Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe
Public Enemies (2009) - Wersja do druku

+- Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe (https://forumkmf.pl)
+-- Dział: FILM i wszystko co z nim związane (https://forumkmf.pl/Forum-FILM-i-wszystko-co-z-nim-zwi%C4%85zane--3)
+--- Dział: Filmy zagraniczne (https://forumkmf.pl/Forum-Filmy-zagraniczne--12)
+---- Dział: Filmy Michaela Manna (https://forumkmf.pl/Forum-Filmy-Michaela-Manna--65)
+---- Wątek: Public Enemies (2009) (/Thread-Public-Enemies-2009--1366)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35


- Predator895 - 17-07-2009

Powiem tak ten obraz to mega poezja dla oczu. Początkowe sceny z napisami wprowadzającymi, marsz skazańców w jakości HD. Zero komentarza, surowe czasy i obsada masakrycznie mną wstrząsnęła. Cała ekipa Dillingera, łącznie z jego prawą ręką przeczuwającą upadek ekipy po prostu cud miód. Końcowe sceny z wizytą Dillingera w komisariacie i podsumowanie jego całego życie prostym czarno białym filmem gangsterskim porostu nie wymagają jakichkolwiek komentarzy. Film zyskał na miano najlepszego w 2009 roku , tu nie chodziło o pokazywanie napadów tylko o upadek i powolne umieranie Dillingera który do końca swoich dni był o krok lepszy od ludzi którzy go ścigali.


- Mental - 17-07-2009

simek napisał(a):PE pokazuje jak ciężko było wielkim złoczyńcą

kapitalne spostrzeżenie. właśnie dotknąłeś jednego z najbardziej oryginalnych aspektów wrogów publicznych. po takim ojcu chrzestnym, scarface czy innych filmach człowiek ma ochotę zasiąść na tronie i rządzić miastem, a tutaj nędza, brak kasy, kompani ubywają w zastraszającym tempie, z ukochaną kobietą spędzasz noc siedząc na piasku gdzieś na jakimś zadupiu, na niebie nie ma gwiazd, zero wożenia się limuzynami, zero gangsterskiego lansu, kasy ciągle mało...

Negrin napisał(a):jak zwykle lepszy po seansie niż w trakcie

a to chyba sobie zanotuje.


- Snappik - 17-07-2009

8 godzin po seansie, a ja wciąż nie mogę się otrząsnąć z ładunku emocjonalnego jaki zapodał mi Mann. Jest sobie scena przesłuchania Billie, jakiś tłusty bydlak krzyczy jej prosto w oczy. Myślę sobie "Nie, ten kretyn nie posunie się dalej...". I po 5 sekundach wytrzeszczam oczy i czuję się zaszokowany. Szczęka zawisa i tak sobie siedzi. To samo mam z końcówką. Czegoś tak genialnego jeszcze nie widziałem. Zero dialogów, jedne spojrzenie Dillingera na film z Gable'm... Magia.

Komentarz Dillingera na widok Nittiego, jego krzywej grzywki i wąsików: Wygląda jak fryzjer.

Genialne!


- Mental - 17-07-2009

dialogi w PE to osobna sprawa. jeszcze bardziej wyposzczone niż w 'spartanie' czy 'miami vice'. taki przykład: ribisi mówi coś do dillingera, że skok ustawiony i czy chce wziąć udział, ten wypala: "ok".

najlepsza kwestia to oczywiście Lengella i tekst o Shirley Temple. prawie spadłem z fotela.


- Anonymous - 17-07-2009

Wkleję to co niedługo pojawi się gdzie indziej (tekst jeszcze nie zredagowany, więc wybaczcie brak szlifów):

Kolejna opowieść o „dobrym – złym” bandycie tym razem trafiła w ręce uznanego i niezwykle sprawnego rzemieślnika- Michaela Manna. Historia gwałtownego życia i smutnej śmierci Johna Dillingera różni się od podobnych filmowych opowieści kalibrem postaci głównego antybohatera. Tytułowy wróg publiczny numer 1 w USA lat 30.był i jest dla Amerykanów postacią specjalną – mocno wyidealizowanym przestępcą romantycznym, rabującym banki będące w tamtych czasach (i paradoksalnie także dziś) symbolem chciwości i niesprawiedliwości kapitalizmu. Sęk w tym, że film Manna tę legendę utrwala.

Dillingera, na zdjęciach bardzo podobnego do Billy’ego Boba Thorntona, zagrał Johnny Depp, aktor z upodobaniem nasycający swoje postacie aurą wyobcowania i beznamiętności. Kreacja tytułowego bohatera nie powala na kolana, ale jest więcej niż solidna, bo niejednoznaczna, a to się liczy podwójnie.Główny bohater w ujęciu Deppa to miłośnik szybkiego życia i igrania z niebezpieczeństwem, który jednak skory jest do odsłaniania duszy romantyka i miłośnika pięknych kobiet. Problem w tym, że grając pospolitego, chociaż nieszablonowego bandytę, aktor bardziej skupia się na miłosnych relacjach z poderwaną w knajpie dziewczyną niż próbach uchwycenia charakteru ikony ludowego bohatera czasów końca Wielkiego Kryzysu. Z drugiej strony artystyczna wolność aktora pozwala mu zinterpretować swojego bohatera jak tylko chce, więc nie za bardzo można mieć tu o cokolwiek pretensje. Zbyt silne akcentowanie wątku romansowego spłyca historię i nadaje jej metaliczny posmak melodramatycznego kiczu, choć kiczem film się ani razu nie staje.

Zresztą w ogóle trudno narzekać na reżysera, bo Mann z roboty wywiązał się bardzo solidnie. „Wrogowie publiczni” to opowiedziana z werwą i „powerem” kryminalna historia policjantów ścigających złodziei, oparta o szablony gatunku, aczkolwiek chętnie z nich wyskakująca, gdy zachodzi taka potrzeba. Sceny pościgów, napadów na bank, ucieczek z więzienia i przeróżnych strzelanin są częste i widać, że reżyserowi sprawiało dużo przyjemności przerzucanie się ołowiem z prawej na lewą i z lewej na prawą. Techniczny perfekcjonizm całej ekipy (ach, ten dźwięk kul rozbijających ściany i drzewa…) podnosi poziom emocji, choć trzeba uczciwie przyznać, że z czasem sceny akcji stają się monotonne i mechanicznie powtarzają te same elementy i konstrukcje…

Sensacyjna akcja jest jednak głównie technicznym ozdobnikiem fabuły, opartej na pościgu rodzącego się FBI za najgroźniejszym bandziorem swoich czasów. Gdy pętla pogoni zaciska się, widz zaczyna coraz bardziej kibicować Dillingerowi, do czego zachęca go reżyser. Główny bohater filmu jest bowiem nie tylko przystojny, lecz także wyposażony w cały arsenał zgrabnych bon motów dowcipnie puentujących niektóre sceny. Inteligencja, czar i bawidamkowski charakter gangstera każą nam zapominać o jego przestępczej działalności. Mann niestety wpisuje się w poczet twórców kina, dla których wybielenie postaci groźnego gangstera nie stanowi żadnego problemu. Bohater „Wrogów publicznych” nie jest niewiniątkiem, ale już finał robi z niego klasyczną ofiarę. Może nie „systemu”, ale na pewno brutalnej policji, z zaciętością ściągającej po trupach swój cel numer jeden.

Filmowi na swój sposób szkodzi też paradokumentalna, nieco telewizyjna w charakterze forma, tak bardzo lubiana przez Manna, która w zderzeniu z klimatem lat 30. zdecydowanie stępia możliwości nasycenia się atmosferą epoki. Do tego dochodzi trochę dziwna wizja reżysera, który uparł się, aby amerykańska rzeczywistość tamtych lat sprawiała wrażenie polakierowanej pocztówki: ubrania bohaterów są czyste i nowe, samochody wypucowane na błysk, a kobiety zawsze nienagannie umalowane. Zderzenie takiej umowności prezentacji epoki z realistycznym sposobem filmowania sprawia wrażenie niestaranności. Z drugiej strony reporterski styl świetnie sprawdza się w scenach akcji, co należy docenić.

Największą zaletą „Wrogów publicznych” jest jednak aktorstwo, bo film po prostu nie ma słabych ról. Począwszy od „zdystansowanego od życia” Deppa, poprzez skupionego jako zmotywowany i zdeterminowany agent Bale’a, na trzecioplanowych rolach skończywszy, jest na kim zawiesić oko. Jednak wszystkim gwiazdorom i tak seans kradnie Billy Crudup jako dynamiczny i prący do przodu jak czołg szef FBI, J. Edgar Hoover. W ogóle można śmiało rzec, że plejada postaci dalszego planu jest tu bardziej interesująca niż główni bohaterowie gangsterskiego dramatu. To soczyste, przemyślane i robiące klimat osobowości, bez których nie byłoby filmu.

„Wrogowie publiczni” są jednak przede wszystkim opowieścią o tragicznym losie człowieka, któremu los poskąpił mądrości i roztropności, mimo że nie zbywało mu na inteligencji. Historia szaleńczego życia i powolnego upadku gangstera, który nie chciał zrezygnować, gdy był na to czas, przetykana jest co jakiś czas poetyckimi scenami łapiącymi za serce. Śmierć podążająca krok w krok za bohaterem (nienachalna scena agonii jednego z gangsterów, kiedy to widać jego ostatnie tchnienie w mroźnym powietrzu) staje się niemal namacalna w przepięknej, onirycznej scenie na posterunku policji, gdy Dillinger ogląda zdjęcia zmarłych kompanów, trafiając w finale na swoje. Przeczucie nadchodzącego końca wyparte jest jednak przez brawurę i ułańską fantazję gangstera, który nie umiał i nie chciał podporządkować się zmieniającym się czasom i nowym regułom gry, stając się niewygodnym nie tylko dla policji, ale także dla byłych kolegów po fachu. „Wrogowie publiczni” to także opowieść o braku umiejętności przystosowania w dzikim świecie amerykańskiej zbrodni, gdzie romantyczni i grający według swoistego kodeksu bohaterowie są eliminowani przez mafijne systemy skupione na maksymalizacji zysku. Czasami warto się tylko zastanowić, czy w tym świetle idealizowanie postaci gangstera ma w rzeczywistości sens. Ja po filmie Manna mam coraz większe wątpliwości.

6/10


- Mental - 17-07-2009

Solo napisał(a):który uparł się aby amerykańska rzeczywistość tamtych lat sprawiała wrażenie polakierowanej pocztówki: ubrania bohaterów są czyste i nowe, samochody wypucowane na błysk, a kobiety zawsze nienagannie umalowane.

chyba widzieliśmy inny film. w ogole to jest zarzut z kosmosu.


- Bogdan - 17-07-2009

Z filmu wróciłem prawie 3 godziny temu a jeszcze mi żywo w głowie siedzi i wyjść nie chce. Pewnie długo nie wyjdzie. Dostałem więcej niż mogłem sobie zapragnąć. Fantastyczni Depp i Bale (miło dla odmiany nie usłyszeć jego charczenia :mrgreen:, podobała mi się wręcz maniera z jaką mówił i akcentował końcówki, "hijar", "deAr"). Jednak co w tym filmie jest najlepsze to pojedyncze ujęcia, sceny (pod koniec sekwencji w lesie, gdzie John i jego towarzysz chowają się za drzewami we mgle, zorientowałem się że mocno zaciskam pięść z emocji). Dla przykładu - Purvis i jego ludzie zaczynają ostrzeliwać samochód cywili, po czym mamy błyskawiczne cięcie i ujęcie Deppa budzącego się gwałtownie i rzucającego się po broń - nie wiem czemu, ale ta scena bardzo mi utkwiła w pamięci. Drugą taką sceną jest moment po przesłuchaniu Billie. "Nie mogę wstać" i Bale biorący ją na ręce. Piorunujące, choć w sumie niepozorne.
Warstwa dźwiękowa to poezja i chyba każdy się ze mną zgodzi. Odgłosy wystrzałów, zwłaszcza te dochodzące spoza punktu widzenia powodowały, że wręcz wykręcałem machinalnie głowę. A same sekwencje strzelanin - miód.
Ostatnie dziesięć minut to już kwintesencja doskonałości. Przeplatane ujęcia czarno białego filmu, Deppa, i Purvisa stojącego przed kinem powodowały szybsze bicie serca, a moment w którym Dillinger wychodzi z kina, a za nim maszerują agenci... brak słów. No i kapitalnie ujęta śmierć Dillingera. Wystrzał, Dillinger dostaje w twarz, cisza, dostaje jeszcze dwa razy. Uderzające. Ostatnia scena spowodowała, że po ukazaniu się nazwiska reżysera na ekranie głucha cisza zapadła i nikt nie ruszył się z miejsca. Doskonałe. Chciałoby się więcej.


- Mental - 17-07-2009

Bodzioo napisał(a):Z filmu wróciłem prawie 3 godziny temu a jeszcze mi żywo w głowie siedzi i wyjść nie chce.

święta prawda. cholerstwo siedzi we łbie i się rozwija jak jakiś pasożyt. jutro rano wstanę i będę miał dynke spuchniętą jak arbuz i sto nowych myśli w zanadrzu, które z kolei następnego ranka zmutują w sto innych.


- Anonymous - 17-07-2009

Mental napisał(a):chyba widzieliśmy inny film.

Nie obserwowałeś uważnie. Ja właśnie szybko zwróciłem na to uwagę i przyglądałem się dokładnie. Jest jak mówię. Trochę to dziwne, ale ok.


- Mierzwiak - 17-07-2009

Na bardziej szczegółowe dyskusje przyjdzie czas, więc powiem krótko: bardzo zaskoczył mnie ten film. Tak naprawdę nie wiem czego się spodziewałem (poza tym że oczekiwałem kina przez duże K), ale nie sądziłem że zobaczę coś o takim klimacie ani o takim ładunku emocjonalnym. Ośmielę się określić zakończenie Public Enemies jedną z najpiękniejszych końcowych scen wszech czasów. Nie mogę się pozbyć sprzed oczu wyrazu twarzy Billie.

PS:
1995 - napad na bank z Heat.
2009 - akcja w lesie z Public Enemies.


- Mental - 17-07-2009

Solo napisał(a):Nie obserwowałeś uważnie.

sztuczności zazwyczaj nie musisz obserwować. ona rzuca się w oczy. w public enemies w ani jednej scenie nie odczułem, że coś jest "pocztówkowe". dillinger miał pot na koszuli, rany wyglądały paskudnie, pomieszczenia przypominały jakieś czynszówki w kamienicach. a że ukradziony ford był wypucowany? no przecież stał w garażu, zanim go porwali. a że kobiety miały idealne makijaże - kurna, kto jak kto, ale chyba kobieta wie, jak się umalować, prawda?Uśmiech


- Snappik - 17-07-2009

Ależ taka była gangsterska rzeczywistość - poruszano się wypolerowanymi furami, noszono drogie garniaki i dbano o wygląd. Oprychy trzymały fason. Jest różnica między bandziorem-menelem, a gangsterem.


- Bogdan - 17-07-2009

Mierzwiak napisał(a):Ośmielę się określić zakończenie Public Enemies jedną z najpiękniejszych końcowych scen wszech czasów. Nie mogę się pozbyć sprzed oczu wyrazu twarzy Billie.

Prawda. "Bye, bye, blackbird" i oczy Billie napełniające się łzami. Aż chciałoby się ją przytulić. Smutny ten film, cholera.


- Anonymous - 17-07-2009

Mental napisał(a):sztuczności zazwyczaj nie musisz obserwować. ona rzuca się w oczy.

Tam nie ma sztuczności.
Jest - bo ja wiem jak to określić - brak poczucia realizmu. Zbyt wiele w bohaterach (od strony wizualnej oczywiście) jest ugładzone, wypolerowane: ubrania wyprasowane, włosy ulizane, twarze idealnie ogolone w środku nocy, samochody czyściutkie (i nie, nie tylko ten jeden). Oczywiście nie jest to jakiś zarzut, ale trochę mnie to uderzyło w trakcie seansu. Paktycznie drobiazg, ale jest.


- Mental - 17-07-2009

Mierzwiak napisał(a):Nie mogę się pozbyć sprzed oczu wyrazu twarzy Billie.

billie to jedno. Langella to drugie. nie wiem, kto bardziej rozsadził tę scenę. Langella, przyznając się bez krzty emocji, że załatwił dillingera (dodając, że nie tylko on trafił ), czy billie, roniąc łzy tuż po usłyszeniu ostatnich słów.

[ Dodano: Sob Lip 18, 2009 00:58 ]
Solo napisał(a):Jest - bo ja wiem jak to określić - brak poczucia realizmu.

jak znajdziesz lepsze określenie, to daj znać, bo to jest kiepskieUśmiech ale ok, przyjmuje do wiadomości, że dla ciebie było coś nie halo.


- Bogdan - 18-07-2009

Zapomniałem wspomnieć o scenie na komisariacie, gdy Dillinger beztrosko pyta się o wynik meczu. Kurde, machinalnie poczułem wtedy że on jest ponad nimi wszystkimi. A sama scena jedna z lepszych w filmie.

nieprzerwanie w moich słuchawkach. nieźle mnie wzięło.


- Glut - 18-07-2009

Właśnie wróciłem z kina. Kurnasz, jak dla mnie najlepszy Mann od Gorączki. Odwołuję to co pisałem o cyfrze, kamera zwyczajnie pasuje do tego nie-stylizowanego filmowania. Pierwsza 1/3 filmu jest dość średnia i mało angażująca, natomiast kiedy Depp ucieka z więzienia w Indiania zaczyna się właściwa część - spadanie na dno ciągnąc za sobą wszystkich. Powiem szczerze, że crash test filozofii życiowej Dillingera z rzeczywistością ostro mnie wzruszył. Nawet pomijając zbędnie udziwniony postrzał w tył głowy, końcówka jest nieźle dołująca.

Cholernie tajemnicza jest postać Balea, czy ktoś potrafi mi powiedzieć co kieruje tym kolesiem? Wyraz jego twarzy tuż po egzekucji przed kinem jest cholernie intrygujący. No i ta informacja o tym że rok później opuścił FBI a potem się zabił.

A to że akcyjka w lesie będzie najlepsza wyczaiłem na długo przed premierą, dając wyraz w formie plakatu - http://forum-kmf.fc.pl/viewtopic.php?p=148537#148537

Aha, ujęcie roku - Nelson na kolanach karczujący ziemię ogniem z Tommy Guna.


- Anonymous - 18-07-2009

Glut napisał(a):Cholernie tajemnicza jest postać Balea, czy ktoś potrafi mi powiedzieć co kieruje tym kolesiem?

Uśmiech
Poczucie obowiązku, ambicja, zaciekłość, karierowiczostwo?
Pewnie wszystkiego po trochu.
Trudno ocenić tę postać z perspektywy filmu, gdzie pokazano go szablonowo i dość pobieżnie. To zmotywowany zawodnik skupiony na jednym, na granicy obsesji. Ale to za mało żeby zrozumieć prawdziwego agenta, który wtedy złapał Dillingera.


- Mierzwiak - 18-07-2009

Oglądając w środę ponownie Miami Vice w ramach przygotowania do PE szczególną uwagę zwróciłem na zdjęcia. Po seansie Public Enemies mogę kategorycznie stwierdzić jedno - chcę jak najwięcej filmów kręconych w ten sposób : ) Zakochałem się w cyfrze i nic na to nie poradzę. Artykuł o zdjęciach.


- Glut - 18-07-2009

Solo, zaciekłość? Gdzie ty widzisz w działaniach Purvisa zaciekłość, ten koleś chce złapać ofc ludzi, którzy okradają banki i strzelają do cywili, ale im dalej w las tym bardziej jest, hmm, zdołowany? Jego mina bo egzekucji Dillingera nie ma w sobie ani krztyny ze wspominanej przez ciebie ambicji.