyn w roli Q. Ewenementem było, że budżet filmu praktycznie w całości pochodził od reklamodawców, a nie od studia. Widać to szczególnie w rozbudowanej sekwencji pościgu na krytym parkingu, gdzie pierwsze skrzypce grają bondowskie gadżety – wyposażone w szereg dodatków i usprawnień BMW (chociaż Aston Martin też się na chwilę pojawia na początku filmu) oraz telefon komórkowy Ericsson. Charakterystyczny element serii, czyli dynamiczne sekwencje akcji robią tu wrażenie. Od prologu, w którym 007 dosłownie wysadza z interesu handlarzy bronią, przez bijatykę i gonitwę po należącej do Carvera drukarni, aż po świetny pościg z wykorzystaniem motoru i helikoptera (gdy Bond i Lin są skuci kajdankami), wszystko ogląda się świetnie. Na tym tle najsłabiej wypada ostatni akt, choć jak najbardziej wpisuje się on w sztandarowe bondowskie finały. „Tomorrow Never Dies” (tytuł miał brzmieć „Tomorrow Never Lies”, nawiązując do gazety wydawanej przez Carvera) sprzedał się bardzo dobrze, aczkolwiek nieco gorzej od „Goldeneye”. Brosnan utwierdził jednak widzów w przekonaniu, że potrafi godnie zastąpić poprzedników jako 007. 7/10 RE: Bondy sprzed ery Craiga - Dirk - 05-10-2022 Dzisiaj sześćdziesiąta rocznica premiery „Dr No”, więc wjeżdża opis kolejnego Bonda. The World Is Not Enough (Świat to za mało), reż. Michael Apted, 1999 Danger. Suspense. Excitement. There must be when he's around. Po sukcesie „Jutro nie umiera nigdy” było pewne, że prace nad dziewiętnastą odsłoną przygód 007 wkrótce ruszą, a w Bonda ponownie wcieli się Pierce Brosnan. Producenci chcieli zdążyć z premierą jeszcze przed rokiem 2000, a nad scenariuszem po raz pierwszy pracowali Neal Purvis i Robert Wade, którzy są związani z serią do dzisiaj. Pomysł na główną oś intrygi wpadł Barbarze Broccoli podczas podróży samolotem, gdy oglądała film dokumentalny o historii budowy rurociągów w okolicy Morza Kaspijskiego. Ponadto, fabuła miała stać się tym razem nieco bardziej skomplikowana, choć oczywiście bez przesady, w końcu nikt nie chciał zmieniać Bonda w kino moralnego niepokoju. Na stołku reżysera pierwotnie widziano Petera Jacksona, ostatecznie jednak za kamerą stanął Michael Apted, który nie miał większego doświadczenia z filmami akcji. W głównego antagonistę (a przynajmniej tak się do pewnego momentu wydaje), Renarda, wcielił się szkocki aktor Robert Carlyle („Goło i wesoło”). Terrorysta został postrzelony w głowę, przeżył, ale w jego czaszce utknął pocisk – mężczyzna nie czuje bólu, co czyni go w pewien sposób niezniszczalnym. Brzmi jak materiał na godnego przeciwnika dla 007, prawda? Niestety, pomysł nie został do końca wykorzystany, a przecież Carlyle to dobry aktor i z pewnością mógłby uczynić Renarda znacznie bardziej wyrazistym. O wiele ciekawsza jest natomiast bohaterka odgrywana przez francuską aktorkę Sophie Marceau. Elektra King zdecydowanie należy do tych lepiej wykreowanych kobiecych postaci w cyklu, a także jako jedna z niewielu pań, potrafiła omotać i zwieść Bonda. Ze starych znajomych powracają również Judi Dench w roli M oraz Desmond Llewelyn po raz ostatni jako Q (aktor zginął w wypadku samochodowym, w grudniu 1999, trzy tygodnie po premierze filmu). Pojawia się za to jego następca – R, w którego wciela się ex-python John Cleese. A na drugim planie bryluje Robbie Coltrane, powracający z „Goldeneye” jako rosyjski gangster Żukowski. Fani zazwyczaj narzekają na Denise Richards, która wcieliła się w dr Christmas Jones, ekspertkę od fizyki, ale ja osobiście nie mam z tą postacią żadnego problemu. O ile w „Jutro nie umiera nigdy” sceny akcji były dynamicznie zaaranżowane i choć nieprawdopodobne, oglądało się je bardzo dobrze, o tyle tutaj twórcy poszli w niepotrzebne efekciarstwo. Jeszcze gonitwa łodziami po Tamizie (po raz pierwszy w serii areną starć staje się Londyn) w miarę trzyma fason, ale późniejsze momentami niebezpiecznie zbliżają się do granicy żenady (na szczęście w zasadzie jej nie przekraczając). Nawet pościg na nartach raczej nuży niż ekscytuje, a sekwencje osadzone w zimowych plenerach zawsze przecież zapadały w pamięć. Zdecydowanie najgorsza jest za to strzelanina w portowej wytwórni kawioru, podczas której Bond musi unikać helikoptera wyposażonego w obracające się piły tarczowe. Tutaj ocieramy się już o kreskówkową śmieszność. Pomysł ten stanowił niejako zapowiedź kolejnej części, gdzie efekciarstwo całkowicie zdominowało całą resztę. „Świat to za mało” (tytuł nawiązuje do motta rodziny Bonda, ujawnionego w „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”) stoi więc w rozkroku między próbą skupienia się na bohaterach, a pójściem w całkowicie rozrywkową stronę. Film zawiera kilka dobrych pomysłów i przede wszystkim Brosnana, który już w pełni odnalazł tu swój sposób na odgrywanie 007, jednak nie jest pozbawiony wad. Relacja między Elektrą, a Bondem powinna być bardziej rozwinięta i lepiej poprowadzona, bo sprawia wrażenie rozpisanej po łebkach. Z postaci Renarda też dałoby się wyciągnąć więcej. Generalnie czegoś całości zabrakło, może lepszy reżyser stworzyłby bardziej angażującą historię. Film ogląda się całkiem przyjemnie, choć żal zaprzepaszczonego potencjału. 6/10 RE: Bondy sprzed ery Craiga - deymos - 05-10-2022 Sama scena, w której pada tytuł filmu jest przednia, uwielbiam. Villain (ten prawdziwy) - uwielbiam. Denise nie przeszkadza tak strasznie. Ale film ma faktycznie bardzo mało ekscytujące sceny akcji, a zaraz po prologu uchodzi z niego coraz bardziej powietrze. Im dalej, tym gorszy i nawet końcowy twist nie pomaga. Lepiej bawię się na DAD. Zgadzam się z oceną. 5, może 6 na 10 RE: Bondy sprzed ery Craiga - Dirk - 05-10-2022 Ja nie wiem jak komukolwiek może Denise przeszkadzać: |