![]() |
|
Bondy sprzed ery Craiga - Wersja do druku +- Forum KMF - internetowe cwaniaki i snoby filmowe (https://forumkmf.pl) +-- Dział: Działy tematyczne (https://forumkmf.pl/Forum-Dzia%C5%82y-tematyczne--5) +--- Dział: Serie filmowe (https://forumkmf.pl/Forum-Serie-filmowe--21) +---- Dział: JAMES BOND (https://forumkmf.pl/Forum-JAMES-BOND--57) +---- Wątek: Bondy sprzed ery Craiga (/Thread-Bondy-sprzed-ery-Craiga--2918) |
RE: Bondy sprzed ery Craiga - Crash - 01-04-2013 Może wynika to z mojej niechęci do tej części, którą zwyczajnie uważam za nudną, że Renard mi nie podszedł. Sądzę, że gdyby nie Apted kręcił "TWINE", a np. wcześniejszy Spottiswoode, czy Campbell, dużo lepiej by to wszystko wyglądało. Historia jest ciekawa, główni bohaterowie świetnie nakreśleni (śmiem twierdzić, że jest to najlepiej umotywowany Bond ever, a przynajmniej przed "Casino Royale"), prolog bombowy, a i piosenka po latach brzmi wyjątkowo dobrze. Ale obok tego są też postaci, które drażnią (dr Christmas Jones, R), scena akcji z helikopterem z ostrzami (plizzz!) ciągnie się i ciągnie, a takie rzeczy jak strzał z laski Zukovskiego w finale, czy mocno moore'owską ucieczkę w górach bym wyrzucił. Skrócić film o 10 minut, wyrzucić Christmas i R, oraz pozbyć się tych paru głupich szczególików i byłby cymes. RE: Bondy sprzed ery Craiga - Mefisto - 01-04-2013 To prawda, ale ja mówiłem tylko o bad guyu
RE: Bondy sprzed ery Craiga - Crash - 01-04-2013 Przeżyłbym i Denise, gdyby nie fakt, że nazywa się Christmas i jest fizykiem jądrowym. It just doesn't match
RE: Bondy sprzed ery Craiga - Azgaroth - 12-06-2013 A View to a Kill - raczej omijam starsze Bondy, ale, że występuje tutaj Christopher Walken w roli złego to obejrzałem tą część. Niestety film jest dokładnie tym czym się spodziewałem. Nudny, kiczowaty i niemal komediowy. Taka lżejsza wersja Nagiej Broni. Walken fajny, ale to za mało na cały film. Jednak wolę współczesną interpretację Bonda. Naciągane 5/10 RE: Bondy sprzed ery Craiga - Mefisto - 18-06-2013 dobra, w końcu się wziąłem też za odświeżanie - na początek rzecz jasna Szon Konery... - Nie, doktorze, nie! - Kiedyś mnie bardziej bawił. Dziś ostra ramotka z jednym z najbardziej ikonicznych i zarazem przerysowanych bad guyów. Na plus oczywiście Szon, a także fajny klimacik kina szpiegowskiego, jeszcze bez tych wszystkich ekstra gadżetów i przebajerowania akcją (to samo tyczy się kolejnej odsłony). Na minus czarny, Urszulka, która je ładna, ale głupiutka i bez większego wyrazu, oraz finał, który je mocno zieeew. Złe to nie jest, ale jednak ostro się postarzało. 6 / 10 - Otkrytka iz Rossii - zdecydowanie lepsze od poprzednika, ale ocenę zaniża lekko w dół finał oraz przejaskrawienia bossów. Na plus jednak znowu oldskul oraz przeciwnik w osobie Shawa, a i kobitki niczego sobie. Solidne kino. 7 / 10 Goldfinga! - jak to śpiewa Szirleyka w piosence tytułowej. Cóż, zdecydowanie najlepszy Bond tamtej ery, a i po latach wypadający na tle całej serii bardzo pozytywnie. Connery w swoim żywiole, znakomity, ikoniczny już dziś przeciwnik w osobie Aurica oraz jego złowieszczy przydupas. Do tego masa legendarnych już scen, bardzo dobre, wielowymiarowe dziewczyny i dobra, wciągająca intryga - czego chcieć więcej? 8 / 10 - Błyskawicznapiłeczka - pierwszy mniej na serio James, ale niezły. Akcja spoko, laski spoko, Konery znowu daje radę. Largo dziś już bardziej przypomina spoof z czarnych charakterów, ale przynajmniej nie stroi głupich min i ma fajną opaskę Fajny jest też humor. Troszkę przydługi natomiast finał, a i trafia się parę idiotycznych scen, jak ucieczka Jamesa latającym jebadłem do... stojącego kilkanaście metrów dalej auta. Słowem: zaczyna rządzić efekciarskość.7 / 10 - Ty tylko dwa razy dychasz - jakkolwiek motyw przerobienia 007 na Japończyka jest żenujący tyleż wykonaniem, co konceptem, to podoba mi się ten film. Jest widowiskowy, nawet trzyma się kupy i ma niezłą akcję. Blofeld jest co prawda mocno przerysowaną postacią, a scena, w której w końcu decyduje się zabić Bonda, to śmiech na sali, ale Donald Pleasence jest w tej roli świetny. A w tle świetna scenografia naturalnej wielkości i kilka miłych Azjatek, które cieszą oko. 7 / 10 - OHMSS - uwielbiam ten skrót Gorzkie kino, którego największym mankamentem jest niezgrabne łączenie dwóch wątków i zbyt długi czas trwania. Skutkuje to tym, że wspaniała, naprawdę świetna i piękna Diana Rigg znika na pół filmu na rzecz inteligentnej, lecz nudnawej historyjki w górach. Nie przekonuje Savalas jako Blofeld, a niekończące się pościgi na nartach są zbyt rozwleczone i niepotrzebnie dublowane. Na osłodę zostaje jednakże Draco i w ogóle relacje quasi-osobiste tego filmu, Lazenby, który może najlepszym Bondem nie jest, ale ma swój urok, widać, że fajnie się czuje w tej roli i miło popatrzeć na jego bardziej ludzkiego bohatera, no i końcówka, która jest po prostu mocna i świetnie zagrana - nieważne czy pasuje do humorystycznej w sumie serii, czy nie.7 / 10 - Wieczne, świecące kamyczki - Najgorszy film z całej paki. Ma parę fajnych pomysłów, świetną laskę w osobie Jill St. John i całkiem niezłą, nową twarz Blofelda. Niestety, film jest nudny, intryga mało wciągająca i poprzepychana dziwacznymi rozwiązaniami koncepcyjnymi, jak przykładowa akcja w cyrku, a i niespecjalnie tytuł i jego bohaterowie przekładają się na fabułę, bo w pewnym momencie przestają się liczyć. Do tego kiepski wątek Las Vegasowej galerianki i dwóch killerów-gejów zabija klimat. A i Connery wydaje się w tej części zbyt sztywny i już chyba zmęczony rolą. 5 / 10 Generalnie źle nie jest póki co - sporo ocen pozostało bez zmian, niektóre nieznacznie spadły w dół, bądź poszły w górę (OHMSS) i oprócz tego ostatniego naprawdę nieźle się to wciąż ogląda, choć, rzecz jasna, sporo tytułów/gadżetów/akcji dziś już mocno trąci myszką. I tak jednak jest o niebo lepiej, jak u Moore'a. RE: Bondy sprzed ery Craiga - Bart - 27-06-2013 Tak trochę z dupy, ale wczoraj mojemu koledze przyszło do głowy niezłe tłumaczenie tytułu "Octopussy" (znanego u nas jako "Ośmiorniczka", co nieco gubi grę słów oryginału). Uwaga... Ośmiopiczka ;] Tak, wiem ![]() RE: Bondy sprzed ery Craiga - Mefisto - 20-08-2013 no dobra, w końcu udało mi się ciągiem oblukać pozostałe filmy 007 (dzięki ci, o przedłużony weekendzie, w którym można mieć w dupie cały świat, bo ten się urlopuje nad jakimś zalewem...), tak więc jedziem... Dychoj i zezwalaj dychoć - pierwsza przygoda Moore'a wypada całkiem porządnie, zwłaszcza na tle ostatniego filmu Szona. Wrażenie robi zwłaszcza klimat filmu i jego background, który po dziś dzień zostaje jednym z najciekawszych rozdziałów w historii 007. Nie zmienia to jednak faktu, że finalnie film pod wieloma względami zawodzi. Wkrada się idiotyczny humor (postać szeryfa), dziwaczne sytuacje, które potrafią zjeść na śniadanie największe kurioza poprzedniego 007 oraz pewna nonszalancja głównej postaci, która u Connery'ego także była obecna, ale nie w takim stopniu - Moore często sprawia wrażenie, jakby miał gdzieś to wszystko, byleby tylko mógł sobie postrzelać i poruchać. Cóż, można i tak. Wracając do tej konkretnej fabuły, temat jednak nie do końca wypala - finał jest mega durny i nie przystaje do reszty, a głupiutka Solitaire, choć urodziwa, to irytuje. Sporo scen jest też niepotrzebnie rozwleczonych. Słowem: gdyby nie oryginalny klimat, mielibyśmy do czynienia z dużym przeciętniakiem w historii MI-6. 6 / 10 Człek ze złotym gnatem - generalnie poziom poprzednika, z tym, że tutaj nawet więcej jest debilizmów. TMWTGG ma jednak dużą przewagę w postaci Scaramangi - rewelacyjnie zagranego przez papę Lee. Świetny i trzymający w napięciu jest także finał, jak i kilka patentów po drodze, na czele rzecz jasna z Nick Nackiem. Mimo wielu face palmów wciąż lubię ten film. 6+ / 10 Szpion, który mnie lubował - tutaj będę nieobiektywny, gdyż od zawsze był to mój ulubiony Moore. Jest tu bowiem wszystko to, co "gra" w jego interpretacji tej postaci, przygoda pełną gębą, która nie irytuje, a na deser Jaws, pływające auto i śliczna Barbara Bach. Co na minus, to cała intryga - zarówno główna, jak i poboczna - potraktowana po macoszemu oraz, już tradycyjnie, parę debilizmów, jakie można sobie było darować. 8+ / 10 Księżycołaz - po latach zdecydowanie najgorszy Bond. Powiem wprost: ledwo przebrnąłem do końca. Intryga, jak i stek bzdur wylewający się z ekranu, jest za głupi nawet jak na dane uniwersum, a kolejne próby uśmiercenia 007 pominę milczeniem. Sam finał sprawia natomiast fizyczny ból - takie to jest słabe. Nawet, wyjątkowo słaba z urody i charakteru Lois Chiles nie stanowi tu remedium. Plusy? Chyba najbardziej liryczna muzyka Barry'ego z okresu Moore'a, jak zwykle niesamowite, naturalnej wielkości scenografie oraz powracająca postać Jaws, którego zawsze dobrze się ogląda, nawet jeśli tym razem metody jego działania wywołują przerażenie w mózgu, a on sam został sprowadzony do trzeciej klasy comic reliefu. Szkoda w tym wszystkim Michaela Lonsdale'a, którego klasa po prostu nie przystaje do całości. 3 / 10 Jedynie dla ocząt twych - Rewelacja! Zwłaszcza, jeśli zestawi się to z Moonrakerem. Sprawna, sensowna, nawet zaskakująca i wiarygodna intryga pozbawiona większych facepalmów; znakomita obsada (jakże miło było popatrzeć na plątającego się w tle Dance’a, zwłaszcza przez pryzmat GoT – ciekawym, że wiele lat później zagrał on samego Iana Fleminga , oldskulowa, minimalistyczna akcja, świetny Moore, który po raz pierwszy robi się tak poważny, wręcz zimny (scena z autem! cudo!) i znakomity motyw zemsty w tle (całkiem zgrabnie okraszony nieco inną, nie tak klasyczną muzyką Contiego). Szkoda, że twórcy nie do końca pomyśleli i skontrastowali to z wybitnie żenującym prologiem, wziętym z dupy. O ile ciekawiej, gdyby napisy początkowe pojawiły się po zbliżeniu na rozgoryczone oczęta pięknej Carole Bouquet - to by było coś. A tak, mamy lekki dysonans i niesmak, który nie pozwala mi wystawić więcej, jak...8+ / 10 Oktopiczka - ten film też zawsze lubiłem, choć nie trudno dostrzec, czemu ma tak wielu przeciwników. Otóż po świetnym poprzedniku mamy powrót na stare śmiecie. Jest więc lekko, przyjemnie, kiczowato i głupkowato. O dziwo, niespecjalnie to drażni (może dlatego, że brak tu, poza finałem, jakichś ogromnych idiotyzmów), a kultura Indii odpowiednio to uzasadnia. Sam motyw cyrku także mi nie kiksował – a wręcz przeciwnie: ma on ręce i nogi (jedynie prolog z ucieczką innego agenta 00 to WTF). Poza tym, to taki klasyczny Bond, nie tylko w obrębie Moore’a – odpowiednio źli i wyraziści wrogowie, ładne dziewczyny (tym razem, za sprawą wyspy, jest ich znacznie więcej), schematyczne, ale trzymające odpowiednio w napięciu zagrożenie świata. Chwilami intryga jest co prawda grubymi nićmi szyta (jajko), ale da się ją spokojnie przełknąć. Przyjemny film – na tyle, że ocena wędruje oczko w górę. 7 / 10 Widoczek na zabój – to też zawsze był jeden z moich faworytów w grupie Moore’a i kolejny seans nic nie zmienił w tej kwestii. Owszem, zarówno seria, jak i sam Roger swoje latka już mają i gdzieniegdzie zmęczenie materiału jest aż nadto widoczne, ale zarówno aktor, jak i film godnie żegnają się z pewną erą, jednocześnie idealnie wpisując się w lata 80, będące wtedy u swego szczytu. Mamy więc krzykliwego przeciwnika i jego wyjątkowo oryginalną pomagierkę, jest i bond-girl, będąca czymś pomiędzy skretyniałą cheerleaderką, a zaradną, charakterną babą, jest kiczowaty, acz odpowiednio emocjonujący i widowiskowy finał (widniejący zresztą na jednym z moich ulubionych posterów serii) oraz cała masa mniej lub bardziej osobliwych detali tła – słowem: wszystko, czego można było od Bonda w tamtym okresie wymagać. A na deser masakrycznie śliczny motyw miłosny na flet. Tak, brakuje mi tu „iskry”, ale nie, zupełnie mi to nie przeszkadza – zwłaszcza, że ogląda się to bardzo dobrze. 7 / 10 P.S. Szkoda, że tak mało Alison Doody ![]() Żyjące światełka dzienne – erę Daltona zawsze kochałem miłością czystą, więc mam świadomość, iż finalną notę nawet tutaj zawyżam, ale warto. Warto, bo wątek miłosny w zestawieniu z manipulacją wypada świetnie i wiarygodnie. Warto, bo prolog jest jednym z ciekawszych w całej serii. Warto, bo Dalton, choć nieco drętwy w swej pierwszej roli, to bardziej ludzkie spojrzenie na tą postać, pod wieloma względami nawet bardziej, jak późniejszy Craig. Warto, bo znakomity jest finał w samolocie (nawet, jeśli trzeba przymknać oko na podobnie naiwne, co w Rambo III patriotyczne klimaty afgańskie i głupawą strzelaninę w epilogu), oraz równie dobre pożegnanie z serią Johna Barry’ego, który wysupłał tutaj chyba najbardziej efektowną, chwytliwą ścieżkę ze wszystkich swoich. Słowem: dobre kino szpiegowskie (bo Bonda tutaj wyjątkowo mało). 8 / 10 Przepustka na ubój – top-notch Bond. Tak, miejscami finał z ciężarówkami jest przesadnie przegięty. Tak, motyw z wojownikami ninja jakby z innego filmu. Tak, podobnie motyw świątyni. Tak, całość jest zbyt długa i potrafi nużyć. Ale plusy są zdecydowanie mocniejsze – dwie śliczne dziewczyny, motyw zemsty Bonda, który w dupie ma „wyższą sprawę” (momentami aż za bardzo), charakterny, mocarny przeciwnik o świetnej twarzy Roberta Davi i równie ciekawych, acz może nie do końca wykorzystanych pomagierach (czemu młodziutki Del Toro znika na pół filmu?!); ciepłe, egzotyczne klimaty, odpowiednia dawka, odpowiednio uzasadnionej przemocy (serio to miało PG-13? piękne czasy!) i bezpardonowość całości sprawiają, że to wciąż jeden z moich ulubionych tytułów serii. 9- / 10 ZłoteOczko – Pierwszy i najlepszy Brosnan, który idealnie łączy w sobie cechy Connery’ego i Moore’a. Goldeneye, mimo usilnych prób późniejszych filmów, to zresztą apogeum tej postaci w danym wykonaniu. A cała reszta? Jak to 007 – miejscami nieziemsko przegięta (na szczęście nie przeskoczono rekina, jak w Moonraker i późniejszym DAD) i głupawa, ale na maksa rozrywa, w czym siła nie tylko sztandarowych elementów, co świetnych dialogów i dobrze rozpisanych postaci. Właściwie nie ma tu wyjątkowo słabych punktów, które można by było z lubością piętnować. No dobra, muzyka jest, może nie tyle najsłabsza, co najbardziej płaska ze wszystkich ilustracji – w filmie praktycznie nie istnieje, poza tematem akcji. Jest za to cała masa kultowych już scen (pościg górski, czołg) i tekstów oraz momentów dla serii przełomowych (niejakie rozliczenie z przeszłością, z Zimną Wojną; M-kobietą…). Bardzo ciekawi mnie, co by było, gdyby ten film powstał jednak wcześniej, z Daltonem w roli głównej, jak to było planowane. Niemniej finalny efekt wciąż jest swoistą kwintesencją „klasycznego” Bonda i jednym z moich ulubionych tytułów w całej serii. No i czołówkę ma najlepszą. 9 / 10 Jutro nie umrze futro (wiem, słabe, ale jakoś mało pola na interpretacje) – fifty-fifty, bowiem film tyleż irytuje, jak bawi. Na plus znowu Brosnan i jego relacje z kobietami (Paris – cudowny wątek; Wai Lin – odpowiednio przeciwważy klimat); gadżety (scena z autem wciąż znakomita), akcja oraz pierwsza do serii muzyka Arnolda, który wypełnił niszę po Barrym idealnie. Ale cała ta otoczka medialna, główna oś intrygi oraz bad guy cholernie mnie irytują – i to w ten zły sposób. Dodatkowo zaczyna pojawiać się przesyt atrakcji – tej gadżetomanii właśnie, sucharów rodem z Moore’a i dupnych wątków pobocznych (z całym szacunkiem dla Schiavelliego, ale Dr. Kaufman to żenada jakich mało). Suma sumarum to porządne kino spod znaku dwóch zer i siódemki, ale... lekko się w moich oczach postarzało i już tak nie bawi, jak kiedyś. 7- / 10 (Złoty) Glob nie wystarczy* - Przede wszystkim znakomity przeciwnik, choć szkoda, że nie do końca wykorzystany i ze zbędnym w sumie twistem. Renard to bowiem samograj, a Carlyle jest bezbłędny w swej roli. Bardzo podoba mi się też akcja – dużo się dzieje, ale w przeciwieństwie do wielu filmów tej serii, nie ma przesady i wszystko to dzieje się dość naturalnie, a nie pojawia z dupy. Na plus także znowu panie i sztandarowe elementy 007, na czele z bardzo ładnym pożegnaniem Q i przedstawieniem jego następcy. Do kilku elementów, jak np. wątek Zukovsky’ego, można się z powodzeniem przyczepić, ale twórcy na tyle zgrabnie bawią się charakterystycznymi motywami (jedna z lepszych wersji „Bond. James Bond.”), że ogląda się to z satysfakcją i zaciekawieniem. 7 / 10 * - jak na ironię, film nawet nie był nominowany do Globa Kiedy indziej umrzyj – Kiedyś najsłabsza dla mnie odsłona. Trzeci seans, po latach, był jednak zaskakująco pozytywny. Podoba mi się prolog, oraz cały motyw pojmania i zdrady Bonda. Podoba mi się humor i rozwałka w szermierczym pojedynku. Podoba mi się zarówno bad guy (acz bywa irytujący), jak i Zao (świetny wygląd!) i wątek Frostowej. Podoba mi się Q w interpretacji Cleese’a i zawsze miło witam facjatę Madsena, który tu zresztą bez ogródek pali w finale. Ba! Kupuję także motyw niewidzialnego samochodu i uważam, że piosenka Madonny jest sama w sobie spoko, tylko lekko zabijają ją syntezatory. I chyba tu właśnie tkwi problem tego filmu – jest przeładowany niepotrzebnymi elementami pokroju wspomnianego przepuszczenia przez komputer głosu wokalistki, co w rezultacie psuje finalny efekt. Bo sam szkielet i pomysły „grają”. Przesadzono natomiast z ilością elementów i ich rozbuchaniem, jakie chciano tutaj uskuteczniać – widoczne jest to, i niestety bardzo męczące zwłaszcza w finale filmu, który zamiast bawić dłuży się. Metraż całości także jest zresztą przesadzony. Film kładą też wyjątkowo słabe efekty, mało ciekawa (poza prologiem) muzyka i totalnie bezpłciowa Halle Berry, która z Brosnanem nie ma żadnej chemii i ogólnie jej relacje ze wszystkim dookoła są tak nijakie, jak to tylko możliwe. Wyciąć 20 minut idiotyzmów, przemontować, dać sobie spokój z Berry i mamy całkiem zjadliwe filmidło. A tak pozostaje wuchta dobrych lub bardzo dobrych scen, które w pewnym momencie ogląda się jakby mimochodem, bez zaangażowania, w czym „pomaga” także wuchta osobliwych sztuczek reżysera, który co chwila przyśpiesza lub spowalnia film albo stosuje dziwaczne przejścia. Uff… tak, ten film to zdecydowanie moje bondowskie „guilty pleasure”, gdyż z jednej strony jest naprawdę zły, ale z drugiej naprawdę dobrze się na nim bawiłem (przynajmniej na pierwszej połowie) oraz doceniam wiele z pomysłów tu zawartych (nawet jeśli te przypominają niekiedy odrzuty z innych przygód 007). Słabe, bo słabe, ale... 6 / 10 Tym samym ranking przedstawia się teraz następująco (uwzględniając także Craiga): Casino Royale / Goldeneye / Licence to Kill - ex aequo For Your Eyes Only Goldfinger The Spy Who Loved Me Skyfall The Living Daylights You Only Live Twice On Her Majesty's Secret Service From Russia with Love Quantum of Solace Octopussy Tomorrow Never Dies The World is Not Enough Thunderball A View to a Kill The Man with The Golden Gun Live and Let Die / Die Another Day Dr No Diamonds Are Forever / Never Say Never Again Moonraker A aktorsko tak: 1. Connery 2. Brosnan 3. Craig 4. Dalton 5. Moore / Lazenby RE: Bondy sprzed ery Craiga - simek - 19-09-2013 Thunderball najgorszym Bondem?! 3/10? Chyba musiałeś oglądać na kacu albo w głębokiej depresji
RE: Bondy sprzed ery Craiga - Mefisto - 19-09-2013 Ale szacun za wykres Zawsze możesz zrobić taki dla wszystkich.
RE: Bondy sprzed ery Craiga - simek - 19-09-2013 Ale czemu na nim nie ma trzech najnowszych filmów? Ja do końca roku planuje dokończyć całą serię (za mną cały Connery) to będą też moje oceny. RE: Bondy sprzed ery Craiga - Mefisto - 19-09-2013 wystarczy wejść w linka pod stopką albo do tematu o Bondach Craiga ![]() 9 / 10, 7 / 10, 8 / 10 RE: Bondy sprzed ery Craiga - Juby - 19-09-2013 Nie mam na razie ochoty ani czasu na powtórkę Bondów. Obecnie filmy z Brosnanem ocenione mam tak: GoldenEye 8/10, Tomorrow Never Dies 6/10, The World Is Not Enough 6/10, Die Another Day 2/10. RE: Bondy sprzed ery Craiga - shamar - 05-09-2014 Sekwencja przed napisami do "Świat to za mało" znów przypomniała mi, dlaczego oglądałem tylko 2 Bondy z Brosnanem (Goldeneye i DAD). Nienawidzę tych bondowskich przegięć. Oczywiście zawsze tam były ale kiedy oglądam łódź sunącą po ulicy... odpadam. I tak się skończył mój seans Bonda nr. 3 RE: Bondy sprzed ery Craiga - Corn - 05-09-2014 To zdecydowanie najbardziej nielubiany przeze mnie Bond, także przyłączam się do krytykowania sekwencji przed napisami. Zawsze i wszędzie
RE: Bondy sprzed ery Craiga - Juby - 05-09-2014 A oglądacie DAD, które jest Batmanem i Robinem serii o Bondzie? <ok> RE: Bondy sprzed ery Craiga - Corn - 05-09-2014 Ale DAD ma do siebie dystans z racji bycia jubileuszowym Bondem. TWINE ma kija w dupsu aż po gardło i jest przez to nieoglądalne. RE: Bondy sprzed ery Craiga - Huntersky - 05-09-2014 TWINE ma śmierć Elektry, co automatycznie czyni go jedynym oglądalnym Bondem-Brosnanem oprócz GoldenEye. ![]() Swoją drogą, pierwszy akt DAD jest naprawdę dobry, wielka szkoda, że później film zaczyna topić się w fekaliach. RE: Bondy sprzed ery Craiga - Lawrence - 05-09-2014 (05-09-2014, 17:02)Huntersky napisał(a): TWINE ma śmierć Elektry, co automatycznie czyni go jedynym oglądalnym Bondem-Brosnanem oprócz GoldenEye. Niestety TWINE, podobnie jak GoldenEye jak i też TND mają jeden wielki błąd - zakończenia. Szczególnie w Tomorrow Never Dies mi to doskwierało. Cały film świetne, wiele ciekawych pomysłów, ale końcówka tak schematyczna z Bondem, który musi rozwalić "evil lair" "evil villaina". RE: Bondy sprzed ery Craiga - shamar - 05-09-2014 (05-09-2014, 16:38)Corn napisał(a): Ale DAD ma do siebie dystans z racji bycia jubileuszowym Bondem. O to, to. Właśnie dlatego DAD oglądało mi się przyjemnie. Choć nagromadzenie absurdów jest tam chyba największe. No i złapany, zarośnięty i torturowany Bond. No NARESZCIE. RE: Bondy sprzed ery Craiga - Juby - 11-07-2015 (11-07-2015, 12:00)kryst007 napisał(a): lepiej się zestarzał niż wcześniejsze części (11-07-2015, 12:00)kryst007 napisał(a): zdecydowanie lepiej wypada jak poprzedni film (11-07-2015, 12:00)kryst007 napisał(a): Prędzej to przypomina Star Treka, jak Bonda (11-07-2015, 12:00)kryst007 napisał(a): i to mnie się podoba w tej części Nie wiem skąd jesteś i gdzie tak się mówi, ale czytając twojego posta moje oczy nie chciały przestać krwawić. ![]() No i nie rozumiem na co to pokolorowanie części tekstu na ciemnoszary, przez które gówno widać? A co do samych ocen to wyglądają jakby ktoś wszedł na RT, IMDb i inne portale filmowe, sprawdził oceny Bondów, wyliczył średnią i wystawił im noty wedle tego jaką mają reputację (oczywiście najlepszy Goldfinger). Nuda. |