Episodes
#1
Najnowszy serial z Showtime. Próba przebicia sukcesu Californication i ostatnia nadzieja Matta LeBlanca.
W czym rzecz? Dwójka brytyjskich producentów zostaje ściągnięta do Los Angeles by zadaptować swój słynny serial do warunków amerykańskich. A jako, że i jankeski humor jest inny, producenci czego innego wymagający, nie mówiąc już o publiczności, która rechocze niekoniecznie z tego samego, co Anglicy… No mają scenarzyści kłopoty. Duże kłopoty. Tym bardziej, że do głównej roli (profesora uniwersytetu) zakontraktowany jest… Matt LeBlanc, Joey z „Przyjaciółâ€, innymi słowy: aktorzyna o prewieniencji idioty.
Bez śmiechu w tle, szyderczo, ironicznie, z dużym przymrużeniem oka. Tylko tyle można powiedzieć po dwóch pierwszych odcinkach, które wyciekły do sieci. Może być naprawdę nieźle, jeśli sobie tylko pofolgują ze zgrywą z okołoholiłudzkiego blichtru. W sumie za produkcjami komediowymi raczej nie przepadam, ale "Episodes" łykam bez większego bólu 8)



[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=z4yH0mI-yJs[/youtube]

[Obrazek: episodes-showtime-matt-leblanc-480x608.jpg]

Odpowiedz
#2
Odcinki są już trzy, a zwiastun cholernie zachęca. Dziwny tylko zabieg z LeBlanciem grającym samego siebie... W każdym razie, spróbuję to zaraz złapać na jakimś *kanale* 8)
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
#3
brzmi bardziej jak pochodna Ekipy od HBO, gdzie też pokazywano Hollywood od podszewki.
Im częściej na mnie kamieniem rzucicie,
sami złożycie stos - - stanę na szczycie.


Grastroskopia - Bortal dobrze wpływa na trawienie gier


Odpowiedz
#4
Dwa epizody za mną. Bardzo fajna, lajtowa rzecz, ale nie unikająca doroślejszych motywów. Wchłonęło mnie z miejsca praktycznie, w przeciwieństwie do momentami napuszonego i ciągle przestylizowanego "Californication". Mam nadzieję, że serial się utrzyma.
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
#5
Pierwszy odcinek nudził, ale kiedy po tygodniu pojawił się następny to sięgnąłem - głównie z sentymentu do LeBlanca. To właśnie jego relacje z brytyjskimi twórcami są najzabawniejszą częścią serialu - reszta trochę nudzi i trąci sztampą. No bo kto z nas jeszcze nie wie, że holiłudzcy producenci to kłamliwe tępaki, które ze sztucznym uśmiechem na ustach będa chciały zmienić nasz szoł, tak by był jak najbardziej kasowy kosztem artystycznych wyborów? Ogólnie serial przyjemny, ale bez przesady. Matt LeBlanc gra to samo, co w Friends, tylko bardziej. Poniekąd możnaby to nawet traktować jak kontynuację przygód Joeya, zwłaszcza, że nawet twórcy ci sami. ;)

Odpowiedz
#6
LeBlanc się faktycznie tak postarzał, czy to siwizna na potrzeby serialu? :shock: A zajawka fajna, z przyjemnością sięgnę.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#7
Stary może nie jest, ale szpakowatość naturalna.
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
#8
desjudi napisał(a):"Episodes" łykam bez większego bólu 8)
Bez większego bólu?
Bez jaj. Serial jest prześmieszny, obejrzałam trzy odcinki i nie mogę doczekać się kolejnych. Fajnie funkcjonuje na różnych poziomach: raz, bo jest o pisaniu serialu, dwa, że jest o poczuciu humoru jako takim. Dialogi są fantastyczne - patrz cudownie śmieciomowa w amerykańskim studio.

Nawiasem mówiąc, równocześnie z Episodes na Showtime debiutował remake brytyjskiego Shameless :)

Crov napisał(a):To właśnie jego relacje z brytyjskimi twórcami są najzabawniejszą częścią serialu - reszta trochę nudzi i trąci sztampą
Kolega scenarzysta twierdzi, że nigdy nie widział równie trafnego obrazu pracy z producentami telewizyjnymi :cool:
DON'T BLINK AND TURN LEFT.

Odpowiedz
#9
Nie twierdzę, że jest to fałszywy obraz - wręcz przeciwnie: jestem przekonany, że tak właśnie jest. Sęk w tym, że to obraz, który istnieje w naszej świadomości, kinie i TV już dawna. Zwyczajnie dziś takie zachowanie nie jest dla mnie niczym zaskakującym. Toteż dla mnie Episodes to przede wszystkim Joey i jego relacje z parą scenarzystów, bo resztę (tj. mało rozgarnięty główny producent i jego banda lizusów) już gdzieś widziałem. Chociaż pan producent rozbawił mnie (choć może nie powinien) błaznowaniem, kiedy mówiła jego niewidoma żona. ;)

Odpowiedz
#10
Artemis napisał(a):Bez jaj. Serial jest prześmieszny, obejrzałam trzy odcinki i nie mogę doczekać się kolejnych.
no spokojnie, jest śmieszny, ale nie zwijam się ze śmiechu jak w "Biurze" 8)

Po trzech odcinkach na razie odpuszczam sobie "Episodes", zassam se kilkanaście na raz, bo nie mogę się tak przekonać do cotygodniowej, wymuszonej przerwy.

Odpowiedz
#11
desjudi napisał(a):zassam se kilkanaście
Kilkunastu nie zassasz, bo pierwszy sezon zamknie się w 7.
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
#12
eeee, to lipa. Takie krótkie odcinki i do tego tak małoooo?

Odpowiedz
#13
Pewnie badają grunt, jak w przypadku "Walking Dead". Następny sezon zapewne będzie obszerniejszy. O ile będzie, czego sobie i wam życzę :)
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
#14
Chyba chodzi o współpracę z BBC, oni kręcą przecież takie krótkie rzeczy.
DON'T BLINK AND TURN LEFT.

Odpowiedz
#15
Amerykanie w kablówce też kręcą takie krótkie rzeczy. AMC z Breaking Bad czy Walking Dead, i tak samo HBO z Entourage (8 odcinków) czy kiedyś Oz (które miało chyba 9 odcinków), także nie jest to nic nowego.

Odpowiedz
#16
desjudi napisał(a):jest śmieszny, ale nie zwijam się ze śmiechu jak w "Biurze" 8).

to gdzie Ty pracujesz? ;)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#17
Alan Sepinwall dzieli się z wami moimi odczuciami:

http://www.hitfix.com/blogs/whats-alan-watching/posts/review-showtimes-episodes-has-matt-leblanc-and-a-lot-of-angry-unfunny-satire

Ogółem po obejrzeniu ostatniego odcinka utwierdziłem się w przekonaniu, że poza LeBlanckiem nie ma tu niczego ciekawego.

Odpowiedz
#18
Po pierwszym sezonie stwierdzam, że zaczęło się bardzo ciekawie - fajny pomysł wyjściowy i obiecujące postacie, ale jakby zabrakło scenarzystom (o, ironio!) pomysłu na ciąg dalszy. Satyra wtórna ("ale ci Amerykanie głupi!") i szybko nuży. Historie bohaterów nie wciągają. Na dłuższą metę LeBlanc grający LeBlanca to chybiony pomysł, bo właśnie za dużo tu grania i kopiowania z Joeya. Na większości późniejszych gagów człowiek się nawet w duchu nie uśmiechnie. Przewidywalne ostatnie dwa odcinki sprawiają, że nawet tak krótki metraż się dłuży niemiłosiernie. Szkoda, bo wiązałem z tym projektem wielkie nadzieje. Oczywiście, dam drugiemu sezonowi szansę, ale jeśli się nie rozkręci, to oleję ciepłym sikiem.
Naciągane jak majty Seagala 6=/10.
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
#19
Cytat:Na dłuższą metę LeBlanc grający LeBlanca to chybiony pomysł, bo właśnie za dużo tu grania i kopiowania z Joeya.
Przecież tu chodzi o kopiowanie - to kpina z amerykańskiej (i nie tylko) widowni utożsamiającej aktora z bohaterem, plus meta-gra wizerunkiem; jest komentarz "wewnątrz", w fabule, ale i "na zewnątrz". To fantastyczne, że LeBlanc nie gra tutaj fikcyjnej postaci, która kogoś przypomina (w Californication "celebryci" są zawsze fikcyjnymi ikonami i to jest koszmarnie nudne), tylko użycza głupkowi własnego imienia i nazwiska. Mnie bawiło przez cały czas. Co do podziału brytyjskie/błyskotliwe i amerykańskie/głupie - mam wrażenie, że i to jest wzięte w cudzysłów, przecież Beverly i Sean też są groteskowi na swój sposób, Beverly to w ogóle :twisted:
DON'T BLINK AND TURN LEFT.

Odpowiedz
#20
Nie dość, że są groteskowi to też nudni, neurotyczni i niesympatyczyni. Sean jeszcze jest spoko, zwłaszcza w parze z Mattem, ale Beverly jest irytująca jak mało kto. A satyra nie jest pod tytułem "Ale głupi ci Amerykanie", tylko pod tytułem "Ale fałszywe jest holiłud" - nie zmienia to jednak faktu, że jest równie wtórna i nudna.

Artemis napisał(a):Przecież tu chodzi o kopiowanie - to kpina z amerykańskiej (i nie tylko) widowni utożsamiającej aktora z bohaterem, plus meta-gra wizerunkiem
Ja bym nie przesadzał z tą głebią roli. Patrząc na wywiady z LeBlanciem to nie wysilał się za bardzo grając Joeya - w rzeczywistości jest po prostu bystrzejszy, a w serialu dodatkowo jest większym bucem niekiedy. Bo episodowy Matt LeBlanc wcale nie jest głupi, ale brakuje mu więcej momentów takich jak ten, kiedy tłumaczy Seanowi dlaczego bibliotekarke lepiej zmienić na hetero.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości