#1 Sean Connery
#2 George Lazenby
![[Obrazek: seanp.png]](http://img210.imageshack.us/img210/4747/seanp.png)
Dr. No jest zwyczajnie dobrym filmem i to nie tylko w gatunku szpiegowskim. Znakomita muzyka Johna Barry'ego, świetny Sean Connery w swojej najsłynniejszej roli, oraz te jego legendarne i niedoścignione:
"Bond. James Bond". Uwielbiam ten retro klimat pierwszego filmu serii, w którym mocno czuć że to kino szpiegowskie a nie film akcji. Tytułowy Doktor No jako czarny charakter wypada bardzo dobrze, podobnie jak i kobiety Bonda, a w szczególności piękna i nie głupia (a to się nie często zdarza) Honey Rider. Jest to naprawdę kawał dobrego kina, do którego lubię często wracać.
Domyślam się, że trudno było przebić taki hit jak
Dr. No, jednak
From Russia with Love należy do tych sequeli, które przewyższają poprzednika. Bardziej wciągająca fabuła, najmocniejszy szpiegowski klimat w całym cyklu, świetne sekwencje akcji (walka w pociągu powala i nie wiem, czy którakolwiek inna w tej serii może się z nią równać), jeszcze lepsza muzyka, Connery w doskonałej formie, no i jeden z moich ulubionych przeciwników Bonda, czyli Red Grant (w tej roli świetny Robert Shaw). Mimo słabej dziewczyny (szczególnie pod względem dość "oryginalnej" urody) i braku legendarnych tekstów jest to ścisła czołówka filmów o agencie 007!
Goldfingera do 2006 roku uważano za najlepszy film o przygodach Jamesa Bonda. Jednak dla mnie nie dorównał swoim poprzednikom i od zawsze był filmem mocno przecenianym. To tutaj pojawiają się po raz pierwszy wymyślne gadżety i to ten film odpowiada za coś co mi w tej serii nigdy się nie podobało - finałowe bitwy. Wolę kiedy agent 007 sam walczy na koniec ze swoimi przeciwnikami, a tutaj mamy głupią i kiepsko wyglądającą potyczkę o Fort Knox. Na szczęście Connery i jego powtórne przedstawienie się, oraz pierwsze i nieprzebite:
"Martini, wstrząśnięte nie zmieszane" rekompensują wszystkie niedociągnięcia i pozwalając zapomnieć o początkowym kamuflażu tajnego agenta (kaczka na głowie?).
Sprawa z finałową bitwą ma się dużo lepiej w kolejnej odsłonie serii -
Thunderball. W niej (głównie dzięki podwodnej scenerii) ostatnią sekwencję akcji ogląda się bardzo przyjemnie. Film zdecydowanie deklasuje wcześniejsze Bondy pod względem efektów specjalnych (choć i tak mocno się postarzały). Sean Connery trzyma formę ale tytułowa operacja niestety nie należy do najciekawszych. Film ma cięższy klimat od poprzednika, bardziej szpiegowski, przypominający
From Russia with Love. Niestety to nie sprawia, że film dorównuje poprzednim częścią. Jednak za mocną damską część obsady trochę naciągam mu ocenę.
O ile w poprzednich dwóch Bondach nie podobają mi się finałowe bitwy i przesyt efektów specjalnych, o tyle w
You Only Live Twice reżyser filmu poszedł jeszcze o krok dalej. Piąta część serii o brytyjskim agencie 007 nie tylko zawiera te dwie nielubiane przeze mnie cechy, ale także nie wydaje mi się filmem szpiegowskim. Bardziej przypomina mi dokument pokazujący inność japońskiej kultury z wplecionymi kilkoma akcjami i postacią głównego bohatera. Zdecydowanie na minus zaliczam słabe dziewczyny Bonda i całkowicie zmieniony wygląd Blofelda względem wcześniejszych epizodów. Jest to dla mnie najsłabszy odcinek z sir Connerym!
On Her Majesty's Secret Service uchodzi za najsłabszego Bonda (głównie z powodu braku Connery'ego). Jest to dla mnie błędna opinia, bo film przebija dwie poprzednie części a Lazenby wywiązał się ze swojej roli przyzwoicie. Jego Bond wprawdzie nie ma uroku Seana ale za to potrafi dużo lepiej walczyć (od razu widać, że aktor się na tym znał). Savalas jest najlepszym Blofeldem ale jego intryga nie powala. Jednak wg mnie przygody Bonda w tej części ekscytują jak za czasów pierwszego filmu, mamy tu kilka świetnych akcji (pościgi na nartach, na torze wyścigowym, czy też finalny atak na siedzibę Blofelda), bardzo dobrą muzykę, jedną z najfajniejszych kobiet Bonda, oraz fantastyczne zakończenie. Zdecydowanie niedoceniany!
W
Diamonds Are Forever powrócił nie tylko pierwszy odtwórca roli Jamesa Bonda, ale także poziom jego ostatniego filmu. Przesyt efektów specjalnych, nadmiar humoru, stary i grający od niechcenia Connery, najgorszy Blofeld (i jego idiotyczny "koniec"), słabe sekwencje akcji (poza wyczynami kaskaderskimi w trakcie pościgu), żałosna finałowa bitwa, oraz komiczni homo-mordercy to główne rzeczy jakie zapamiętałem z seansu. A mimo to, sam nie wiem dlaczego, oglądało mi się go lepiej od
You Only Live Twice. Może to ten kasynowy klimat tak na mnie działa.
Dr. No (1962) 7+/10
From Russia with Love (1963) 8/10
Goldfinger (1964) 7/10
Thunderball (1965) 7-/10
You Only Live Twice (1967) 5/10
On Her Majesty's Secret Service (1969) 7/10
Diamonds Are Forever (1971) 5/10
Średnia filmów...................... 6,57
#3 Roger Moore
Live and Let Die to kompletnie inny Bond od poprzednich. Jest o wiele lżejszy, więcej w nim akcji i dobrze wyważonego humoru. To głównie dzięki tym czynnikom bardzo mi się podoba. Roger Moore świetnie poradził sobie z wcieleniem w rolę agenta 007 (ach ten jego uśmieszek), spisując się w roli doskonale. Wprawdzie nie przypomina książkowego Bonda, ale i tak jest jednym z moich ulubieńców w tej roli. Poza nim, w filmie można zobaczyć piękną, nową dziewczynę Bonda (Solitaire), jedną z najlepszych piosenek z serii, fantastyczne sekwencje akcji (spalenie węża, pościg motorówkami, finał) i intrygujący klimat voodoo. Zdecydowanie mój ulubiony Bond z Moorem.
Z
The Man with the Golden Gun sprawa ma się już trochę inaczej. W poprzedniej części, z gadżetów występował tylko fajny wielofunkcyjny zegarek. W tym filmie mamy już latające samochody, a M żeby "umilić zakończenie" potrafi się dodzwonić na pokład statku Scaramngi (jednego z najlepszych czarnych charakterów). Przesadzono również z poczuciem humoru (Goodnight to nie agentka, tylko nadzwyczajnie głupia blondynka, a szeryfa niepotrzebnie wpakowano w pościg). Największe plusy filmu to wzorowanie się na stylu jednego z moich ulubionych reżyserów - Sergio Leone, finalny pojedynek, oraz skok samochodem przez rzekę (fantastyczny wyczyn).
The Spy Who Loved Me jest dość przeciętnym Bondem. Mamy bardzo fajnego mordercę (Jaws), piękne lokalizacje, niezłe akcje, świetną agentkę XXX, intrygujące zadanie, a także spektakularność Bondów z czasów Connery'ego. Jednak czegoś mi w nim zabrakło. Finał mnie mocno nudził, w dodatku twórcy za bardzo chcieli zarobić na sukcesie
Szczęk Stevena Spielberga (które okazały się najbardziej dochodowym filmem w 1975 roku) wrzucając Bonda do wody, kryjówkę czarnego charakteru umieścić "z rekinami" i nazywając "Szczękami" jednego z jego przeciwników. Nie wyszło to filmowi na dobre.
O ile w poprzednim filmie nie podobało mi się odniesienia do
Szczęk, o tyle
Moonrakerze producenci kompletnie zaszaleli. To już nie jest film szpiegowski, tylko komedia akcji/sci-fi mająca robić sukces na miarę
Gwiezdnych wojen, w której najpierw dostajemy masę komediowych scen (zrobienie z Jaws niedorajdę to był kiepski pomysł), a następnie słabiutką bitwę w kosmosie. Do tego dochodzi nijaka kobieta Bonda i karykaturalny czarny charakter z wyjątkowo imponującym planem. Jednak mimo wszelkich niedoskonałości, urok Rogera Moore'a sprawia że film ogląda się dość przyjemnie.
For Your Eyes Only pozytywnie odmieniło filmografię agenta 007 (przynajmniej na chwilę). Jakoś nigdy mnie nie pociągał ten Bond, bo był dość zwyczajny. Jednak oglądając go ostatnim razem dostrzegłem jego ukryty, ogromny plus - zminimalizowano gadżety, wrócono do gatunku szpiegowskiego (koniec z sci-fi), a duży budżet nie został tym razem przeznaczony na niepotrzebne efekty wizualne tylko na akcje, które wspomagane były niesamowitymi popisami kaskaderskimi (scena na helikopterze, wyczyny na nartach, czy też finał na ścianie) robiącymi niesamowite wrażenie. Plus za jedną z najlepszych piosenek serii.
Octopussy jest dość mało wyrazistym filmem serii. Od poprzedniej części Roger Moore wyglądał już trochę za staro na Jamesa Bonda i niepotrzebnie zmieniał fryzurę co pogorszyło ten efekt. Tytułowa Ośmiorniczka jest jedną ze słabszych dziewczyn Bonda, a czarne charaktery kompletnie nie zapadają w pamięć. Największe zalety filmu to imponująco zrealizowane sekwencje akcji (choć bardziej naciągane niż poprzednio), nowe lokacje, a także zdecydowanie najczęstsze i najlepsze one-linery padające z ust głównego bohatera. Za nie ma u mnie dużego plusa, ale to i tak jeden ze słabszych Bondów.
A View to a Kill mimo dużej krytyki podobał mi się bardziej od poprzednika. To w tej części występuje najlepszy czarny charakter jakiego spotkał agent 007 (Max Zorin w brawurowym wykonaniu Christophera Walkena to prawdziwy szaleniec). Poza nim podobają mi się bardzo dobre sekwencje akcji (z wyjątkiem tej przed czołówką), druga na mojej liście najlepszych piosenek serii w wykonaniu Duran Duran (kocham lata 80-te), fabuła przypominająca
Goldfingera, oraz camao młodego Dolpha Lundgrena. Natomiast zdecydowanie największym minusem jest damska część obsady. Na koniec muszę dodać, że Moore jako Bond odszedł z prawdziwą klasą.
Live and Let Die (1973) 7+/10
The Man with the Golden Gun (1974) 6/10
The Spy Who Loved Me (1977) 6/10
Moonraker (1979) 5-/10
For Your Eyes Only (1981) 7/10
Octopussy (1983) 6-/10
A View to a Kill (1985) 6/10
Średnia filmów...................... 6,14
Dodatkowo dodaje swoją opinię nieoficjalnego Bonda, w którym po raz siódmy w roli głównej wystąpił Sean Connery. Niestety,
Never Say Never Again to nudniejsza wersja
Thunderballa, z kilkoma idiotycznymi scenami (przewidywalną śmierciom Fatimy i jej zachowaniem w tej scenie na czele, oraz zabicie brata Domino, w którym zamiast wysadzić jego samochód, najpierw postanowiono wrzucić do niego jadowitego węża a dopiero później podłożyć Bombę). Widoczny gołym okiem był też mniejszy budżet od oficjalnych Bondów. Z dotychczas powstałych filmów o agencie 007 ten podobał mi się zdecydowanie najmniej.
Never Say Never Again (1983) 4/10
#4 Timothy Dalton
Odświeżony Bond w
The Living Daylights trochę podniósł poziom monotonnej już serii. W tym filmie najważniejsze nie są akcje jak do tej pory, tylko bardziej skomplikowana niż w poprzednikach fabuła, w której to agent 007 nie dostaje standardowego zadania, lecz sam odkrywa intrygę dwóch czarnych charakterów (niestety bardzo słabych). Zmiana tonu filmu na poważniejszy, bardziej szpiegowski była strzałem w dziesiątkę. Niestety słabo spisuje się nowa dziewczyna Bonda (niezwykle denerwująca), a finałowa akcja jest strasznie nijaka. Dalton jak Bond w mojej opinii nie dorównał Moore'owi i Connery'emu (mimo największego podobieństwa do książkowego pierwowzoru) ale nie mam większych zastrzeżeń do jego roli w obu częściach, w których zagrał.
Myślę że jestem jednym z nielicznych, którzy uważają
Licence to Kill za lepszy film od poprzednika. Może to ze względu na mój sentyment, gdyż jest to pierwszy Bond z jakim miałem styczność (będąc dzieckiem utkwiła mi w pamięci początkowa scena z rekinem). W tej części agent 007 po raz pierwszy nie dostaje standardowej misji, tylko mści się za to co spotkało jego przyjaciela. W filmie występują dwie fantastyczne kobiety walczące o Jamesa, w tym Pam Bouvier - jedna z moich ulubionych kobiet Bonda, oraz kapitalny czarny charakter (Sanchez) i jego podopieczny psychopata (Dario). Tylko za dwie rzeczy dostawiam do oceny wielkiego minusa. Pierwsza to dwie akrobacje ciężarówką wykonane przez Bonda (jazda na lewych kołach ciężarówki i przejechanie przez ogień), które trochę psują świetny finałowy pościg. Druga to krótka i idiotyczna scena rozmowy z Felixem na końcu (po tym co go spotkało jest taki zadowolony?).
The Living Daylights (1987) 7/10
Licence to Kill (1989) 8-/10
Średnia filmów...................... 7,50
Filmy Brosnana muszę sobie powtórzyć, więc jego
"Erę Bonda" dodam później.